Diagnozy
Lepper - zdolny uczeń czarnoksiężnika
Barbara Fedyszak-Radziejowska
Majowe
sondaże PBS, OBOP i CBOS po raz pierwszy od wielu miesięcy nieco
uspokoiły nastroje - wysokie poparcie dla Andrzeja Leppera wyraźnie
spadło. Jeszcze miesiąc temu prawie co trzeci Polak zamierzał oddać
swój głos na Samoobronę. W pierwszych dniach maja na Leppera chciało
głosować od 17% do 21% respondentów, co oznacza, że poparcie zmalało
o ok. 4 do 8 %. W kwietniu sytuacja wydawała się dramatyczna - z
jednej strony sejm niezdolny do wyłonienia stabilnej większości,
z drugiej Lepper jako wysoce prawdopodobny zwycięzca wcześniejszych
wyborów. Strach przed jego rządami sprawiał, że eksperci, których
trudno podejrzewać o sympatie do autorytaryzmu z lękiem myśleli
o naturalnym dla demokracji wyjściu z trudnej sytuacji - czyli o
szybkich wyborach.
Wiele
słów i wiele artykułów napisano ostatnio o Andrzeju Lepperze. Populizm,
łamanie prawa, arogancja - to typowe skojarzenia z liderem Samoobrony,
zaś "przegrani, roszczeniowi, bezradni, bezrobotni, biedni
mieszkańcy wsi i miast" to, zdaniem publicystów, epitety charakteryzujące
jego wyborców. Ostatnie artykuły opublikowane w "Rzeczpospolitej"
pod wspólnym tytułem Dlaczego Lepper? tylko pozornie wyjaśniają
zagadkę jego sukcesów. Piotr Śmiłowicz ("Rzeczpospolita",
27 V) poszukuje i znajduje polityków, którzy - jego zdaniem - "pomogli"
swoją słabością liderowi Samoobrony. Wymienia Lecha Wałęsę, Jana
Olszewskiego, Jerzego Buzka i Leszka Millera. Jednakże wspólna "pomoc"
Wałęsy i Olszewskiego w latach 1993-97 nie wydobyła Andrzeja Leppera
z politycznego niebytu. Dopiero jego stała obecność w mediach niezbyt
przychylnych rządom AWS wprowadziła Samoobronę do sejmu.
Piotr
Ciacek i Igor Janke ("Rzeczpospolita", 26 V), analizując
osobowość ludzi, którzy "kochają Andrzeja Leppera", nie
potrafią odpowiedzieć, dlaczego mimo ich nieufności "do wszystkich
polityków" wierzą właśnie jemu.
Warto
sięgnąć do początków kariery Leppera, by zrozumieć, jak stał się
"obrońcą upokorzonych i pogardzanych". Trzeba jednak choć
na chwilę uwolnić się od stereotypu dominującego w polskich mediach,
zgodnie z którym polscy rolnicy "nie mają racji, są roszczeniowi,
niezbyt rozgarnięci i nie zasługują ani na dopłaty wyrównawcze,
ani na unijną politykę rolną".
Prawdziwa
kariera Leppera zaczęła się bowiem od protestów i blokad lat 1998-1999.
Wcześniej, gdy bronił rolników nie spłacających kredytów, inni kpili
sobie z niego: "Jaki z niego chłop? Bierze kredyt i nie płaci!".
I rzeczywiście - zarówno w sondażach, jak i w kolejnych wyborach
nie popierała go żadna licząca się grupa wyborców. Dlatego Śmiłowicz
myli się, nazywając Andrzeja Leppera "prawdziwym wodzem chłopskiego
buntu z lata 1992 roku". W 1993 roku sukces wyborczy na wsi
odniosło PSL, zdobywając poparcie 15,4% wyborców. Wtedy Związku
Zawodowego Rolników "Samoobrona" na politycznej scenie
jeszcze nie było.
Dlaczego
w 1999 roku sytuacja zmieniła się tak radykalnie? To wtedy Lepper
wygrał swoją pierwszą batalię o pozycję przywódcy rolników, miażdżąc
konkurentów - Romana Wierzbickiego z NSZZ RI "Solidarność"
oraz Władysława Serafina z KZRKiOR. To z tamtych czasów pochodzi
opinia o jego politycznych talentach, charyzmie przywódcy i co najważniejsze
- o jego skuteczności w walce o rolnicze interesy.
Największy
problem polega na tym, że to Lepper, a nie Balcerowicz merytorycznie
miał w 1999 roku rację. Piszę o tym z żalem, bo doceniam olbrzymie
zasługi Leszka Balcerowicza dla Polski. Ale w 1998 i 1999 roku na
Lepperowskich blokadach stał sprzęt dostarczony przez dzierżawców
i producentów rolnych, mających wyższe wykształcenie, duże, popegeerowskie
i rodzinne gospodarstwa i pewność, że bez protestów skazani są na
niezawinione straty grożące bankructwem. Kto dużo, dobrze i intensywnie
produkuje, ten więcej traci, gdy nie może sprzedać owoców swojej
pracy po opłacalnej cenie. A ceny półtuszy wieprzowych spadły wtedy
w stosunku do cen z 1998 roku o 50%. Polscy rolnicy zaczęli tracić
rosyjski rynek zbytu na rzecz subsydiowanych przez Komisję Europejską
rolników unijnych. Na podobne subsydia eksportowe nie było stać
polskiego rządu.
Pech chciał,
że Leszek Balcerowicz pojechał wówczas do Brukseli i wygłosił zauważony
w TVP (kto miał ją wtedy w swoich rękach, koteczku?) referat, przypominający
Komisji Europejskiej, że w liberalnej gospodarce nie dotuje się
eksportu, a już na pewno nie dotuje się eksportu żywności. Kilka
dni później Komisja Europejska podniosła subsydia i polscy rolnicy
zostali z niesprzedaną wieprzowiną. Po protestach i blokadach polski
rząd (co dla fachowców od początku było oczywiste) podjął skup interwencyjny
i podniósł cenę półtuszy wieprzowych. I tak Lepper okazał się zwycięskim
przywódcą w "słusznej sprawie". Już wtedy popierali go
nie tylko "biedni i przegrani" właściciele małych gospodarstw,
lecz także lepiej wykształceni, tzw. "towarowi" rolnicy,
którzy - w odróżnieniu od polskich elit politycznych i opiniotwórczych
- doskonale wiedzieli, na czym polega Wspólna Polityka Rolna UE
i dlaczego trzeba twardo negocjować warunki naszej akcesji. Można
powiedzieć, że od tego błędu zaczęła się cała seria medialnych i
politycznych nonsensów, które zmusiły rolników do szukania własnej
politycznej reprezentacji w wyborach 2001 roku.
Przypominam,
że już wtedy negocjowaliśmy akcesję polskiego rolnictwa do Unii
Europejskiej. Polski rząd i środowiska opiniotwórcze miały dwa wyjścia:
reklamować Wspólną Politykę Rolną i namawiać rolników do poparcia
integracji, obiecując liczne korzyści (tak robił Buzek i Balazs),
albo namawiać ich do integracji, ośmieszając i krytykując politykę
rolną Unii i obrażając polskich rolników twierdzeniami: "że
na tę politykę nie zasługują, że jest ich za dużo, że to absurd
dotować rolnictwo" etc. Ten drugi ton debaty publicznej ostatecznie
niestety zwyciężył i nieodmiennie towarzyszył naszym negocjacjom
z UE.
Domaganie
się wysokiej kwoty mlecznej i 100% dopłat bezpośrednich denerwowało
wielu dziennikarzy i komentatorów. Dlaczego - pytali - ważny cywilizacyjny
proces budowania europejskiej wspólnoty sprowadzany jest do dopłat,
kwot i limitów? Dlaczego narażamy interesy Polski (!?) dla jednej,
wąskiej (?!) grupy zawodowej? Dlaczego - pytał wybitny profesor
- dopłaty przysługują rolnikom, a nie krawcom lub naukowcom? Inny
profesor i wicepremier zarazem żądał rezygnacji polskich rolników
z dopłat, uważając pomysł wspierania rolnictwa za antyrynkowy, a
przyznanie unijnych dopłat polskim rolnikom nazwał "pyrrusowym
zwycięstwem rolników i otwartą klęską dla kraju".
Tytuły
artykułów prasowych roiły się od dobrych rad udzielanych naszym
negocjatorom przez dziennikarzy, którym euroentuzjazm przesłaniał
zdrowy rozsądek. Tymczasem w programach redakcji rolnej przewodził
Lepper i politycy PSL - to oni trafnie przedstawiali reguły kosztownej
polityki rolnej w Unii Europejskiej i zdecydowanie domagali się
twardych negocjacji w sprawie rolnictwa .
Obiektywnych
racji za tym, by walczyć o dobre warunki akcesji, polska wieś miała
sporo, bo ilość nagromadzonych na jej obszarze problemów była nie
tylko ogromna, lecz - co gorsza - nie do rozwiązania w krótkim czasie
i przy niewielkich środkach finansowych polskiego budżetu. Marcin
Makowiecki w dodatku do "Nowego Życia Gospodarczego" pisał:
"Wyniki analiz i prognoz są jednoznaczne - wieś i rolnictwo
to najbardziej złożony i najtrudniejszy problem społeczno-ekonomiczny
naszego kraju. To polski problem nr 1".
Porównanie
(Raport UNDP) szacunków produktu krajowego brutto dla obszarów wiejskich
(6116 USD) i miejskich (8892 USD) pokazuje, że różnica między nimi
stanowi ponad 31% wartości PKB. Podobnie kształtuje się ogólny Wskaźnik
Rozwoju Społecznego HDI w zróżnicowaniu na wieś i miasto. Polska
miejska, ze wskaźnikiem 0,828 w roku 1997, plasuje się w grupie
krajów wysoko rozwiniętych, gdzie wskaźnik przekracza poziom 0,800.
Polska wiejska - z HDI na poziomie 0,794 - znajduje się poniżej
linii oddzielającej kraje dobrze i słabo rozwinięte (w towarzystwie
Litwy, Trynidadu i Tobago).
W raporcie
FDPA czytamy: "Podczas, gdy odsetek żyjących w sferze niedostatku,
czyli poniżej minimum socjalnego, mieszkańców miast wynosił w 1997
roku 42,7%, a w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej minimum
egzystencji 3,3%, dla wsi te proporcje wynosiły odpowiednio 62,5%
oraz 8,7%" .
Na obszarach
wiejskich mieszka 38% Polaków, a wśród nich milion bezrobotnych
zarejestrowanych w rodzinach nierolniczych. Kolejny milion to zarówno
bezrobotni rejestrowani w rodzinach rolniczych, jak i "ludzie
zbędni" dla gospodarstw rolnych, tworzący bezrobocie ukryte.
Szacunki ekonomistów mówią, że poprawa konkurencyjności polskiego
rolnictwa drogą ograniczenia jednostkowych kosztów pracy może zwiększyć
liczbę bezrobotnych o dalszy 1 do 1,2 miliona ludzi . Gorzej wykształceni
niż mieszkańcy miast mieszkańcy wsi mają na trudnym rynku pracy
(przy 20% stopie bezrobocia) znacznie mniejsze szanse na zatrudnienie.
A wśród 1,8 mln gospodarstw rolnych około połowa przynosi swoim
właścicielom znikome dochody, dostarczając głównie żywności na tzw.
"samo zaopatrzenie".
Nic dziwnego,
że w wyborach do sejmu z 23 września 2001 roku rolnicy wybrali -
łącznie - najsilniejszą po 1989 roku, swoją polityczną "ludowo
- rolniczą" reprezentację. Co prawda SLD otrzymało na wsi 33%
głosów, ale "rolnicze partie": Samoobrona (17,3%) i PSL
(19,5%) zdobyły razem prawie 40% wiejskich głosów. Jeśli dodamy
do tego eurosceptyczną LPR z ponad 8% elektoratem wiejskim, okaże
się, że połowa mieszkańców wsi wybrała w 2001 roku sejm, w którym
na 460 posłów aż 83 osoby, czyli 18%, posiadają wykształcenie rolnicze,
są rolnikami lub pracują w rolnictwie. W skali kraju na Samoobronę
i PSL łącznie w 2001 roku głosowało 2,5 mln wyborców, czyli więcej
niż w rekordowym dla PSL roku 1993, gdy posłów tej partii poparło
2,1 mln Polaków.
Tak polska
wieś przygotowywała się do "negocjacji" warunków swojej
akcesji, nie wierząc ani rządowi, ani elitom. Jeszcze w 1997 roku
wydawało się, że AWS, wygrywając wybory na wsi (w dużej mierze dzięki
Stronnictwu Konserwatywno-Ludowemu z Balazsem na czele), na stałe
zmieni scenę polityczną i wyśle "klasowe partie chłopskie"
na polityczną emeryturę. Wybory z 2001 roku okazały się "powtórką
z historii ruchu ludowego".
Potem
sekwencja wydarzeń przypominała scenariusz błyskotliwej akcji liderów
SLD zmierzających do przejęcia wiejskiego i rolniczego elektoratu
na "zawsze". Początek to nieustający festiwal Leppera
w TVP pod prezesurą Roberta Kwiatkowskiego, który z punktu widzenia
SLD osłabiał politycznie PSL, zaś politykom PSL zdawał się korzystnym
wsparciem w negocjacjach z UE. I tak obie partie, używając Samoobrony
w swoich rozgrywkach, pomogły wykreować wizerunek Leppera jako człowieka
lekceważącego elity (rolnicy im nie ufają), który "bierze rewanż"
za krzywdy i upokorzenia marginalizowanej wsi, a wszystkich polityków
uważa za złodziei i dyletantów. W zamian za tę pomoc Lepper w ważnych
momentach głosował (i nadal to robi) wspólnie z SLD.
Grudzień
2002 i sukces w Kopenhadze rolnicy zawdzięczają dwu ministrom: Jerzemu
Plewie i Jarosławowi Kalinowskiemu. Zaraz po nim politycy SLD przechodzą
do ofensywy. PSL wypchnięto z koalicji, a na ministra rolnictwa
powołano apolitycznego fachowca - Adama Tańskiego, który natychmiast
wyciąga z ław poselskich Wojciecha Olejniczaka z SLD i czyni go
wiceministrem rolnictwa. Po trzech miesiącach Leszek Miller odwołuje
Tańskiego i nowy minister rolnictwa - Wojciech Olejniczak - przejmuje
władzę. To dobrze przemyślana strategia liderów SLD na wygranie
w 2005 roku wyborów na wsi. Bo grudzień 2004 i styczeń-luty 2005
to moment, w którym rolnicy i wieś zaczną "konsumować"
korzyści Wspólnej Polityki Rolnej UE.
Ale "ta
gra o wszystko" skończyła się fiaskiem. Zbyt wiele afer, nieudolności,
ustaw-bubli i kompromitujących nominacji ministerialnych towarzyszyło
rządom Millera, by sprytne plany wykorzystania Samoobrony w okresie
"przejściowym" zakończyły się sukcesem. Gwoździem do trumny
okazała się Afera Rywina i prace Komisji Śledczej. To był powód
odwrócenia się wyborców SLD od swoich liderów i przerzucenia poparcia
na Samoobronę. I tak co trzeci Polak dołączył do elektoratu Leppera.
Spróbujmy
zastanowić się, czy istnieje inna partia, na którą mogli przenieść
swoje głosy ci, którzy w 2001 roku wybierali polityków SLD, a w
2003 roku przeżyli bolesne i głębokie rozczarowanie? Jaka inna partia
poza Samoobroną mogła przyciągnąć elektorat SLD obarczający "swoją"
partię odpowiedzialnością za rosnące bezrobocie i za afery na niespotykana
dotąd skalę. Z portretu wyborcy "kochającego Leppera"
wyłania się osoba bez wyraźnych poglądów, podatna na medialne kampanie
i telewizyjne manipulacje, z poczuciem "sieroctwa po PRL",
akceptująca autorytarne rozwiązania. Dziecko PRL-u zagubione w liberalnym,
pozbawionym wartości i norm, postkomunistycznym i apolitycznym świecie
III RP, w którym jedynym czytelnym symbolem staje się biało-czerwony
krawat.
Dlatego
Lepper, przejmując elektorat SLD, nieco zmienił swój wizerunek.
Ze skutecznego obrońcy rolników stał się walczącym ze złodziejami
i "solidaruchami" silnym przywódcą uczciwych i zagubionych
ludzi, mało rozsądnie zwanych przez część polityków "barbarzyńcami".
Ale ten nowy image okazuje się mało przekonujący. W Komisji Śledczej
Jan Łączny poczuł się "zmuszony" do poparcia raportu Anity
Błochowiak, co "kosztowało" Leppera utratę w majowych
sondażach kilku punktów procentowych poparcia. Co więcej, przestaje
mu także sprzyjać polityczny klimat po 1 maja 2004, dacie naszej
akcesji do UE. Od grudnia 2004 na konta rolników zaczną płynąć dopłaty
wyrównawcze, a środki z Planu Rozwoju Obszarów Wiejskich i Sektorowego
Programu Operacyjnego Gospodarki Żywnościowej pomogą rozwiązać wiele
nabrzmiałych - rolniczych i wiejskich - problemów. Okaże się że
Lepper nie miał racji, strasząc rolników Unią Europejską,
Już dzisiaj
sukces przedakcesyjnego funduszu SAPARD, który rolnicy, przetwórcy,
przedsiębiorcy i wiejskie samorządy wykorzystali w wysokości 113%
przyznanych środków, wzrost eksportu polskiej żywności do krajów
Unii, rozszerzenie umowy Rosja-UE na nowych członków źle wróżą wiejskim
eurosceptykom. Jeśli zarejestrowane w działającym systemie IACS
1,4 miliona gospodarstw wystąpi do 15 czerwca z wnioskami do Agencji
Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o dopłaty wyrównawcze
i otrzyma je, szanse na sukces wyborczy Leppera znacznie spadną.
Jeśli
chcemy zrozumieć fenomen Leppera, musimy rozpatrywać go jako realne
wydarzenie polityczne, które stanowi odpowiedź na społeczno-ekonomiczne
problemy Polaków. Bo przecież nie jest tak, że cała Polska mieści
się w telewizyjnym okienku, a wszystkiemu jest winny ciemny, polski
lud.
BARBARA
FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA, Adiunkt w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa
PAN w Warszawie. Zajmuje się zmianami zachodzącymi w społecznościach
wiejskich. Bada postawy rolników i mieszkańców wsi wobec procesu
transformacji, globalizacji oraz integracji Polski z UE.
POCZĄTEK
STRONY |