Na marginesie pękania narodów we współczesnym raju
Leszek
Jesień
Robert
Cooper, The Breaking of Nations. Order and Chaos in Twenty-First
Century, Atlantic Books, London 2003
Książka
Roberta Coopera wpisuje się w ciąg intelektualnych wysiłków zmierzających
do zrozumienia współczesnego świata. Podstawowy problem to porządek
międzynarodowy, a w nim - miejsce i kształt państwa. Pracę Coopera
należy dopisać do szeregu takich dzieł, jak Koniec historii Francisa
Fukuyamy, Zderzenie cywilizacji Samuela Huntingtona czy - co w tym
przypadku najważniejsze - Potęga i raj Roberta Kagana. Historia
tego typu pisarstwa jest podobna: za każdym razem zanim ukaże się
książka, we współczesnych "tołstych żurnałach" publikowane są kontrowersyjne
artykuły (ważną rolę pełnią tu amerykańskie "The National Interest",
gdzie pierwotnie pojawiły się szkice Fukuyamy i Huntingtona, oraz
"Foreign Affairs"), a dopiero później - w oparciu o krytykę i często
namiętny spór - powstają dzieła wielkości książki. Dzieło Coopera
jest bezpośrednią polemiką ze słynniejszą nieco Potęgą i rajem Kagana.
Wszystkie
te prace mają jeszcze jedną cechę wspólną: wprowadzają nowy styl
debaty o "trudnych sprawach", o których kiedyś dyskutowali wyłącznie
dyplomaci w "zadymionych salonach" lub ezoteryczni akademicy w swych
pustych wieżach z kości słoniowej. Są więc pisane stosunkowo prostym
językiem, posługują się skrótem myślowym, wreszcie obfitują we frazy,
które mogą wejść do języka potocznego. Wszak dziś nie trzeba już
wyjaśniać, co rozumiemy przez "koniec historii", "zderzenie cywilizacji",
a Kaganowskie "Amerykanie są z Marsa, Europejczycy - z Wenus" było
tak bliskie popularnym wersjom psychologii, że z czasem przysłoniło
końcowe przesłanie książki - wezwanie do jedności USA i UE.
Tytuł
książki Coopera można przełożyć jako "Pękanie narodów. Porządek
i chaos w XXI wieku". Sugeruje on dwa związane ze sobą wątki, które
stanowią najważniejszy przedmiot namysłu nad aktualną sytuacją międzynarodową.
Po pierwsze, z jakim (jakimi) państwem (państwami) mamy do czynienia
w dzisiejszym świecie? Po drugie, jak możemy opisać porządek międzynarodowy
po atakach terrorystycznych na World Trade Center w Nowym Jorku
i waszyngtoński Pentagon oraz po dwóch akcjach mających zwalczać
międzynarodowy terroryzm w Afganistanie i Iraku. Historyczne próby
opisania obu wątków znamy z pisarstwa Hobbesa, namysłu nad światem
powestfalskim czy wreszcie studiów dotyczących dwubiegunowego porządku
sił z okresu zimnej wojny.
Odwołując
się do swych opublikowanych wcześniej artykułów, Cooper wprowadza
podstawowe rozróżnienie na państwa przednowoczesne, nowoczesne i
ponowoczesne. Jest to kategoryzacja modelowa, a więc z konieczności
upraszczająca rzeczywistość. Kraje przednowoczesne to właściwie
nie-państwa, brak im bowiem spójności wewnętrznej. Wprawdzie są
uznanymi podmiotami prawa międzynarodowego, ale de facto nie spełniają
kryterium monopolu na stosowanie siły wewnątrz. W rezultacie na
ich terytorium dominuje chaos i anarchia. Ich udział w stosunkach
z innymi państwami jest iluzoryczny, choć bywają przedmiotem działań
ze strony innych, nowoczesnych państw, zaniepokojonych (ekonomicznie,
moralnie, politycznie) ich słabością. Najczęściej są to interwencje
na rzecz przywrócenia porządku wewnętrznego. Przykłady to Somalia,
Afganistan czy Liberia. Międzynarodowy świat przednowoczesny - gdyby
istniał - byłby światem Hobbesa, wojny wszystkich ze wszystkimi.
Najnowsza strategia bezpieczeństwa USA ma właśnie zapobiec takiej
ewentualności - chaosowi, który może powstać, gdyby broń masowego
rażenia dostała się w ręce międzynarodowych terrorystów. To połączenie:
terroryzm plus brudna bomba atomowa mogłoby uczynić z chaotycznego
wewnętrznie nie-państwa potencjalne zagrożenie dla dowolnego innego
państwa w dowolnym miejscu kuli ziemskiej.
Kraje
nowoczesne to tradycyjne państwa narodowe. Są spójne wewnętrznie,
silnie legitymizowane, zdolne do pełnego odwołania się do tożsamości
obywateli (narodu), będącej źródłem ich potęgi. Dzięki niej bywają
skłonne do stosowania siły w rozstrzyganiu sporów międzynarodowych.
Ich spójność wynika również z jasnego rozróżnienia między kwestiami
wewnętrznymi a polityką zagraniczną. Świat nowoczesny, a więc zorganizowany
przez tak rozumiane państwa nowoczesne, to na przykład świat ONZ,
który próbuje ustanowić porządek między nimi, za punkt wyjścia biorąc
doktrynę nieograniczonej suwerenności państwa na swoim terytorium.
W tym świecie są oczywiście równi i równiejsi. Pięć mocarstw ma
prawo weta w Radzie Bezpieczeństwa po to, by ów porządek nie stał
w sprzeczności z ich podstawowymi interesami. W rezultacie - zdaniem
Coopera - najbardziej charakterystyczną cechą świata nowoczesnego
jest porządek oparty na równowadze sił. Może ona dotyczyć całego
globu, może też mieć znaczenie regionalne (tak dzieje się w przypadku
równowagi między Chinami, Indiami, Pakistanem i Japonią). W takim
świecie może wyłonić się imperium kontrolujące równowagę sił. Współcześnie
niewątpliwie globalną pozycję dominującą uzyskały Stany Zjednoczone.
Nie jest to jednak dla Coopera powodem do obaw. W układzie regionalnym
wyłanianie się państwa dominującego musi prowadzić do naruszenia
równowagi sił, co staje się czynnikiem destabilizującym sytuację.
W ten sposób autor przedstawia sens pierwszej wojny w Zatoce Perskiej:
interwencja koalicji na rzecz uwolnienia Kuwejtu była próbą przywrócenia
równowagi sił w tym regionie.
Trzeci
stan, w jakim mogą znaleźć się współczesne państwa, to ponowoczesność.
Tu porządek siły jest wypierany przez porządek prawa. Spostrzeżenie
to ma dotyczyć tak polityki wewnętrznej, jak i stosunków między
państwami. Dominuje prawo, a nawet filozofia porządku prawnego.
Zamazuje się różnica między sferą spraw krajowych a relacjami międzynarodowymi.
Gospodarka opiera się na usługach. "Unia Europejska to najbardziej
rozwinięty przykład systemu ponowoczesnego. Polega [on] na bezpieczeństwie
dzięki przejrzystości i na przejrzystości dzięki współzależności.
Jest to system raczej transnarodowy niż ponadnarodowy". Przejrzystość
i współzależność mają tu prowadzić do narastania poczucia bezpieczeństwa,
a to dlatego, że niemożliwa staje się wzajemna podstawowa nieufność,
która w poprzednim porządku międzynarodowym prowadziła do konieczności
zbrojenia się, utrzymywania pokaźnych sił wojskowych, wreszcie -
przy niekorzystnym zbiegu okoliczności - do wyścigu zbrojeń, a ostatecznie
do wojny. Państwa ponowoczesne wiedzą o sobie nawzajem tyle, że
nie muszą się siebie obawiać. Tym samym, zdaniem Coopera, system
ten staje się mocniej legitymizowany w oczach obywateli, ponieważ
dostarcza im tego, co ma dać każdy system międzynarodowy: bezpieczeństwa.
I robi to lepiej niż inne modele - czy to system równowagi sił,
czy dominacja hegemona. Pojęcie transnarodowości pochodzi z wcześniejszych
prac analitycznych systemu Unii Europejskiej, m.in. Helen Wallace.
O takim typie relacji między państwami mówi się wówczas, gdy intensywność
kontaktów między nimi przekracza pewien próg, po którym następuje
socjalizacja narodowych elit, pozwalająca im na jednoczesne realizowanie
interesu narodowego i wspólnotowego. W rezultacie trudno dziś mówić
o takim rodzaju państwa narodowego, jaki znamy w przeszłości. Pękają
też narody, które kiedyś te państwa określały.
Ważna
uwaga Coopera dotyczy wątpliwości, czy Stany Zjednoczone są państwem
nowoczesnym, czy może ponowoczesnym. USA są jednocześnie i takie,
i takie. Nowoczesne są wówczas, gdy - zgodnie z Narodową Strategią
Bezpieczeństwa - zwalczają międzynarodowy terroryzm i zapobiegają
rozprzestrzenianiu się broni masowego rażenia. Ponowoczesne natomiast
w tym znaczeniu, w jakim prowadzą ponowoczesną politykę bezpieczeństwa
w stosunku do swych sąsiadów: Kanady i Meksyku oraz w stosunku do
swego strategicznego sojusznika: Europy. Autor zatem rozróżnia rolę
regionalną (ponowoczesną) Ameryki, od jej roli globalnej (nowoczesnej).
W tej ostatniej dominuje relacja siły, a skłonność do jej stosowania
jest przecież naturalną cechą nowoczesności.
Co ciekawe,
Cooper sytuuje kraje przystępujące obecnie do UE, w tym Polskę,
już w świecie ponowoczesnym. Jakkolwiek negatywne byłoby nasze zdanie
o porządkach we własnym kraju, uwaga ta nie ma sugerować, że świat
ponowoczesny ucieleśnia jakiś ideał. Jest natomiast pewnym porządkiem,
w którym wojna - z innych przyczyn zdaniem autora niż hegemonia
lub równowaga sił - wydaje się niemożliwa (przynajmniej między państwami
należącymi do tego porządku). Wydaje się, że w Polsce czasem trudno
nam przychodzi spoglądać na siebie samych z tej perspektywy.
Ważniejsza
jest jednak uwaga końcowa autora, w której postuluje on większą
aktywność Europy i jej znaczniejszą odpowiedzialność za porządek
międzynarodowy. Sugeruje współpracę z USA, ale z właściwą sobie
brytyjską ironią zauważa: "Nie jest satysfakcjonujące, gdy w kwestii
obronności 450 milionów Europejczyków tak bardzo zależy od 250 milionów
Amerykanów". Z tym trudno się nie zgodzić, podobnie jak z oczywistymi
stwierdzeniami o niechęci - na szczęście - do używania siły przez
Europejczyków, co wynika przecież z samej istoty integracji europejskiej.
Autor, podobnie jak Kagan, posługuje się słowem "Europa" tak, jakby
była to jakaś jednostka polityczna, a nawet podmiot polityczny.
Europa wydaje się jednością, a nawet czasem nią bywa. Tak się dzieje,
gdy negocjuje umowy handlowe, czy w polityce konkurencji. Tu mamy
do czynienia z prostym uwspólnotowieniem - Unia reprezentuje wszystkich
i całość. Dzieje się tak dzięki oddaniu władzy w ręce Komisji Europejskiej
w tych właśnie sprawach. Jednak jest to w mechanizmach wewnętrznych
UE sytuacja raczej wyjątkowa niż trwała. W znakomitej większości
pozostałych spraw UE okazuje się skomplikowanym systemem rozstrzygania
sporów o interesy, wyrażającym tymczasowe preferencje. UE traci
wiele ze swej spoistości tam, gdzie chodzi o sprawy mające charakter
strategiczny. Świadczy o tym na przykład historia jej poszerzenia
o kraje Europy Środkowej i Wschodniej, która z przedsięwzięcia o
charakterze - w swej istocie - dziejowym, przerodziła się w biurokratyczne
"negocjacje o pietruszkę". Nie znaczy to, że pietruszka jest nieważna,
toutes proportions gardées. Szkopuł w tym, że rozmaite pietruszki
przysłoniły historię, a przez to również pomniejszyły samą "Europę",
tę rozumianą jako podmiotowa całość.
I Cooper,
i Kagan mówią o potrzebie Europy jako poważnego gracza międzynarodowego,
który występuje u boku sojuszniczej Ameryki. Ten dawny mit jest
niewątpliwie ważny i dzisiaj. Obecnie może nawet bardziej niż w
przeszłości. Powstaje pytanie, czy Europa - rozleniwiona w swym
raju, jak go nazwał Kagan - potrafi? A jeśli w ogóle potrafi, to
czy zdąży na czas? A jeśli nawet zdąży na czas, to czy Ameryka wytrwa
w cierpliwości? Stawka jest wysoka.
LESZEK JESIEŃ, dr, wykładowca WSE im. ks. Józefa Tischnera, były
doradca premiera Jerzego Buzka i ministra Jana Kułakowskiego. Wydał
m.in.: Europa w lustrze eurosceptycyzmu. Brytyjska Partia Konserwatywna
wobec integracji europejskiej (1999).
POCZĄTEK
STRONY |