Definicje
Śmierć dialogu
Wojciech Jagielski
Poznałem
wielu terrorystów, a niektórych z nich uważałem nawet za swoich
dobrych znajomych, ludzi interesujących, dla rozmowy z którymi warto
było podjąć ryzyko i wysiłek podróży. Saudyjczyka Osamę ben Ladena
miałem za nudziarza żonglującego pustymi, napuszonymi frazesami
i zbywałem przewodników z Peszawaru, Dżelalabadu i Kabulu, gdy namawiali
mnie do podróży do jego obozu na pustyni. W latach 90. imię Osamy
nie budziło jeszcze grozy i dla dziennikarzy wybierających się w
podróż do ogarniętego wojną Afganistanu saudyjski banita pełnił
raczej rolę dyżurnej, egzotycznej ciekawostki.
Spotkania
z czeczeńskim dżygitem Szamilem Basajewem, okrzykniętym najgroźniejszym
terrorystą na Kaukazie uważałem nawet za intelektualną przygodę.
Miał wyrobione zdanie na wiele spraw, a co najważniejsze, potrafił
go bronić przekonująco i efektownie. "Mówią o mnie terrorysta, bo
wysadzam w powietrze domy, podkładając bomby w ich piwnicach. Ale
ci, co mnie tak nazywają, burzą te same domy, tyle że zrzucając
na nie bomby z samolotów - mawiał. - To cała różnica między nami".
Zanim
afgańscy talibowie zaczęli ze mną rozmawiać, przyglądali mi się,
jak jakiemuś zamorskiemu stworowi, badali, sprawdzali, wypytywali.
Byli mocno zaskoczeni moją obecnością. Dla wielu z nich byłem bowiem
reprezentantem wszystkiego, co uważali za złe, niesprawiedliwe i
grzeszne, a co zbiorczo nazywali "Amryką", synonimem Szatana. Pamiętali
o tym, ale z pewnym rozbawieniem odkrywali, że obowiązek wrogości
przegrywał w ich sercach i umysłach z niemożliwą do poskromienia
ciekawością i wyuczonym przez pokolenia nakazem gościnności.
W Peszawarze
wpadłem kiedyś na uliczną demonstrację zorganizowaną przez jednego
z miejscowych, wyjątkowo radykalnych mułłów. Jego uczniowie, pełni
werwy i wzburzeni, wymachując pięściami krzyczeli "śmierć Amryce!".
W wąskim zaułku, nieopatrznie, nieostrożnie, stanąłem im na drodze.
Rozstępowali się, żeby mnie przepuścić, wciąż wygrażając Ameryce.
Mnie ominęli, jak się omija zagradzający drogę głaz. Życzyli śmierci
"Amryce", ale nie mnie osobiście, choć do niej należałem. Widziałem
potem wiele podobnych demonstracji i niezmiennie odnosiłem wrażenie,
że każdy z tych wrogów "Amryki" uznałby za największe szczęście,
gdyby było mu dane żyć w Nowym Jorku. Śmialiśmy się potem w hotelu,
że zielona karta uprawniająca do życia w USA byłaby najlepszym sposobem
na redukcję antyamerykańskich nastrojów na świecie. Dla moich znajomych
terrorystów "Amryka" była jednocześnie marzeniem i złem wcielonym.
Takie miałem wrażenie. Mówiąc o "Amryce" nie mieli na myśli żadnego
konkretnego państwa ani ludzi, lecz porządek rzeczy. Zazdrościli
bogactwa, nowoczesności, perspektyw, poczucia bezpieczeństwa, pragnęli,
by stały się one także ich udziałem. Z drugiej strony nienawidzili
"Amryki" i obwiniali ją za wszystkie niepowodzenia, zmarnowane w
ich własnym przekonaniu życie, za nijakość, poczucie gorszości,
beznadzieję.
Na ścieżkę
terroryzmu zawiodła ich, o ironio losu, swego rodzaju obywatelska
postawa, bunt przeciwko niegodziwościom, jakie składały się na codzienność
w ich ojczystych krajach. Nie zgadzali się na tyranię i zakłamanie
swoich władców, ich neofeudalizm, korupcję, pazerność i pogardę
dla poddanych. Buntowali się też przeciwko hipokryzji uosabiającej
dla nich cały bogaty świat zachodni "Amryki", tolerującej w ich
krajach zło, którego u siebie by nie zniosła. Nauczała wszak o potrzebie
demokracji, sprawiedliwości, poszanowaniu praw człowieka. A jednocześnie
przymykała oczy na najgorsze zbrodnie popełniane przez lojalnych
wobec niej krwawych tyranów. To między innymi ta hipokryzja doprowadziła
do klęski eksperymentu polegającego na przeszczepieniu w Afryce
i Azji porządków wzorowanych na europejskich. To właśnie ta klęska,
będąca jednocześnie kompromitacją europejskiego katalogu wartości,
stworzyła złowrogą próżnię, którą z czasem wypełniły ksenofobia
i religijny fanatyzm.
Na afgańskich
pustyniach i w górach Kaukazu nie raz przychodziło mi wysłuchiwać
litanii krzywd. Niepiśmienni żołnierze świętej wojny, a także zwyczajni
wieśniacy powtarzali tę samą, wyuczoną na pamięć mantrę. Palestyna,
Kaszmir, Algieria, Czeczenia, Bośnia... Podejrzewałem, że często
nie mieli pojęcia, gdzie leżą wymieniane przez nich kraje ani co
się w nich tak naprawdę wydarzyło. Wiedzieli jedno. Muzułmanom dzieje
się krzywda. W tym poczuciu krzywdy rodziła się wspólnota, którą
zawładnęli ludzie nazywani terrorystami. Ku przemocy jako usprawiedliwionemu
w ich przekonaniu orężu politycznej walki popchnęło ich przekonanie
o bezsilności i bezcelowości walki metodami pokojowymi. Niekontrolowany
bunt, poczucie krzywdy i chęć odwetu zaprowadziły ich zaś na drogę
terrorystycznej zbrodni. Zbrodni czystej, bo jedynie niszczącej
i nie będącej w stanie niczego stworzyć. Ba, nie zaprzątającej sobie
nawet głowy tworzeniem.
W latach
70. terroryzm był metodą politycznego targu. Terroryści porywali
ludzi i samoloty, podkładali bomby, stawiając konkretne zazwyczaj
żądania - okupu, uwolnienia z więzień pojmanych wcześniej towarzyszy
zbrodni. Terroryzm z przełomu XX i XXI w. sprowadza się już tylko
do ślepego, przesłaniającego wszystko odwetu, pomsty za prawdziwe
i - częściej - wyimaginowane krzywdy. Ben Laden stał się ludowym
bohaterem, mitycznych rozmiarów Mścicielem nie z powodu bredni,
jakie opowiadał, lecz dlatego, że zadał ból znienawidzonej Amryce,
odważył się jej przeciwstawić, uderzyć jako pierwszy.
Najniebezpieczniejszym
wyczynem, jakiego dokonał Saudyjczyk i jego towarzysze, piewcy opacznie
rozumianej świętej wojny (dżihad jest bowiem przede wszystkim obowiązkiem
samodoskonalenia się, walki z własnymi ułomnościami), był nie terrorystyczny
atak na Nowy Jork i Waszyngton, lecz fakt, że udało mu się zawłaszczyć
islam i przerobić go na sztandar bojowy. Ben Laden odebrał dotychczasowym
muzułmańskim mędrcom i duchowym przywódcom władzę na sercami i umysłami
milionów wiernych. Strywializował, sprofanował muzułmańską wiarę,
sprowadzając ją jedynie do rzekomego obowiązku walki z niewiernymi
i usprawiedliwiając nią zbrodnię terroryzmu. Udało mu się też uśmiercić
praktycznie wszelką próbę dialogu. Uzurpując sobie rolę mahdiego,
jedynego sprawiedliwego, zesłanego przez Najwyższego tuż przed dniem
Sądu Ostatecznego, sprowadził debatę o islamie do demagogii, wiecowego
wrzasku i bojowych zawołań. Narzucając krzyk, uniemożliwił rozmowę,
jakąkolwiek możliwość pokojowego wyjaśnienia żalów i pretensji,
ważenia argumentów. Uczynił muzułmanów zakładnikami własnej sprawy
- terroru i odwetu.
Nigdy
nie potrafiłem się przekonać do teorii nieuniknionego konfliktu
cywilizacji. Zalatywało mi to tanią publicystyką, nastawioną bardziej
na komercyjny efekt grozy niż próbę poważnego wyjaśnienia istoty
rzeczy. Im dłużej jednak trwa globalna, tak zwana wojna z terroryzmem,
ogarniają mnie wątpliwości. Już nie jestem taki pewny, że z konfrontacji
z demonstrującymi uczniami medresy w peszawarskim zaułku wyszedłbym
bez uszczerbku. Każdy dzień globalnej wojny utrudnia komunikację,
odbiera szanse poznawania, rozmowy. Daje pożywkę stereotypom, przesądom,
nieznanemu i lękowi przed nim. Perspektywa, z jakiej patrzymy na
świat, sprowadza się coraz częściej do postrzegania go w kategoriach
my i oni, swoi i obcy, a wszystkie jego sprzeczności do przeciwstawiania
chrześcijaństwa islamowi. To triumf ludzi, którzy sięgnęli po terror,
by zburzyć zastany porządek świata. Triumf nie ostatni. Wojny z
terroryzmem wygrać się bowiem w żaden sposób nie da. Można zabijać
i więzić terrorystów, ale nie sposób wyplenić pokusy sięgania po
terror, choćby po to, by pomścić krzywdy prawdziwe i urojone.
Współczesny
świat jest w walce z terroryzmem bezbronny. Globalizacja zniosła
wszelkie granice. Uniwersalizm i gospodarcza przewaga Zachodu -
"Ameryki" - narzuciły jego wartości całemu światu, odebrały
ucieczkę w inność. Póki Zachód składał się jeszcze ze zwalczających
się nawzajem Wschodu i Zachodu, reszcie świata dawało to jeszcze
ułudę wielorakości. Koniec zimnej wojny w oczach reszty świata dał
początek "Amryce", globalnemu imperium, potężnemu i coraz
bardziej zachłannemu, któremu nie sposób się przeciwstawić. Imperium,
utożsamianemu przez jego wrogów z chrześcijaństwem, drugą obok islamu
światową religią, cechującą się ekspansjonizmem.
Globalna
wioska, w której żyjemy, charakteryzuje się łatwością komunikacji.
W zamysłach jej twórców miała być światem opartym na jednostce,
jej prawach i obowiązkach, wolności czynienia wszystkiego, co wyraźnie
i wyłącznie z jakiejś wyższej potrzeby nie zostało zakazane. Narzucony
światu uniwersalizm, skutek uboczny globalizacji i sposób myślenia
tych, którym się powiodło, zderzył się z katalogiem wartości tych,
którzy w globalnej wiosce gospodarzami się nie czują. Oni recepty
na alienację szukają w zbiorowości, tradycji, religii. "Amryka"
dawno o nich zapomniała albo wyparła się ich - widząc w nich przeżytek,
ciężar, utrudniający marsz naprzód. Liberalizm i otwartość globalnej
wioski są jej największymi osiągnięciami, a jednocześnie jej śmiertelnym
zagrożeniem. Łatwość podróży i komunikacji sprawia, że z afgańskiej
pustyni, pieczar Kaukazu czy dżungli w sercu Afryki można w każdej
chwili skontaktować się z dowolnym miejscem na świecie, dokonać
najbardziej skomplikowanej operacji bankowej, utrzymywać łączność
z ludźmi rozproszonymi w najdalszych zakątkach świata.
Pragnienie
zabezpieczenia się przed atakami terrorystów podsuwa pokusę wzniesienia
szczelnego muru, który odgrodziłby Zachód i jego bogactwo od reszty
zagrażającego mu świata, pokusę odebrania wszystkim innym (obcym)
praw i przywilejów, którymi sami się cieszymy i uważamy za przyrodzone.
Ulegnięcie tej pokusie oznaczałoby całkowitą przebudowę naszego
świata, zaprzeczenie samej jego istocie, zwycięstwo burzycieli,
terrorystów.
Nie mogąc
zniszczyć terroryzmu, trzeba nauczyć się z nim żyć. Poznawać jego
przyczyny, rozumieć je, ale nie współczuć jego wyznawcom. Tak jak
rozpoznaje się źródła śmiertelnych chorób i śledzi nadciągające
klęski żywiołowe, by się przed nimi uchronić. W miarę możliwości.
WOJCIECH
JAGIELSKI, ur. w 1960 roku, pisarz, reporter, dziennikarz "Gazety
Wyborczej". Wkrótce wyda książkę poświęconą losom Czeczenów
w czasach wojny - Wieże z kamienia.
POCZĄTEK
STRONY |