Niepewność oka
"Bio-obiekty" Jadwigi
Maziarskiej
Małgorzata
Kitowska-Łysiak
Dzisiaj
upominają się o nią głównie kobiety, żeby nie powiedzieć feministki.
Piszą, że oustsiderka trochę z przymusu, że niesprawiedliwie zbyt
późno uhonorowana prestiżową nagrodą, że zapomniana. A przecież
ważna, może nawet wielka. Tę ostateczną kwestię uchylam. Jest sporna.
Na pewno jednak zmarła w ubiegłym roku dziewięćdziesięcioletnia
Jadwiga Maziarska była malarką wrażliwą. Konsekwentnie szukała dostępu
do jądra świata. Chociaż - świat był jej być może potrzebny tylko
po to, aby miała od czego się odciąć. Nie mogło być inaczej, skoro
szukała jądra jasnej strony świata, a znalazła ciemną.
Należała do kręgu artystów
skupionych wokół Kantora. Pozostawała jednak przez całe życie nieco
na uboczu, w cieniu innych bliskich jego współpracowników. Niezależność
uchroniła ją przed typową dla tego środowiska infekcją, jaką była
fascynacja surrealizmem. Wolała zgłębiać tajemnice materii obrazu
i mówić o rzeczywistości w sposób bardziej bezpośredni.
Obrazy abstrakcyjne i
formy przestrzenne, które pokazała na I Wystawie Sztuki Nowowczesnej
w Krakowie (1949), od razu ujawniły kierunek jej artystycznych poszukiwań.
Decydujące dla jej twórczości miały się okazać zasygnalizowane już
wtedy problemy struktury dzieła sztuki, chociaż w okresie socrealizmu,
jak wielu twórców (także jej kolegów z Grupy Krakowskiej), próbowała
szczęścia na Ogólnopolskich Wystawach Plastyki. Zgłoszony przez
nią na I Wystawę obraz W stalowni (1950) został jednak odrzucony.
Nie powróciła później do sztuki figuratywnej.
Zapoczątkowane przez Maziarską
poszukiwania w zakresie "malarstwa materii" na polskim gruncie miały
charakter pionierski i znacznie wyprzedziły zbliżone próby innych
krajowych twórców, między innymi członków lubelskiej Grupy Zamek.
Ich nowatorstwo nie zostało jednak od razu należycie docenione przez
krytyków. Nawet tak wyczulony i wnikliwy autor, jakim był Janusz
Bogucki, podkreślał w roku 1955, że malarstwo Maziarskiej jest dla
niego "sprawą nie dość wyjaśnioną zarówno w swych intencjach, jak
w sposobach realizacji". Tego rodzaju reakcje przyczyniły się do
osamotnienia malarki. Dopiero po wielu latach historycy sztuki wyraziściej
dostrzegli - przy chronologicznej zbieżności z podobnymi poszukiwaniami
artystów zachodnioeuropejskich, z doświadczeniami na gruncie art
brut Jeana Dubuffeta, malarstwa materii Jeana Fautriera, Sergea
Poliakoffa - samodzielność, wyjątkowość tych dokonań, ich estetyczną
niezależność. Jeśli jednak wymienieni artyści koncentrowali się
na refleksji egzystencjalnej, to Maziarskiej najbliższe było bodaj
wyznanie Dubuffeta: "Napawa mnie większą radością odkrycie w obrazie
barw, które można nazwać piaskiem, kitem, mułem rzecznym, szpagatem
- niż kolorów określanych jako żółcień chromatyczna, błękit pruski,
zieleń a la Veronese".
Eksperymenty związane
ze wzbogacaniem faktury obrazu artystka prowadziła od 1946 roku.
Rok później wykonała pierwszą aplikację: była to praca, w której
wykorzystała nieregularne skrawki wielobarwnych tkanin o rozmaitym
splocie. Tkaninę (wraz z kartonem) wykorzystała też w arcyciekawych
formach przestrzennych Kukła I i II (1964), które dzisiaj znajdują
się w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Niekonwencjonalnością
w podejściu do tkaniny Maziarska znacznie wyprzedziła eksperymenty
(abakany) Magdaleny Abakanowicz.
Ostatecznie jednak skupiła
się na malarstwie. Fascynowała ją powierzchnia obrazu: na płócienne
podłoże malarskie nakładała grube warstwy farby, przez co obraz
stawał się przedmiotem wklęsło-wypukłym, pokrytym niemalże całkowicie,
a czasami na przemian, gruzłami, żłobieniami, spęcznieniami, szczelinami
itp. Początkowo barwa nie odgrywała w tych realizacjach (od pewnego
momentu bardziej trójwymiarowych obiektach niż dwuwymiarowych obrazach)
znaczącej roli. Dopiero z czasem artystka dostrzegła jej urok i
możliwości. Wspominała po latach:
Materia mnie fascynowała, byłam nią bardzo podniecona.
(...) Kolor ma na obrazie cechy materialne, konstrukcyjne (...).
Obrazy wypukłe były dla mnie odkryciem nowej, nieznanej jeszcze
formy materii. Tym właśnie jest dla mnie malarstwo - tworzeniem
własnej artystycznej materii. (...) Kolor jest nie tylko farbą,
którą nakładam na płótno. Jest jak krew. Jest tym dla malarstwa,
czym krew dla organizmu.
Jeśli kolor jest "krwią"
dla "organizmu" obrazu, to "komórkami" bywają grudy pigmentu czy
dodawane do niego elementy pochodzenia organicznego, jak choćby
ziarna piasku. Ostateczny efekt dzieła, do którego zostały wykorzystane,
robi wrażenie preparatu anatomicznego - oglądanej w wielokrotnym
mikroskopowym powiększeniu "tkanki", "skóry" obrazu, osłony "organizmu".
Ale też po części odsłony, ponieważ pęknięcia, otarcia "naskórka"
ujawniają włóknistość, gruzłowatość "podskórka" ("W powiecie skóry
wszyscy znają się nawzajem" - pisze Stanisław Barańczak w wierszu
Powiedz, że wkrótce), a przede wszystkim pulsujący rytm, który jest
funkcją przemian zachodzących w "żywym" wnętrzu. Obrazy wydają się
tętnić podpowierzchniowymi procesami fizjologicznymi, niewidocznymi
dla ludzkiego oka. Przez szczeliny zaglądamy do "trzewi", odkrywamy
miąższ. Czy jednak obrazy Maziarskiej są bardziej "cielesne" czy
bardziej "mięsne"? Jeśli ciałem jest organizm żywy, to zamierający
w kulminacji cierpienia,
w nieprzezwyciężalnej chorobie, wtedy kiedy człowiek jest samym
bólem, otwartą raną - wydaje się już tylko mięsem. Powierzchnie
płócien artystki, opisywane niejednokrotnie jako pejzaże ziemskie
albo kosmiczne, jawią się w tej perspektywie bardziej jako pejzaże
mięsnej strony ludzkiego ciała. Góry i doliny, szczyty i przełęcze,
wybrzuszenia i spękania powierzchni nieznanych planet okazują się
przede wszystkim metaforami złowrogich turbulencji, procesów kancerogennych,
infekujących ciało od środka. "Wrzody czyraki karbunkuły" - to była
sfera zainteresowań Bacona, jak mówi Tadeusz Różewicz (w poświęconym
malarzowi poemacie Francis Bacon czyli Diego Velázquez na fotelu
dentystycznym). To była bodaj także sfera niepokojących zainteresowań
Maziarskiej. "Ciemny guz jak w ciemności zadane pytanie", "Życie
- to co do pieców trafia ze szpitali" - pisze dramatycznie i zarazem
sarkastycznie Jarosław Marek Rymkiewicz w pięknym wierszu-epitafium
Kathleen Ferrier umiera w młodości na raka. Życie - można by dopowiedzieć
- to, co dochodzi do życia granicy, do kresu obietnicy życia...
Powtórzę: jeśli w tej
sztuce jest pejzaż, to jako grzęzawisko wzdłuż i wszerz, po horyzont
albo jako spalona ziemia; jeśli jest daleka planeta, to jako pole
wulkanów, z których nieustannie wycieka śmiercionośna lawa... Obrazy
Maziarskiej ziarninują, cierpią. Interesujące, że w rozmowie z Krystyną
Czerni malarka mówiła (krytykując Wróblewskiego): "Cierpienie -
jeśli nie jest przezwyciężone - jest żenujące. Cierpienie musi być
wysublimowane, czymś przełamane...". Czy u niej było "przełamane"?
Przecież jej malarsko-rzeźbiarskie "bio-obiekty" to dopiero "bebechy"
w pełni! Chciałoby się raz jeszcze zacytować Barańczaka, tym razem
ironicznego - z Dialogu duszy i ciała. Mówi dusza do ciała: "Szmato,
z nitek / nerwów tkana, // bólem, gniciem / od zarania / znieważana,
/ w swej ohydzie // aż śmiesząca - / ciebie serio / brać do końca
// z twą mizerią? / ty... cierpiąca - / ty... materio ?!..." Mówi
Maziarska: "Ażeby [formy] były prawdziwe, muszą być plastyczne nie
w sensie imitacji i iluzyjności przedstawienia, ale w sensie dotykalnej
rzeczywistości. To wrażenie można osiągnąć przez wzbogacenie środków
malarskich rzeźbiarskimi".
Czy nie ma ukrytego związku
między pracami Maziarskiej a rzeźbami Aliny Szapocznikow? Maziarską
zdawała się fascynować choroba "jako taka", w wersji laboratoryjnej,
bezosobowa, przemiana ciała w mięso; Szapocznikow - choroba konkretna,
własna, osobowa, ciało, które do końca pozostaje pozostaje ciałem,
zachowuje integralność, mimo pozornego rozwarstwienia. U Maziarskiej
choroba nie ma tożsamości płciowej, u Szapocznikow jest kobietą
(jak - w zwyczajowych przedstawieniach i w wielu językach - śmierć).
Tak jak była nią w przypadku Kathleen Ferrier. Bo też one obie miały
w sobie (trudno powiedzieć, że za sobą...) realne doświadczenie
śmiertelnej choroby; Maziarska była obserwatorką. One umarły młodo,
ona nie...
Fascynacja Maziarskiej
komórką była związana z zachwytem nad możliwościami widzenia "wzmożonego",
zintensyfikowanego, na które pozwala jedynie technika.
W istocie - pisała Krystyna Czerni - jej malarstwo wciąż niosło
w sobie przesłanie z I Wystawy Sztuki Nowoczesnej w 1948 roku, gdzie
obok płócien pokazano fotografie w skali mikro i makro: od zdjęcia
chorej tkanki do gwiezdnych galaktyk. Rozszerzenie skali widzenia
między mikroskopem a teleskopem to klucz do tej wyobraźni. Klucz
optyczny, chciałoby się powiedzieć, operatorski. Zmiana ostrości,
najazd na szczegół - w operatorskim slangu zoom lub bardziej uczenie:
transfokacja.
Jeśli zatem, jak pisano,
Maziarska potrafiła wyrazić zachwyt światem, a nawet ten świat adorować,
była to adoracja przewrotna. Ściśle związana z odkryciem piękna
materii w - paradoksalnie - jej grozie. Parafrazując pamiętny okrzyk
Zorby, można by powiedzieć, że było to zauroczenie piękną katastrofą
ciała.
Z drugiej strony, podkreślając
wagę fizycznej struktury obrazu-przedmiotu, Maziarska nie skupiała
się wyłącznie na stronie technologicznej, ale podkreślała intuicyjność
procesu tworzenia. Wyznawała: "Od początku ważna była dla mnie (...)
iluminacja, instynkt. (...) Maluję tylko wtedy, gdy pojawia się
objawienie". Chociaż wśród jej prac napotykamy wiele "kompozycji"
o tytułach nic bądź niewiele mówiących na temat emocji towarzyszących
ich powstawaniu, to większość dzieł nosi nazwy zwracające uwagę,
intrygujące - wieloznaczne, prowokujące, aluzyjne, jak tytuł-pytanie
Rytm pozorów czy pozór rytmów? (1950). Ta i inne zdają się sugerować
chęć połączenia się autorki poprzez sztukę z uniwersum ludzkich
tęsknot, a nawet z wszechświatem. Ten ton brzmi w licznych pracach
ze wszystkich okresów twórczości.
Spośród nich zwraca uwagę
seria realizacji wykonanych metodą łączenia farby olejnej ze stearyną.
Pierwszy taki obraz (Skazy niepisanych poematów, 1954) został pokazany
na stanowiącej w Krakowie oznakę postsocrealistycznego przełomu
wystawie "Dziewięciu" (1955), gdzie Maziarska wystąpiła obok Brzozowskiego,
Jaremy, Kantora, Mikulskiego, Nowosielskiego, Rosenstein, zmarłego
niedawno Skarżyńskiego i Sterna. Kompozycje stearynowe na równi
z niemal reliefową fakturą eksponowały rytm, który stał się głównym
elementem harmonizowania i jednocześnie dynamizowania ich powierzchni.
Dzieła te raz wydają się odbiciem świata biologicznego, rzeczywistego,
a kiedy indziej świata wymyślonego, rozpoznawalnego jedynie intuicyjnie;
raz ekscytują dynamiczną, niemal wrzącą materią, niezliczoną ilością
fakturalnych efektów, jakby zrodzonych w pracowni alchemika, to
znów zadziwiają powściągliwością, umiarkowaniem, rytmizacją, kondensacją
barwy. Większość ujawnia jednak aspiracje do ujmowania świata w
owej wspomnianej podwójnej skali: mikro i makro - drobina reprezentuje
kosmos, kosmos skupia się w drobinie, ziarnku piasku czy kamyku,
najbardziej jednak w drobinie komórki ludzkiego ciała.
W latach 70. Maziarska
zaprzestała ich tworzenia. Skoncentrowała się na malowaniu obrazów
skonstruowanych prościej, jednolitych fakturowo i oszczędniejszych
kolorystycznie (między innymi ograniczonych tylko do czerni i bieli).
Przedmiotem jej zainteresowań był często skomplikowany układ zgeometryzowanych
form, które kształtowała dość swobodnie. W latach 80.-90. sztuka
Maziarskiej przeszła kolejną przemianę: kolorystyczna rozmaitość
powstałych wówczas prac ujawniła niemal dziecięcą radość zestawiania
plam barwnych. Także innych aspektów twórczości artystka nie traktowała
już z wcześniejszą determinacją i rygoryzmem. Kompozycje z ostatniego
okresu życia wydają się bardziej elastyczne, jakby powstały z ruchliwych
form luźno, swobodnie przesypujących się po powierzchni płócien,
kolorystyka jest delikatniejsza, a faktura skromniejsza, pozbawiona
malarsko-rzeźbiarskich strukturalnych fajerwerków. Ostatnie obrazy
nasyca energią głównie radość malowania, wyczuwalna wolność artystycznej
decyzji, podczas gdy w latach 50.-90. z dzieł biła przede wszystkim
pewność autorki i konsekwencja trwania przy obranym "programie".
Być może w latach 80. owe "wewnętrzne reguły istnienia", do których
poznania Maziarska cały czas dążyła, stały się dla niej na tyle
czytelne, że czuła się zwolniona z obowiązku dalszych upartych studiów.
No, bo jeśli ktoś w młodości dotknął - choćby teoretycznie, na prawach
laboratoryjnego eksperymentu - tajemnicy ludzkiego ciała, to na
starość nie musi szukać...
MAŁGORZATA KITOWSKA-ŁYSIAK,
historyk sztuki, adiunkt w Katedrze Teorii Sztuki i Doktryn Artystycznych
KUL. Ostatnio wydała: Ślady. Szkice o sztuce polskiej po 1945
roku (1999).
POCZĄTEK
STRONY |