Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

CZERWIEC 2004, NUMER 589

Strona główna

Czy potzebujemy wizerunku Boga?


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Tematy i refleksje

Apologia widzialności

Artur Grabowski

1. Czy Bóg jest jakiś?

Ależ skąd! Toż bezpieczniej mówić, jaki nie jest! Ankiety przeprowadzane wśród "praktykujących" niezmiennie wykazują, że wiara chrześcijan staje się coraz bardziej intelektualno-etycznym "przekonaniem" niż "przeżyciem" angażującym całego człowieka. Wiara "rozumna" zmienia się w "wierzenie" wewnątrz abstrakcyjnego Rozumu, gdzieś poza ludzkim ciałem i namiętnościami. Zanika więc wiara w Boga osobowego, w realność sakramentów, w skuteczność modlitwy, nie mówiąc już o sprawach tak "anachronicznych" jak cuda, świętych obcowanie, a nawet... zmartwychwstanie. Nie warto wyobrażać sobie raju ani czyśćca, nie wypada wierzyć w piekło - to przecie tylko "edukacyjne opowiastki". Wyznajemy więc "bezosobowy Absolut" lub "niewyrażalne sacrum", gwarantując sobie dystans wobec kiczowatych obrazków, które mają prawo co najwyżej upamiętniać kolorowe przywidzenia dobrodusznych dziewcząt. Nawet użycie takich wyrażeń jak symbol, metafora, obraz, wizja itp. automatycznie kojarzy się z czymś "niepoważnym", z czymś godnym jeszcze szacunku, ale już nie zaangażowania.

W rezultacie taka wiara staje się "pusta", choć nie przestaje być "wielka" - jak nowy kościół na osiedlu. Sądzono niegdyś, że barokowy przepych katolickiej świątyni odciąga uwagę wiernych od istotnego przesłania liturgii, że ich wzrok błądzi od aniołka do aniołka, zamiast trzymać się ołtarza. Ale w pustym kościele na moim osiedlu ludzie bynajmniej nie są skupieni, oni też się rozglądają. Jakby czegoś szukali. Może aniołków? A może nawet... Nie, na pewno nie. No bo jakże to rozumny człowiek miałby modlić się do tych renesansowo jędrnych pośladków Stwórcy albo kierować swe wzniosłe myśli w stronę barokowo krwistych ran Chrystusa? O nie, w salonie tylko wymyci "mistycy nadreńscy"... Mam wrażenie, że powszechna dziś apofatyczna wiara jest jak państwowa posada - bezpieczna i niewymagająca.

A przecie "widzenie" to nie gra w obrazki, to "sposób bycia" po ludzku. W szczególności zaś "widzenie dobrego" upodabnia nas do Stwórcy. Zatem "widzeniem" nazywa autor Tryptyku rzymskiego (na progu tej medytacji zaczęło się moje myślenie) wrodzoną dyspozycję człowieka, rodzaj wiecznego niezaspokojenia, które skierowuje naszą uwagę ponad nasze ułomności; jest więc synonimem wiary. Nie da się wierzyć, nie wyznając, nie inaczej zaś się wyznaje jak przez wyrażanie; z kolei nie można niczego wyrazić, nie posługując się reprezentacjami. Wiara domaga się wyobrażenia, bez niego jest tylko przed-wiarą, stanem tęsknoty za Nieoczekiwanym. Czy możemy mieć nadzieję na coś, czego nie umiemy sobie wyobrazić? A może tą odmową konkretyzacji chcemy po prostu podtrzymać stan wygodnego zawieszenia zobowiązań? Wszakże gdyby On był dla nas "jakiś", równie "wyraziste" okazałyby się Jego przykazania...

Więc może jest jeszcze gorzej? Nie patrzymy na Niego, bo boimy się Jego spojrzenia. Zachowujemy się zatem jak dzieci, które zasłaniają oczy w nadziei, że zdołają się ukryć. Przecie w Jego "obrazie" odnaleźlibyśmy naszą "podobiznę". Odnalazłbym tam siebie takim, jakim On chciałby mnie widzieć. W istocie bowiem każdy wizerunek Boga jest rodzajem "uzmysłowienia sobie" ludzkiej z Nim bliskości, ten rys nadziei to jedyna cecha, jakiej od sztuki ma prawo domagać się chrześcijanin. Karol Wojtyła, któremu przecie nieobce są doświadczenia twórcy, tak streszcza swój artystyczny "manifest": "Sztuka nie jest drogą do podświadomości, ale do większej jeszcze świadomości, otwiera człowieka na samego siebie i czyni go bardziej jeszcze człowiekiem". Dlatego, mówi Papież do artystów: "Kościół potrzebuje sztuki (...) po to, aby lepiej wiedzieć, co kryje się w człowieku; w tym człowieku, któremu ma głosić Ewangelię". Tak, wizerunki są nam potrzebne od zaraz, ale jeszcze bardziej będą potrzebne naszym dzieciom. Bez "obrazów" nie zdołamy im o Nim opowiedzieć.

Tymczasem ów zanikający lub rozmyty obraz staje się podstawą usprawiedliwienia naszej "nijakości". Wiara pozbawiona wizerunków nie zanika wprawdzie, ale wycofuje swoje zaufanie, w końcu przestajemy ją odróżniać od "lęku przed nieznanym". Wierząc "ślepo", wierzymy ze słabości. Ale i odwrotnie: to przecie nie brak wiedzy, ale brak odwagi paraliżuje nowoczesną wyobraźnię religijną. Tej odwagi nie utraciliśmy po prostu, lecz została nam niejako odebrana; nasz sposób niewidzenia obrazów jest częścią szerszego problemu... Straciliśmy zdolność obcowania z wizerunkiem, pozbawiono nas umiejętności ufnego "wglądu" na rzecz "oglądania" z dystansem obrazków, od których nie oczekujemy niczego prócz lśniącej powierzchni. Status wizerunku przyznajemy jeszcze tylko "starym" wyobrażeniom, bo oddzielają nas od nich bariery: estetyki, kultury, instytucji itp. Akceptujemy więc brudnego Chrystusa, na przykład z obrazu Caravaggia, wiedząc, że pozował do niego wiejski parobek, ale kto potrafiłby pogodzić się z tak samo zaaranżowaną fotografią?

Pracowite oczyszczanie chrześcijańskiej imaginacji z naiwnych obrazków, jakiemu poddają nas wpływowi ikonoklaści, nie zaowocuje bynajmniej trwałą ascezą. Wyobraźni się nie pozbędziemy, ona jest tym "czułym miejscem", w którym odciska się Jego obraz. Jest miejscem domagającym się wypełnienia, jak puste ściany kaplicy, które dzięki wypełnieniu obrazami "otwierają się" na Boga - na podobieństwo ciała, które zmysłowo "otwiera" osobę na osobę. Nie przypadkiem w papieski traktat teologiczno-estetyczny wpleciona jest scena miłosna... Ale wyobraźnia, jak skóra, jest wrażliwa i, jak umysł, nie znosi pustki; jej "czułość" domaga się naszej aktywnej osłony, choćby słabej i niepewnej siebie. Zobaczcie - już czyhają na nią ekrany i billboardy!

Czy jednak wszystkie te obrazy, metafory i symbole są faktycznie do zbawienia potrzebne? Czy nie zasłaniają aby czegoś, co powinno być dla nas "niewidzialne"? Ikonoklaści przekonują, że skoro sacrum jest istotowo pozbawione przeznaczonego naszym oczom "swojego" wizerunku, to nie daje się "zobaczyć"; a więc każda próba "pokazania" go prowadzi nieuchronnie do narzucenia naszej wrażliwości jakiegoś subiektywnego, czyli obcego, czyli fałszywego, bo nieuprawomocnionego "obrazu"; a ponieważ wizerunek taki, egotycznym sposobem sporządzony, łatwo mógłby stać się "bałwanem", rzecz cała jest w dodatku niebezpieczna. Teologiczny błąd takiego rozumowania został potępiony przez sobory już w VIII i IX wieku; nie miejsce tu, by przytaczać argumenty, które łatwo odnaleźć w książkach. A jednak widać (widać?), że ikonoklaści odnieśli ciche zwycięstwo...

2. Apologia widzialności

W Tryptyku rzymskim, tej medytacji przed "obrazem" Stworzyciela, znajduję zdanie, którego temperatura emocjonalna wykracza poza kontemplacyjną ciszę skupienia "na progu Kaplicy Sykstyńskiej". To zdanie brzmi kategorycznie: "Księga czeka na obraz". Mało tego, dalej padają słowa skierowane do artystów: "Przyzywam was wszystkich widzących wszech czasów"; wreszcie na koniec głęboko osobiste i przez to stanowcze: "I dobrze". Nieczęsto w historii Kościoła pojawiał się dokument podpisany imieniem Piotrowego następcy będący tak jednoznaczną apologią widzialności oraz świadectwem wynikającej z niej bezpośrednio wiary w sztukę jako "ścieżkę do Boga". Ale też ta swoista homilia "na progu widzenia" jest kolejnym "przesłaniem odwagi", jakie Papież, raz po raz, kieruje do zastraszonych współczesnych.

Określenie "ślepa wiara" ukuli szydercy, nie ma bowiem takiej drugiej religii, która, jak chrześcijaństwo, byłaby apologią widzialności. Chrześcijanin wierzy w Boga, który mu się objawił, całym swoim credo wyznaje: "widzę Cię takim". Wszakże wierzy w Tego, "którego nikt nie widział"... Mówienie o Nim nieprzypadkowo układa się w kwestie dialogu. Przez wieki ów splot Objawienia z Tajemnicą tworzył naszą więź ze Stwórcą; była to relacja między "osobami", przeto dramatyczna, a więc taka, w której siła wzajemnej ufności mierzona jest stopniem ryzyka "zerwania wszelkich kontaktów". Przez "kontakt" chcę tu rozumieć taki sposób ujawnienia się nadawcy, w jakim może być on zobaczony jedynie w "obrazie" stworzonym przez odbiorcę, w "wizerunku" samodzielnie i zarazem wiernie wobec otrzymanej inspiracji naszkicowanym. Bo też ów "obraz Osoby", w osobie ludzkiej odciśnięty, pozwala nam mieć nadzieję, że Niewidzialny chce być Rozpoznanym. Tak jak "spotkany" człowiek staje się dla nas Kimś, chociaż zdajemy sobie sprawę, że wyrazisty kontur jego określoności nie obejmuje wszystkiego "o nim" i nasza wyobraźnia nigdy go "naprawdę" nie obrysuje.

Pozwalam sobie na te artystowsko-personalistyczną analogię z pełną świadomością, że oto narzucam czytelnikowi pewien styl mówienia i arbitralnie manipuluję jego skojarzeniami... No właśnie, mówiąc o Tajemnicy, o Niewyrażalnym, o Objawieniu zmuszeni będziemy ustalić (lub tylko "potwierdzić") język złożony z metafor, które traktować będziemy odtąd jak pojęcia. Więcej nawet: jak prasakrament. Używamy metafor, bo ufamy zasadzie podobieństwa; wprost trudno nam pozbyć się przeświadczenia, że, jak powiada Papież wpatrzony w obraz Michała Anioła, "wedle tego klucza niewidzialne wyraża się w widzialnym". Czytając "pismo Objawienia", jakim jest codzienne doświadczenie, odczytując "Pismo", które Bóg skierował do człowieka, wreszcie czytając "pisma" europejskiej literatury i sztuki, czerpiemy z metafor, które przemienione w interpretacje, żywią nas niczym chleb powszedni.

Ale jak to właściwie działa? Powiada dokument Soboru: "przez objawienie Boże zechciał Bóg ujawnić i oznajmić siebie samego". Ten, kto "ujawnia i oznajmia" siebie, pragnie być zauważony, nie po to wszakże, by zaspokoić naszą ciekawość; On domaga się nawiązania kontaktu, który jest wstępnym warunkiem głębokiego i trwałego związku. To właśnie następstwa owej widzialności są tu najważniejsze. Dlatego "nie należy się już spodziewać żadnego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się...". Objawienie trwa w swoich konsekwencjach i twierdzę, że to właśnie ów "skutek" jest owym "obrazem", którego rozpoznawaniem będzie proces tworzenia wizerunku. Oto Bóg "prezentuje się", zobowiązując, jakby domagał się od człowieka "reprezentacji". Domaga się przy tym samodzielności, bo odwołuje się do osoby, której On sam jest wzorcem. Tą autoprezentacją zdaje się mówić do Adama jak do artysty: "A ty za kogo mnie uważasz?".

Taki wizerunek Boga jest, jak sądzę, nie tylko możliwy, ale i Jemu należny. Nie dziwi zatem, że to właśnie Papież pisze medytacje o powołaniu sztuki. Bo też ten, kto ma być zarazem "skałą i głową" Kościoła, powołany jest do reprezentowania Chrystusa wobec świata. Ta powinność wymaga tyleż od-wagi, co i u-wagi, jakby wizerunek/odpowiedź miał być zarazem czymś od siebie i czymś w sobie; zarazem uzewnętrznionym przedmiotem, darem dla innych, jak i uwewnętrznionym miejscem przyjęcia daru od Innego. Tak rozumianą wiarę daje się definiować jako "przyjęcie objawienia"; tworzenie wizerunków byłoby wtedy widzialną reakcją, świadectwem stanu "wzbogacenia". Zwracając się do Piotra (nie najmocniejszego przecie spośród uczniów), Syn Człowieczy traktuje go jak artystę - powierzając mu misję świadczenia, ufając jego uważnej odwadze. Albo jeszcze inaczej: odwołując się do zakorzenionej w nim zdolności nakreślenia ("A ty za kogo mnie uważasz?") wizerunku Syna Bożego, powołuje w nim twórcę.

Twórczość jest więc jakby aktywnym przyjęciem zaproszenia do współpracy. Bóg, "ujawniając i oznajmiając", zaprasza człowieka do współtworzenia swojego wizerunku. Tym samym obiecując mu coraz to wyraźniejszy swój obraz. Także, dodajmy, ukazując człowiekowi coraz wyraźniej, na czym w istocie opiera się... podobieństwo. Akt twórczy jest nie tyle zapisem "widzenia", ile raczej reakcją na "niepoznawalność". Doświadczenie zetknięcia się artysty ze światem owocuje zrazu "zdumieniem" nad jego skrytym początkiem; trud tworzenia zostaje podjęty właśnie dlatego, że obrazu "jeszcze nie widać", dopiero ma się rozjaśnić i sprecyzować. Wszystko zaczyna się od zadania, wyzwania, czyli jakby "zamówienia" na dzieło. I oto "artysta poddaje się wezwaniu, które przychodzi z zewnątrz, i oddaje się bez reszty temu, co jest niewyrażalne. (...) Dlatego należy uważać sztukę za ścieżkę, która prowadzi do Boga". Tych zdań nie napisał średniowieczny teolog, lecz Wasyl Kandyński, jeden z najbardziej "rewolucyjnych" artystów nowoczesnej Europy.

Oczywiście można się pomylić... Lepiej wszakże wyobrażać sobie Boga źle niż wcale. Błąd może zrodzić reakcję krytyczną, może sprowokować wysiłek skorygowania i w rezultacie stać się etapem w drodze do doskonałości; owocem zaniechania zawsze będzie obojętność. Przeto twierdzę, że odmowa tworzenia wizerunków jest równoznaczna z odmową poszukiwania obrazu i podobieństwa, a więc jest grzechem zaniechania. Stoi za tym strach i małostkowość, stoi za tym fałszywa pokora i duchowe lenistwo. Cóż, jak każdy ludzki występek i ten da się przełożyć na ludzkie słabości...

3. Na podobieństwo

Kiedy, czytając Tryptyk rzymski, widzę Papieża przed obrazem Michała Anioła, to widzę też Piotra naśladującego Mistrza, a w nim widzę teologa pytającego artystę: "A ty za kogo Go uważasz?". W tych odbiciach, per speculum, widzę Kościół zapraszający Sztukę do współpracy. Jest we mnie głębokie przekonanie o ich wzajemnym, bo koniecznym, związku.

Czy rzeczywiście koniecznym? Poucza mnie o tym nie tylko samo objawienie, ale i jego sposób. Bóg bowiem objawił się poniekąd "na sposób" dzieła sztuki - w Piśmie i we Wcieleniu. Pismo i Wcielenie wykazują dwa istotne podobieństwa do dzieła sztuki: są zarazem rozjaśniające i niewyjaśnialne. Oznacza to, że ich semantyczne oddziaływanie jest, jak w wypadku arcydzieła, nieustająco aktywne. Przy czym zdolność "objawiania", jaką wykazuje dzieło sztuki, zakorzeniona jest w jego zasadniczo międzyludzkim sposobie wyrazu, jego zaś nieodgadniona "tajemniczość" wynika z cechy, którą określiłbym jako "niewyczerpywalność". Poczucie "głębi" arcydzielnego obrazu rodzi niepokojącą pokusę, by "uwierzyć" w jakiś transcendentny "wzorzec". To właśnie trwała skrytość tego, co niepodlegające czasowi, pobudza człowieka do poszukiwania zmiennych, bo pozostających w międzyludzkiej przestrzeni, sposobów ujawniania. Słowem: dopiero "sztuczny wytwór" człowieczej zdolności pozwala ujrzeć "Prawdziwe Stworzenie".

Dlatego twierdzę - i niech to będzie centralną tezą moich dywagacji - -że nadzwyczajny status sztuki w obrębie wrażliwości chrześcijańskiej wynika z tego, iż sztuka reprezentuje religię. Albo inaczej, podeprę się tu metaforą, sztuka "otwiera" na Objawione Słowo. "Świat pozbawiony sztuki - znowu cytuję artystę i teologa - z trudem otworzyłby się na wiarę. Byłby narażony na ryzyko, że pozostanie obcy w stosunku do Boga, tak jakby miał do czynienia z Bogiem nieznanym".

Sztuka jedyna ma pełne prawo do takiej reprezentacji; nie ma bowiem drugiej takiej władzy w tym "obłoku niewiedzy", jakim jest ludzka duchowość, która mogłaby stworzyć parę z naszą zdolnością wierzenia/wyznawania. Przymiotnik "religijna" nie przysługuje filozofii, nie pasuje do teologii, religijna może być, jak człowiek, tylko sztuka. "Nie znaczy to, że jedynie zdecydowana wiara rodzi sztukę religijną, sama w sobie bowiem sztuka [mówi papież i poeta] podąża podobnymi drogami co wiara". Sztuka jest więc - powiedzmy prościej - "na podobieństwo" wiary. Przy czym owo podobieństwo, tak jak "podobieństwo" Adama do Stwórcy, winno być rozumiane również jako "powołanie do reprezentowania".

Bez sztuki religia Objawionego Słowa nie ma reprezentanta w świecie zjawisk; nie "prezentuje się" przeto i żyje niejawnie. Albowiem nie ma innego sposobu, który pozwoliłby jej się ujawnić, jak metafory i wizerunki; to w nich poznajemy i wyznajemy Stwórcę. Z twierdzenia "sztuka reprezentuje religię" wynika również, że nie wolno ich ze sobą mylić. Relacja między nimi opiera się na hierarchicznej zależności i wskazuje na dystans odróżniający "reprezentowane" od "reprezentanta". To właśnie "odległość" lustra od przedmiotu, malarza od modela umożliwia "zobaczenie" czegoś "innego" w odbiciu i na obrazie.

4. Ludzką ręką

Boga nikt nie widział, ale objawia się On nieustająco... Jak? Wyobraźni i wrażliwości ukształtowanej przez chrześcijaństwo świat jawi się jako tekst. Wszakże - i to sprawa zasadnicza - jawi się takim (a nie jest taki) dopiero w tekstach (wizerunkach ludzką ręką uczynionych) ten świat opisujących (a więc powstałych z użyciem zdolności człowieczego intelektu) na użytek innych ludzi.

Ale co właściwie mam na myśli, mówiąc: "opisać", "namalować" itd.? Otóż mniemam tak: artysta, tworząc wizerunek rzeczy, odnajduje sens swojego doświadczenia, świadcząc (zarówno innym, jak i sobie samemu) o "spotkaniu" z czymś lub kimś, co będzie rozpoznane dopiero na końcu owego procesu - w zwierciadle dzieła sztuki - a potem wciąż na nowo rozpoznawane w lusterkach kolejnych interpretacji tegoż artefaktu, czyli tworu obrośniętego tradycją. Akt twórczy jest więc swoistą tekstualizacją/wizualizacją tego, co nazywamy światem. I to jest wciąż ten świat, nie jakiś świat alternatywny czy wirtualny, ten sam, po którym pospołu chodzą głusi i ci, co "mają uszy do słyszenia". W praktyce oznacza to, iż mamy do czynienia z interpretacją jako pewną postawą wobec tego, czego doświadczyć może każdy z nas. Ale "może" nie znaczy "potrafi" - właśnie dlatego, że nie każdy potrafi, i właśnie dzięki temu, że każdy może, istnieje sztuka.

Działanie artysty zdaje się więc umożliwiać światu ujawnienie (wobec nas wszystkich i każdego z osobna) zawartego w nim sensu. Nie jest on więc konkurentem Stwórcy, lecz raczej pomocnikiem Objawiającego. Tak rozumiane dzieło sztuki pozwala nam "poznać" to, czego doświadczamy, pozwala "zobaczyć" to, na co patrzymy. Tak "ujawnione" rzeczy świata tego emanują teraz sensem... "Ma sens, ma sens" - powtarza Papież dramatycznie, zapatrzony w obraz "zatoki lasu", stojąc "na progu zdumienia". Sens jest zatem ową odpowiedzią, tyleż "usłyszaną", co "wypowiedzianą". Ten sens wydobywa artysta ze szczególnego sposobu "zapatrzenia", z owego "zdumienia", które charakteryzuje "tajemniczość" i "jasność" zarazem. Ale rzeczy "artystycznie zobaczone" nie tracą przez to swej "zwykłej" realności.

Aliści, czemuż tak się wysilać, by przeniknąć zasłonę Rzeczywistości, skoro obrazu Transcendencji szukamy? Otóż śmiem przypuszczać, że wszelkie wizerunki sacrum nie dotyczą Boga takiego, "jaki jest", Ten bowiem nie tyle pozostaje niepoznawalny, ile raczej "nie jest z tego świata", z którego jest sztuka. Przedmiotem artystycznego poszukiwania powinny być zatem "obraz i podobieństwo", które Stwórca zechciał nam objawić - nie gdzie indziej, jak tylko w konkretnym "tutaj" i nie później, lecz w trwającym "teraz". Z tego rozumowania pochodzi typowo "zachodni" postulat: permanentnej rewolucji artystycznej, która z kolei wymusza niepowstrzymaną zmienność "wizerunku" w kolejnych "wizualizacjach". O Bogu, tak jak o Rzeczywistości, trzeba mówić ciągle, prawdy Objawienia nie można "zanotować" jak matematycznego równania, trzeba ją powtarzać i powtarzać. Osobiście, aż do końca...

Owa triada Prawda-Rzeczywistość-Osoba stanowi wspólną podstawę - i niech to będzie kolejna teza niniejszych rozważań - chrześcijańskiego myślenia o Objawieniu i europejskiego rozumienia Sztuki. Twórcę zdaje się napędzać to nieustające napięcie między niemożnością stworzenia prawdziwego "obrazu" Boga a niepewnością "widzenia" Rzeczywistości, które to dwie "słabości" są dla artysty wyzwaniem do ich przezwyciężenia.

Bywa jednak, że odwagi tworzenia pozbawia go nadmiar "perfekcjonizmu"... Może twórca fresków w Kaplicy Sykstyńskiej miał odwagę pokazać Początek i Koniec, bo nie uważał, że wraz z jego dziełem skończy się malarstwo; i może papież Juliusz II miał odwagę dać artyście wolną rękę, bo nie obawiał się, że ten zawładnie wyobraźnią chrześcijan na zawsze. Boimy się każdego "wyobrażenia" również dlatego, że obawiamy się uwięzienia w jego ramach, lękamy się władzy nad naszą imaginacją. Ale zatraciliśmy chyba to, typowo zachodnioeuropejskie, rozumienie twórczości jako "próby". Chodzi nie o małostkowe "próbowanie" (zamiast decyzji), ale o coś takiego jak "próba bicia rekordu", jak "próba sił". Jeśli każdy "obraz" potraktujemy jak kolejną "próbę wizerunku", to zdołamy pozbyć się lęku przed "wyobrażeniem ostatecznym"...

5. Wierzę, więc widzę

Na żadnym obrazie, który uznajemy za wizualizację Boga, nie jest On rozpoznawalny sam przez się, lecz jedynie reprezentowany przez pośrednika (na przykład brodatego starca, gwiaździste niebo itp.). Ów pośrednik nie jest obojętny, to on bowiem "otwiera" nasze widzenie. Ale też nie ma takiego obrazu, który "ukazywałby" Boga mocą samej sztuki. Sztuka potrzebuje wiary (niekoniecznie religijnej), bo słowo i obraz odwołują się do ludzkiej zdolności wierzenia/widzenia jako podstawy wszelkiego kontaktu.

Nie ma wizerunków Boga bez wiary w Niego takiego, jaki "jawi się" na obrazie; nie można zaś "uwierzyć" w to "zjawienie się" bez uprzedniej wiary w "przedmiot" zobrazowany. Jeśli patrząc na dzieło sztuki, powiedzmy "Ukrzyżowanie", nie wierzę w Chrystusa i sprawę Jego, to zobaczę tam najwyżej wizerunek człowieczego ciała przybitego do drewnianych belek, jeśli nie "barwną plamę" po prostu. Ale nie może też stracić swojej "materialnej" tożsamości samo dzieło; patrzeć "w głąb" obrazu nie znaczy zajrzeć "przez namalowane". Widzenie "wizerunku" (także w tekście, na scenie itp.) to proces polegający na "wchodzeniu i wychodzeniu", proces zbliżania się i zachowywania dystansu. Skąd jednak pewność, czym jest to Coś (na przykład świętość) tak właśnie widziane? Zauważalność "czegoś" (więc i sacrum) w wizerunku możliwa jest jedynie przez pryzmat sensu. Ów sens tkwi niejako "pomiędzy" obrazem a okiem, pochodzi tyleż od samego dzieła i jego twórcy, co od patrzącego interpretatora; przy czym obie strony nieustannie "konstruują" siatkę sensu, "negocjują i uzgadniają", czerpiąc argumenty z otoczenia (doświadczenia i tradycji). Sens jest więc rodzajem niezbędnego kontaktu/kontraktu. W innym języku powiedzielibyśmy chyba: "przymierze", może nawet... "sakrament"?

Ani wiara w Boga, ani wiara w reprezentacyjną zdolność sztuki nie są "wrodzone". Obie są "nabyte". Żeby dzieło sztuki zadziałało najpierw jako obraz ludzkiego ciała, a potem jako wizerunek Syna Człowieczego, te dwie wiary muszą się dopełnić. Obie też - religia i sztuka - zmuszone są wesprzeć wzajemną "ufność" odpowiednią wiedzą i umiejętnościami. Ani papież Juliusz II, ani Michał Anioł nie wierzyli, że Pan Bóg jest krzepkim staruszkiem; wszakże kiedy artysta pokazał w końcu Ojcu Świętemu swój wizerunek Ojca Niebieskiego, obaj umieli zobaczyć Go w tym obrazie. W tym samym, w którym wielu współczesnych ikonoklastów potrafi dostrzec tylko umięśnione pośladki.

6. O tym, co ważne

Dlaczego "nie widzą", choć wierzą? Oto jeszcze jedna przeszkoda na drodze do wizerunku: nasze programowe niezaangażowanie. Jesteśmy bowiem wychowankami pewnego typu edukacji artystycznej rozpowszechnionej co najmniej od stulecia. Krytycy i akademicy uczą nas sceptycyzmu. W rezultacie, pod groźbą zarzutu naiwności, wolno nam "patrzeć na obraz", ale nie wolno niczego "w nim widzieć". To wyuczone niedowiarstwo zmienia każde "przedstawienie" w "realizację tematu", każdy "akt", nim zostanie "portretem" ciała, podejrzany będzie o "pornograficzne" intencje. Nie "wierzyć" w obraz, ale "zachwycać się" nim uczą w akademiach. W poczuciu dumy z naszej zdolności do "deziluzji" pozwalamy sobie jednak na "zmysłową rozkosz", w rezultacie krytycyzmem usprawiedliwiamy podglądactwo. Również artyści, uczniowie tych samych szkół, nie są wolni od pokusy “brania się w cudzysłów", “chowania się w nawias", zamykania się w bezpiecznym "nie-na-serio".

Jeśli ponowoczesnego Europejczyka uczy się traktować sztukę jako niepoważną zabawkę inteligentnych próżniaków, to nie można wymagać od niego, by zwracał się do artysty z poważnym pytaniem: "A ty jak wyobrażasz sobie... moje zmartwychwstanie?". Nie będzie przeto wielkiej sztuki religijnej bez wielkiego zaufania do sztuki samej. Nie będzie też twórców zdolnych podjąć "wielkie wyzwanie", jeśli jedynie dozwolonym miejscem artysty będzie margines społeczeństwa. Artysta zatem nie tylko "ma prawo" do swoistej dumy ze swojego powołania, ale wręcz "ma obowiązek" traktować siebie dostatecznie poważnie, abyśmy chcieli powierzać mu sprawy "naprawdę ważne".

W praktyce oznacza to, że fortunna wizualizacja sacrum nie może obyć się bez uważnego oglądu świata, tak uważnego, by zwrócić naszą "uwagę" na to, co "ważne". Poczucie "ważności" jakiegoś zjawiska czy zdarzenia należy do podstawowych warunków wstępnych odczucia, że oto obcujemy z sacrum. Ale należy też do warunków koniecznych artystycznej wrażliwości; od zatrzymania uwagi na określonym kawałku świata zaczyna się proces powstawania znaczeń. Dopiero ta uwaga naszej percepcji (co nie znaczy zawsze "powaga") pozwala nam przejść z poziomu pragmatycznego oglądu rzeczy, zdarzeń i ludzi na poziom sensownego z nimi obcowania.

Czy to artyści boją się własnej słabości czy to my nie mamy do nich zaufania? Trudno obwiniać jedną stronę. Artyści są tyleż "spychani" ze sceny publicznej, co sami z niej "uciekają". Niestety żaden pasterz nie idzie ich szukać... No, może ten jeden. Papież przecie nie od dzisiaj powołuje w nas artystów. Przypomina, że Kościół potrzebuje artystów jako artystów właśnie, nie zaś jako wykonawców zleceń. Emancypacja sztuki nie jest przeszkodą w porozumieniu, przeciwnie: dopiero Sztuka, ta dumna i samodzielna, staje się godna uczestniczyć we współtworzeniu Wizerunku, w dramatycznym dialogu o Nim. Artysta tworzy speculum z nadzieją, że Coś lub Ktoś zostawi w nim swoje odbicie. Taka postawa wymaga od niego wolności i uczciwości, musi bowiem uważać, aby nie ulec pokusie zamalowania lusterka kusząco atrakcyjną reklamówką lub autoportretem. Przeto sztuka jest prawdziwa, kiedy jest samozwrotna; tylko służąc Sztuce, artysta ma szansę stać się pokornym sługą Prawdziwego Wizerunku, a nie zadufanym niewolnikiem Idola. Michał Anioł miał odwagę odpowiedzieć na pytanie ówczesnego Piotra; na najważniejsze pytanie o Początek i Koniec odpowiedział swoim, nie "kościelnym", obrazem. Nie dlatego, że czuł się kompetentnym teologiem, ale dlatego, że czuł się wielkim artystą. Był tym, kto ma prawo i obowiązek współtworzyć "zbiorową wyobraźnię" jako "czułe miejsce" gotowe na przyjęcie Wizerunku.

Dziś artyście wolno wszystko, byle się nie wtrącał w dyskusje demokratycznie wybranych reprezentantów większości... Bo też odwaga artysty pochodzi z tego, co za nim stoi, z tej Sztuki, którą za plecami czuje. Za ponowoczesnym artystą nie stoi nic; on chce reprezentować siebie, zrównując sztukę z ekspresją własnej prywatności. Ale i Kościół nie jest tu bez winy; usunięty z forum publicznych debat, zdaje się chronić religię jako "jedyne, co mu zostało", chroni ją też przed ingerencją, wtrącających się z rzadka, artystów. Kapryśna Sztuka nie dogada się z urzędową Teologią, jeśli ta pierwsza będzie traktowała "obraz" jako prywatną rozrywkę, a ta druga uzna "wizerunek" za swoją wewnętrzną sprawę. Do największych słabości relacji Kościół-Sztuka należy dziś unikanie dyskusji na rzecz kategorycznych, ucinających wszystko, gestów akceptacji lub dezaprobaty. A przecie od wieków ksiądz nieraz kłócił się z malarzem, kłócili się zajadle, ale do skutku. Może wtedy obaj czuli, że swoją ludzką małostkowością przyszło im reprezentować coś, co ich przerasta?

7. On jest jakiś - exemplum

Obraz Boga zatem, ten, który możemy zobaczyć i mamy obowiązek tworzyć, zawarty jest w obrazie rzeczywistości, tej, którą możemy i powinniśmy odsłaniać. Tak brzmi - powtórzmy - "zachodnie" credo ikonofilów. Bo też w tym miejscu musimy rozstać się z naszymi braćmi w wierze... Napotykamy oto zasadniczą różnicę między rzymską sztuką religijną a bizantyjską sztuką sakralną. Ta pierwsza uczy się (permanentnie dowodząc swojej niedoskonałości) obrazu Boga ze świata, w przekonaniu, że nie kto inny, ale On go stworzył, i nie innym, lecz nam się objawił; widzimy Go takim, jaki jawi nam się stąd. Ta druga czuje się raczej depozytariuszką skarbu, prawdziwego Wizerunku, i pielęgnuje go w przekonaniu, że dbałość i staranność pozwalają widzieć coraz wyraźniej...

Oglądam zachodni album z wizerunkami - gwałtowne zrywy, ponawiane próby. Oglądam ikony - mozolna praca. Nasza zdolność widzenia/wierzenia rozciąga się między tymi biegunami. Patrząc na grecką ikonę, odnoszę wrażenie, że Bóg chce od artysty, by ten słuchał go uważnie (nie zakłócając Słowa swoim gadaniem), bo On coś ważnego ma mu do powiedzenia; patrząc na łaciński wizerunek, czuję, że On domagał się od malarza twórczej (a więc samodzielnej) i poważnej odpowiedzi na jakieś ważne pytanie. Być może dlatego wschodnią ikonę otacza atmosfera po-wagi, poczucie, że mamy przed sobą dzieło (niczyje) dźwigające rzecz nadludzko ciężką; z kolei zachodni obraz niesie z sobą aurę od-ważnego czynu, jest człowieczą (czyjąś) próbą podołania ciężarowi. Więcej: w ikonie Bóg zwraca się do Człowieka, w którym ma podobieństwo (upodobanie?), w wizerunku Stwórca zwraca się do Osoby (osobiście?), która jest Jego obrazem.

Myśląc o tym, przypominam sobie wizytę w meczecie, ogromnym i pięknym. Mój wzrok rzuca się na ściany, instynktownie szuka. Ale tam są tylko splątane linie, wyrafinowany ornament, w którym nie umiem niczego odnaleźć, choć nie opuszcza mnie przekonanie (może niesłuszne), że coś tam być powinno, Coś "jakieś". Oko biega po wielkiej pustce, odbija się od ściany do ściany, w narastającej panice, jak oszalała piłeczka. Nawiedza mnie lęk; czuję się odtrącony. Czuję, że Ten, który "tak" mi się jawi, zamyka mnie w tym miejscu, skazuje na "tutaj". Mam wrażenie, że On "pokazuje mi Swoją niewidzialność" jako znak Jego nade mną przewagi...

Kilka dni później wchodzę do małej i ciemnej greckiej cerkiewki. Niesłychanie intensywne doznanie obecności! Jakby to Jego wzrokiem patrzyły na mnie ikony, a z nich twarze świętych i twarz Chrystusa. Ale przecie zdaje mi się, że On sam nie patrzy na mnie, raczej przypatruje mi się skądinąd. Skąd? Z wysoka. Bo odnajduję w sobie poczucie niższości (a nie "pokory", niestety) względem Niego. Odnajduję tu i teraz swoje miejsce, wyznaczone - mi miejsce "pod" Jego ikoną. Może dlatego, że mam w sobie tę "łacińską" pychę niezależności; może dlatego, że przywykłem stać "naprzeciw" Jego obrazu? Ta pozycja daje mi co prawda siłę, bo jest wyzwaniem, by sprostać Jego wymaganiom, by "przemienić się" pod Jego spojrzeniem; ale zarazem odbiera odwagę, którą (może niesłusznie) kojarzę z "pewnością siebie" - nie śmiem zbliżyć się do Niego...

A potem, gdzieś w drodze na północ, barokowy kościół w alpejskim mieście. Pierwsze wrażenie: ciężar. Ogromne złocone ramy, w nich płótna błyszczące olejem. Wystarczy jednak zbliżyć się na tyle, by pokonując mrok wnętrza, zobaczyć. Co właściwie? No właśnie, ikonie nie zadawałem takiego pytania, ten "obraz" chce być rozpoznany. I poznaję. Jakbym znał już to wcześniej, a więc jakby to, co jest na obrazie, "przyszło" spoza niego; ale nie "na zawsze". Wrażenie, że oto "przez" obrazy wlatują aniołki, a Chrystus "zagląda" do wnętrza. Bo świątynia jest ciągle otwarta. I wszyscy święci przyszli tu dla mnie, niczym aktorzy gotowi dać "przedstawienie". Podobni do mnie w ludzkich namiętnościach, a zarazem już "inni", przemienieni w "persony dramatu". Teraz stoją przede mną niczym ambasadorowie, żeby "reprezentować" jakieś Królestwo nie z tego świata. Skoro im się udało, to i ja mógłbym...

Gdybym pojechał dalej na północ, pewnie opowiedziałbym o pustym pokoju. W nim, pośród książek i ekologicznych mebli, samotny chłopiec marzy o Ojcu. Tym, który siedzi gdzieś na górze, zamknięty w swoim gabinecie; tym, który kocha go jakoś, bo przecie dba o jego edukację, ale.. nie przytuli. A on, oprócz wewnętrznego światła świadomości, ma też to marznące, ciemne ciało - zmysłowo otwarte.

ARTUR GRABOWSKI, ur. 1967, dr filologii polskiej, poeta, eseista, autor dramatów. Pracownik Instytutu Filologii Polskiej UJ.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.