
Tematy i refleksje
Apologia widzialności
Artur
Grabowski
1.
Czy Bóg jest jakiś?
Ależ skąd! Toż bezpieczniej
mówić, jaki nie jest! Ankiety przeprowadzane wśród "praktykujących"
niezmiennie wykazują, że wiara chrześcijan staje się coraz bardziej
intelektualno-etycznym "przekonaniem" niż "przeżyciem" angażującym
całego człowieka. Wiara "rozumna" zmienia się w "wierzenie" wewnątrz
abstrakcyjnego Rozumu, gdzieś poza ludzkim ciałem i namiętnościami.
Zanika więc wiara w Boga osobowego, w realność sakramentów, w skuteczność
modlitwy, nie mówiąc już o sprawach tak "anachronicznych" jak cuda,
świętych obcowanie, a nawet... zmartwychwstanie. Nie warto wyobrażać
sobie raju ani czyśćca, nie wypada wierzyć w piekło - to przecie
tylko "edukacyjne opowiastki". Wyznajemy więc "bezosobowy Absolut"
lub "niewyrażalne sacrum", gwarantując sobie dystans wobec kiczowatych
obrazków, które mają prawo co najwyżej upamiętniać kolorowe przywidzenia
dobrodusznych dziewcząt. Nawet użycie takich wyrażeń jak symbol,
metafora, obraz, wizja itp. automatycznie kojarzy się z czymś "niepoważnym",
z czymś godnym jeszcze szacunku, ale już nie zaangażowania.
W rezultacie taka wiara
staje się "pusta", choć nie przestaje być "wielka" - jak nowy kościół
na osiedlu. Sądzono niegdyś, że barokowy przepych katolickiej świątyni
odciąga uwagę wiernych od istotnego przesłania liturgii, że ich
wzrok błądzi od aniołka do aniołka, zamiast trzymać się ołtarza.
Ale w pustym kościele na moim osiedlu ludzie bynajmniej nie są skupieni,
oni też się rozglądają. Jakby czegoś szukali. Może aniołków? A może
nawet... Nie, na pewno nie. No bo jakże to rozumny człowiek miałby
modlić się do tych renesansowo jędrnych pośladków Stwórcy albo kierować
swe wzniosłe myśli w stronę barokowo krwistych ran Chrystusa? O
nie, w salonie tylko wymyci "mistycy nadreńscy"... Mam wrażenie,
że powszechna dziś apofatyczna wiara jest jak państwowa posada -
bezpieczna i niewymagająca.
A przecie "widzenie" to
nie gra w obrazki, to "sposób bycia" po ludzku. W szczególności
zaś "widzenie dobrego" upodabnia nas do Stwórcy. Zatem "widzeniem"
nazywa autor Tryptyku rzymskiego (na progu tej medytacji zaczęło
się moje myślenie) wrodzoną dyspozycję człowieka, rodzaj wiecznego
niezaspokojenia, które skierowuje naszą uwagę ponad nasze ułomności;
jest więc synonimem wiary. Nie da się wierzyć, nie wyznając, nie
inaczej zaś się wyznaje jak przez wyrażanie; z kolei nie można niczego
wyrazić, nie posługując się reprezentacjami. Wiara domaga się wyobrażenia,
bez niego jest tylko przed-wiarą, stanem tęsknoty za Nieoczekiwanym.
Czy możemy mieć nadzieję na coś, czego nie umiemy sobie wyobrazić?
A może tą odmową konkretyzacji chcemy po prostu podtrzymać stan
wygodnego zawieszenia zobowiązań? Wszakże gdyby On był dla nas "jakiś",
równie "wyraziste" okazałyby się Jego przykazania...
Więc może jest jeszcze
gorzej? Nie patrzymy na Niego, bo boimy się Jego spojrzenia. Zachowujemy
się zatem jak dzieci, które zasłaniają oczy w nadziei, że zdołają
się ukryć. Przecie w Jego "obrazie" odnaleźlibyśmy naszą "podobiznę".
Odnalazłbym tam siebie takim, jakim On chciałby mnie widzieć. W
istocie bowiem każdy wizerunek Boga jest rodzajem "uzmysłowienia
sobie" ludzkiej z Nim bliskości, ten rys nadziei to jedyna cecha,
jakiej od sztuki ma prawo domagać się chrześcijanin. Karol Wojtyła,
któremu przecie nieobce są doświadczenia twórcy, tak streszcza swój
artystyczny "manifest": "Sztuka nie jest drogą do podświadomości,
ale do większej jeszcze świadomości, otwiera człowieka na samego
siebie i czyni go bardziej jeszcze człowiekiem". Dlatego, mówi Papież
do artystów: "Kościół potrzebuje sztuki (...) po to, aby lepiej
wiedzieć, co kryje się w człowieku; w tym człowieku, któremu ma
głosić Ewangelię". Tak, wizerunki są nam potrzebne od zaraz, ale
jeszcze bardziej będą potrzebne naszym dzieciom. Bez "obrazów" nie
zdołamy im o Nim opowiedzieć.
Tymczasem ów zanikający
lub rozmyty obraz staje się podstawą usprawiedliwienia naszej "nijakości".
Wiara pozbawiona wizerunków nie zanika wprawdzie, ale wycofuje swoje
zaufanie, w końcu przestajemy ją odróżniać od "lęku przed nieznanym".
Wierząc "ślepo", wierzymy ze słabości. Ale i odwrotnie: to przecie
nie brak wiedzy, ale brak odwagi paraliżuje nowoczesną wyobraźnię
religijną. Tej odwagi nie utraciliśmy po prostu, lecz została nam
niejako odebrana; nasz sposób niewidzenia obrazów jest częścią szerszego
problemu... Straciliśmy zdolność obcowania z wizerunkiem, pozbawiono
nas umiejętności ufnego "wglądu" na rzecz "oglądania" z dystansem
obrazków, od których nie oczekujemy niczego prócz lśniącej powierzchni.
Status wizerunku przyznajemy jeszcze tylko "starym" wyobrażeniom,
bo oddzielają nas od nich bariery: estetyki, kultury, instytucji
itp. Akceptujemy więc brudnego Chrystusa, na przykład z obrazu Caravaggia,
wiedząc, że pozował do niego wiejski parobek, ale kto potrafiłby
pogodzić się z tak samo zaaranżowaną fotografią?
Pracowite oczyszczanie
chrześcijańskiej imaginacji z naiwnych obrazków, jakiemu poddają
nas wpływowi ikonoklaści, nie zaowocuje bynajmniej trwałą ascezą.
Wyobraźni się nie pozbędziemy, ona jest tym "czułym miejscem", w
którym odciska się Jego obraz. Jest miejscem domagającym się wypełnienia,
jak puste ściany kaplicy, które dzięki wypełnieniu obrazami "otwierają
się" na Boga - na podobieństwo ciała, które zmysłowo "otwiera" osobę
na osobę. Nie przypadkiem w papieski traktat teologiczno-estetyczny
wpleciona jest scena miłosna... Ale wyobraźnia, jak skóra, jest
wrażliwa i, jak umysł, nie znosi pustki; jej "czułość" domaga się
naszej aktywnej osłony, choćby słabej i niepewnej siebie. Zobaczcie
- już czyhają na nią ekrany i billboardy!
Czy jednak wszystkie te
obrazy, metafory i symbole są faktycznie do zbawienia potrzebne?
Czy nie zasłaniają aby czegoś, co powinno być dla nas "niewidzialne"?
Ikonoklaści przekonują, że skoro sacrum jest istotowo pozbawione
przeznaczonego naszym oczom "swojego" wizerunku, to nie daje się
"zobaczyć"; a więc każda próba "pokazania" go prowadzi nieuchronnie
do narzucenia naszej wrażliwości jakiegoś subiektywnego, czyli obcego,
czyli fałszywego, bo nieuprawomocnionego "obrazu"; a ponieważ wizerunek
taki, egotycznym sposobem sporządzony, łatwo mógłby stać się "bałwanem",
rzecz cała jest w dodatku niebezpieczna. Teologiczny błąd takiego
rozumowania został potępiony przez sobory już w VIII i IX wieku;
nie miejsce tu, by przytaczać argumenty, które łatwo odnaleźć w
książkach. A jednak widać (widać?), że ikonoklaści odnieśli ciche
zwycięstwo...
2. Apologia widzialności
W Tryptyku rzymskim, tej
medytacji przed "obrazem" Stworzyciela, znajduję zdanie, którego
temperatura emocjonalna wykracza poza kontemplacyjną ciszę skupienia
"na progu Kaplicy Sykstyńskiej". To zdanie brzmi kategorycznie:
"Księga czeka na obraz". Mało tego, dalej padają słowa skierowane
do artystów: "Przyzywam was wszystkich widzących wszech czasów";
wreszcie na koniec głęboko osobiste i przez to stanowcze: "I dobrze".
Nieczęsto w historii Kościoła pojawiał się dokument podpisany imieniem
Piotrowego następcy będący tak jednoznaczną apologią widzialności
oraz świadectwem wynikającej z niej bezpośrednio wiary w sztukę
jako "ścieżkę do Boga". Ale też ta swoista homilia "na progu widzenia"
jest kolejnym "przesłaniem odwagi", jakie Papież, raz po raz, kieruje
do zastraszonych współczesnych.
Określenie "ślepa wiara"
ukuli szydercy, nie ma bowiem takiej drugiej religii, która, jak
chrześcijaństwo, byłaby apologią widzialności. Chrześcijanin wierzy
w Boga, który mu się objawił, całym swoim credo wyznaje: "widzę
Cię takim". Wszakże wierzy w Tego, "którego nikt nie widział"...
Mówienie o Nim nieprzypadkowo układa się w kwestie dialogu. Przez
wieki ów splot Objawienia z Tajemnicą tworzył naszą więź ze Stwórcą;
była to relacja między "osobami", przeto dramatyczna, a więc taka,
w której siła wzajemnej ufności mierzona jest stopniem ryzyka "zerwania
wszelkich kontaktów". Przez "kontakt" chcę tu rozumieć taki sposób
ujawnienia się nadawcy, w jakim może być on zobaczony jedynie w
"obrazie" stworzonym przez odbiorcę, w "wizerunku" samodzielnie
i zarazem wiernie wobec otrzymanej inspiracji naszkicowanym. Bo
też ów "obraz Osoby", w osobie ludzkiej odciśnięty, pozwala nam
mieć nadzieję, że Niewidzialny chce być Rozpoznanym. Tak jak "spotkany"
człowiek staje się dla nas Kimś, chociaż zdajemy sobie sprawę, że
wyrazisty kontur jego określoności nie obejmuje wszystkiego "o nim"
i nasza wyobraźnia nigdy go "naprawdę" nie obrysuje.
Pozwalam sobie na te artystowsko-personalistyczną
analogię z pełną świadomością, że oto narzucam czytelnikowi pewien
styl mówienia i arbitralnie manipuluję jego skojarzeniami... No
właśnie, mówiąc o Tajemnicy, o Niewyrażalnym, o Objawieniu zmuszeni
będziemy ustalić (lub tylko "potwierdzić") język złożony z metafor,
które traktować będziemy odtąd jak pojęcia. Więcej nawet: jak prasakrament.
Używamy metafor, bo ufamy zasadzie podobieństwa; wprost trudno nam
pozbyć się przeświadczenia, że, jak powiada Papież wpatrzony w obraz
Michała Anioła, "wedle tego klucza niewidzialne wyraża się w widzialnym".
Czytając "pismo Objawienia", jakim jest codzienne doświadczenie,
odczytując "Pismo", które Bóg skierował do człowieka, wreszcie czytając
"pisma" europejskiej literatury i sztuki, czerpiemy z metafor, które
przemienione w interpretacje, żywią nas niczym chleb powszedni.
Ale jak to właściwie działa?
Powiada dokument Soboru: "przez objawienie Boże zechciał Bóg ujawnić
i oznajmić siebie samego". Ten, kto "ujawnia i oznajmia" siebie,
pragnie być zauważony, nie po to wszakże, by zaspokoić naszą ciekawość;
On domaga się nawiązania kontaktu, który jest wstępnym warunkiem
głębokiego i trwałego związku. To właśnie następstwa owej widzialności
są tu najważniejsze. Dlatego "nie należy się już spodziewać żadnego
objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się...". Objawienie
trwa w swoich konsekwencjach i twierdzę, że to właśnie ów "skutek"
jest owym "obrazem", którego rozpoznawaniem będzie proces tworzenia
wizerunku. Oto Bóg "prezentuje się", zobowiązując, jakby domagał
się od człowieka "reprezentacji". Domaga się przy tym samodzielności,
bo odwołuje się do osoby, której On sam jest wzorcem. Tą autoprezentacją
zdaje się mówić do Adama jak do artysty: "A ty za kogo mnie uważasz?".
Taki wizerunek Boga jest,
jak sądzę, nie tylko możliwy, ale i Jemu należny. Nie dziwi zatem,
że to właśnie Papież pisze medytacje o powołaniu sztuki. Bo też
ten, kto ma być zarazem "skałą i głową" Kościoła, powołany jest
do reprezentowania Chrystusa wobec świata. Ta powinność wymaga tyleż
od-wagi, co i u-wagi, jakby wizerunek/odpowiedź miał być zarazem
czymś od siebie i czymś w sobie; zarazem uzewnętrznionym przedmiotem,
darem dla innych, jak i uwewnętrznionym miejscem przyjęcia daru
od Innego. Tak rozumianą wiarę daje się definiować jako "przyjęcie
objawienia"; tworzenie wizerunków byłoby wtedy widzialną reakcją,
świadectwem stanu "wzbogacenia". Zwracając się do Piotra (nie najmocniejszego
przecie spośród uczniów), Syn Człowieczy traktuje go jak artystę
- powierzając mu misję świadczenia, ufając jego uważnej odwadze.
Albo jeszcze inaczej: odwołując się do zakorzenionej w nim zdolności
nakreślenia ("A ty za kogo mnie uważasz?") wizerunku Syna Bożego,
powołuje w nim twórcę.
Twórczość jest więc jakby
aktywnym przyjęciem zaproszenia do współpracy. Bóg, "ujawniając
i oznajmiając", zaprasza człowieka do współtworzenia swojego wizerunku.
Tym samym obiecując mu coraz to wyraźniejszy swój obraz. Także,
dodajmy, ukazując człowiekowi coraz wyraźniej, na czym w istocie
opiera się... podobieństwo. Akt twórczy jest nie tyle zapisem "widzenia",
ile raczej reakcją na "niepoznawalność". Doświadczenie zetknięcia
się artysty ze światem owocuje zrazu "zdumieniem" nad jego skrytym
początkiem; trud tworzenia zostaje podjęty właśnie dlatego, że obrazu
"jeszcze nie widać", dopiero ma się rozjaśnić i sprecyzować. Wszystko
zaczyna się od zadania, wyzwania, czyli jakby "zamówienia" na dzieło.
I oto "artysta poddaje się wezwaniu, które przychodzi z zewnątrz,
i oddaje się bez reszty temu, co jest niewyrażalne. (...) Dlatego
należy uważać sztukę za ścieżkę, która prowadzi do Boga". Tych zdań
nie napisał średniowieczny teolog, lecz Wasyl Kandyński, jeden z
najbardziej "rewolucyjnych" artystów nowoczesnej Europy.
Oczywiście można się pomylić...
Lepiej wszakże wyobrażać sobie Boga źle niż wcale. Błąd może zrodzić
reakcję krytyczną, może sprowokować wysiłek skorygowania i w rezultacie
stać się etapem w drodze do doskonałości; owocem zaniechania zawsze
będzie obojętność. Przeto twierdzę, że odmowa tworzenia wizerunków
jest równoznaczna z odmową poszukiwania obrazu i podobieństwa, a
więc jest grzechem zaniechania. Stoi za tym strach i małostkowość,
stoi za tym fałszywa pokora i duchowe lenistwo. Cóż, jak każdy ludzki
występek i ten da się przełożyć na ludzkie słabości...
3. Na podobieństwo
Kiedy, czytając Tryptyk
rzymski, widzę Papieża przed obrazem Michała Anioła, to widzę też
Piotra naśladującego Mistrza, a w nim widzę teologa pytającego artystę:
"A ty za kogo Go uważasz?". W tych odbiciach, per speculum, widzę
Kościół zapraszający Sztukę do współpracy. Jest we mnie głębokie
przekonanie o ich wzajemnym, bo koniecznym, związku.
Czy rzeczywiście koniecznym?
Poucza mnie o tym nie tylko samo objawienie, ale i jego sposób.
Bóg bowiem objawił się poniekąd "na sposób" dzieła sztuki - w Piśmie
i we Wcieleniu. Pismo i Wcielenie wykazują dwa istotne podobieństwa
do dzieła sztuki: są zarazem rozjaśniające i niewyjaśnialne. Oznacza
to, że ich semantyczne oddziaływanie jest, jak w wypadku arcydzieła,
nieustająco aktywne. Przy czym zdolność "objawiania", jaką wykazuje
dzieło sztuki, zakorzeniona jest w jego zasadniczo międzyludzkim
sposobie wyrazu, jego zaś nieodgadniona "tajemniczość" wynika z
cechy, którą określiłbym jako "niewyczerpywalność". Poczucie "głębi"
arcydzielnego obrazu rodzi niepokojącą pokusę, by "uwierzyć" w jakiś
transcendentny "wzorzec". To właśnie trwała skrytość tego, co niepodlegające
czasowi, pobudza człowieka do poszukiwania zmiennych, bo pozostających
w międzyludzkiej przestrzeni, sposobów ujawniania. Słowem: dopiero
"sztuczny wytwór" człowieczej zdolności pozwala ujrzeć "Prawdziwe
Stworzenie".
Dlatego twierdzę - i niech
to będzie centralną tezą moich dywagacji - -że nadzwyczajny status
sztuki w obrębie wrażliwości chrześcijańskiej wynika z tego, iż
sztuka reprezentuje religię. Albo inaczej, podeprę się tu metaforą,
sztuka "otwiera" na Objawione Słowo. "Świat pozbawiony sztuki -
znowu cytuję artystę i teologa - z trudem otworzyłby się na wiarę.
Byłby narażony na ryzyko, że pozostanie obcy w stosunku do Boga,
tak jakby miał do czynienia z Bogiem nieznanym".
Sztuka jedyna ma pełne
prawo do takiej reprezentacji; nie ma bowiem drugiej takiej władzy
w tym "obłoku niewiedzy", jakim jest ludzka duchowość, która mogłaby
stworzyć parę z naszą zdolnością wierzenia/wyznawania. Przymiotnik
"religijna" nie przysługuje filozofii, nie pasuje do teologii, religijna
może być, jak człowiek, tylko sztuka. "Nie znaczy to, że jedynie
zdecydowana wiara rodzi sztukę religijną, sama w sobie bowiem sztuka
[mówi papież i poeta] podąża podobnymi drogami co wiara". Sztuka
jest więc - powiedzmy prościej - "na podobieństwo" wiary. Przy czym
owo podobieństwo, tak jak "podobieństwo" Adama do Stwórcy, winno
być rozumiane również jako "powołanie do reprezentowania".
Bez sztuki religia Objawionego
Słowa nie ma reprezentanta w świecie zjawisk; nie "prezentuje się"
przeto i żyje niejawnie. Albowiem nie ma innego sposobu, który pozwoliłby
jej się ujawnić, jak metafory i wizerunki; to w nich poznajemy i
wyznajemy Stwórcę. Z twierdzenia "sztuka reprezentuje religię" wynika
również, że nie wolno ich ze sobą mylić. Relacja między nimi opiera
się na hierarchicznej zależności i wskazuje na dystans odróżniający
"reprezentowane" od "reprezentanta". To właśnie "odległość" lustra
od przedmiotu, malarza od modela umożliwia "zobaczenie" czegoś "innego"
w odbiciu i na obrazie.
4. Ludzką ręką
Boga nikt nie widział,
ale objawia się On nieustająco... Jak? Wyobraźni i wrażliwości ukształtowanej
przez chrześcijaństwo świat jawi się jako tekst. Wszakże - i to
sprawa zasadnicza - jawi się takim (a nie jest taki) dopiero w tekstach
(wizerunkach ludzką ręką uczynionych) ten świat opisujących (a więc
powstałych z użyciem zdolności człowieczego intelektu) na użytek
innych ludzi.
Ale co właściwie mam na
myśli, mówiąc: "opisać", "namalować" itd.? Otóż mniemam tak: artysta,
tworząc wizerunek rzeczy, odnajduje sens swojego doświadczenia,
świadcząc (zarówno innym, jak i sobie samemu) o "spotkaniu" z czymś
lub kimś, co będzie rozpoznane dopiero na końcu owego procesu -
w zwierciadle dzieła sztuki - a potem wciąż na nowo rozpoznawane
w lusterkach kolejnych interpretacji tegoż artefaktu, czyli tworu
obrośniętego tradycją. Akt twórczy jest więc swoistą tekstualizacją/wizualizacją
tego, co nazywamy światem. I to jest wciąż ten świat, nie jakiś
świat alternatywny czy wirtualny, ten sam, po którym pospołu chodzą
głusi i ci, co "mają uszy do słyszenia". W praktyce oznacza to,
iż mamy do czynienia z interpretacją jako pewną postawą wobec tego,
czego doświadczyć może każdy z nas. Ale "może" nie znaczy "potrafi"
- właśnie dlatego, że nie każdy potrafi, i właśnie dzięki temu,
że każdy może, istnieje sztuka.
Działanie artysty zdaje
się więc umożliwiać światu ujawnienie (wobec nas wszystkich i każdego
z osobna) zawartego w nim sensu. Nie jest on więc konkurentem Stwórcy,
lecz raczej pomocnikiem Objawiającego. Tak rozumiane dzieło sztuki
pozwala nam "poznać" to, czego doświadczamy, pozwala "zobaczyć"
to, na co patrzymy. Tak "ujawnione" rzeczy świata tego emanują teraz
sensem... "Ma sens, ma sens" - powtarza Papież dramatycznie, zapatrzony
w obraz "zatoki lasu", stojąc "na progu zdumienia". Sens jest zatem
ową odpowiedzią, tyleż "usłyszaną", co "wypowiedzianą". Ten sens
wydobywa artysta ze szczególnego sposobu "zapatrzenia", z owego
"zdumienia", które charakteryzuje "tajemniczość" i "jasność" zarazem.
Ale rzeczy "artystycznie zobaczone" nie tracą przez to swej "zwykłej"
realności.
Aliści, czemuż tak się
wysilać, by przeniknąć zasłonę Rzeczywistości, skoro obrazu Transcendencji
szukamy? Otóż śmiem przypuszczać, że wszelkie wizerunki sacrum nie
dotyczą Boga takiego, "jaki jest", Ten bowiem nie tyle pozostaje
niepoznawalny, ile raczej "nie jest z tego świata", z którego jest
sztuka. Przedmiotem artystycznego poszukiwania powinny być zatem
"obraz i podobieństwo", które Stwórca zechciał nam objawić - nie
gdzie indziej, jak tylko w konkretnym "tutaj" i nie później, lecz
w trwającym "teraz". Z tego rozumowania pochodzi typowo "zachodni"
postulat: permanentnej rewolucji artystycznej, która z kolei wymusza
niepowstrzymaną zmienność "wizerunku" w kolejnych "wizualizacjach".
O Bogu, tak jak o Rzeczywistości, trzeba mówić ciągle, prawdy Objawienia
nie można "zanotować" jak matematycznego równania, trzeba ją powtarzać
i powtarzać. Osobiście, aż do końca...
Owa triada Prawda-Rzeczywistość-Osoba
stanowi wspólną podstawę - i niech to będzie kolejna teza niniejszych
rozważań - chrześcijańskiego myślenia o Objawieniu i europejskiego
rozumienia Sztuki. Twórcę zdaje się napędzać to nieustające napięcie
między niemożnością stworzenia prawdziwego "obrazu" Boga a niepewnością
"widzenia" Rzeczywistości, które to dwie "słabości" są dla artysty
wyzwaniem do ich przezwyciężenia.
Bywa jednak, że odwagi
tworzenia pozbawia go nadmiar "perfekcjonizmu"... Może twórca fresków
w Kaplicy Sykstyńskiej miał odwagę pokazać Początek i Koniec, bo
nie uważał, że wraz z jego dziełem skończy się malarstwo; i może
papież Juliusz II miał odwagę dać artyście wolną rękę, bo nie obawiał
się, że ten zawładnie wyobraźnią chrześcijan na zawsze. Boimy się
każdego "wyobrażenia" również dlatego, że obawiamy się uwięzienia
w jego ramach, lękamy się władzy nad naszą imaginacją. Ale zatraciliśmy
chyba to, typowo zachodnioeuropejskie, rozumienie twórczości jako
"próby". Chodzi nie o małostkowe "próbowanie" (zamiast decyzji),
ale o coś takiego jak "próba bicia rekordu", jak "próba sił". Jeśli
każdy "obraz" potraktujemy jak kolejną "próbę wizerunku", to zdołamy
pozbyć się lęku przed "wyobrażeniem ostatecznym"...
5. Wierzę, więc
widzę
Na żadnym obrazie, który
uznajemy za wizualizację Boga, nie jest On rozpoznawalny sam przez
się, lecz jedynie reprezentowany przez pośrednika (na przykład brodatego
starca, gwiaździste niebo itp.). Ów pośrednik nie jest obojętny,
to on bowiem "otwiera" nasze widzenie. Ale też nie ma takiego obrazu,
który "ukazywałby" Boga mocą samej sztuki. Sztuka potrzebuje wiary
(niekoniecznie religijnej), bo słowo i obraz odwołują się do ludzkiej
zdolności wierzenia/widzenia jako podstawy wszelkiego kontaktu.
Nie ma wizerunków Boga
bez wiary w Niego takiego, jaki "jawi się" na obrazie; nie można
zaś "uwierzyć" w to "zjawienie się" bez uprzedniej wiary w "przedmiot"
zobrazowany. Jeśli patrząc na dzieło sztuki, powiedzmy "Ukrzyżowanie",
nie wierzę w Chrystusa i sprawę Jego, to zobaczę tam najwyżej wizerunek
człowieczego ciała przybitego do drewnianych belek, jeśli nie "barwną
plamę" po prostu. Ale nie może też stracić swojej "materialnej"
tożsamości samo dzieło; patrzeć "w głąb" obrazu nie znaczy zajrzeć
"przez namalowane". Widzenie "wizerunku" (także w tekście, na scenie
itp.) to proces polegający na "wchodzeniu i wychodzeniu", proces
zbliżania się i zachowywania dystansu. Skąd jednak pewność, czym
jest to Coś (na przykład świętość) tak właśnie widziane? Zauważalność
"czegoś" (więc i sacrum) w wizerunku możliwa jest jedynie przez
pryzmat sensu. Ów sens tkwi niejako "pomiędzy" obrazem a okiem,
pochodzi tyleż od samego dzieła i jego twórcy, co od patrzącego
interpretatora; przy czym obie strony nieustannie "konstruują" siatkę
sensu, "negocjują i uzgadniają", czerpiąc argumenty z otoczenia
(doświadczenia i tradycji). Sens jest więc rodzajem niezbędnego
kontaktu/kontraktu. W innym języku powiedzielibyśmy chyba: "przymierze",
może nawet... "sakrament"?
Ani wiara w Boga, ani
wiara w reprezentacyjną zdolność sztuki nie są "wrodzone". Obie
są "nabyte". Żeby dzieło sztuki zadziałało najpierw jako obraz ludzkiego
ciała, a potem jako wizerunek Syna Człowieczego, te dwie wiary muszą
się dopełnić. Obie też - religia i sztuka - zmuszone są wesprzeć
wzajemną "ufność" odpowiednią wiedzą i umiejętnościami. Ani papież
Juliusz II, ani Michał Anioł nie wierzyli, że Pan Bóg jest krzepkim
staruszkiem; wszakże kiedy artysta pokazał w końcu Ojcu Świętemu
swój wizerunek Ojca Niebieskiego, obaj umieli zobaczyć Go w tym
obrazie. W tym samym, w którym wielu współczesnych ikonoklastów
potrafi dostrzec tylko umięśnione pośladki.
6. O tym, co ważne
Dlaczego "nie widzą", choć
wierzą? Oto jeszcze jedna przeszkoda na drodze do wizerunku: nasze
programowe niezaangażowanie. Jesteśmy bowiem wychowankami pewnego
typu edukacji artystycznej rozpowszechnionej co najmniej od stulecia.
Krytycy i akademicy uczą nas sceptycyzmu. W rezultacie, pod groźbą
zarzutu naiwności, wolno nam "patrzeć na obraz", ale nie wolno niczego
"w nim widzieć". To wyuczone niedowiarstwo zmienia każde "przedstawienie"
w "realizację tematu", każdy "akt", nim zostanie "portretem" ciała,
podejrzany będzie o "pornograficzne" intencje. Nie "wierzyć" w obraz,
ale "zachwycać się" nim uczą w akademiach. W poczuciu dumy z naszej
zdolności do "deziluzji" pozwalamy sobie jednak na "zmysłową rozkosz",
w rezultacie krytycyzmem usprawiedliwiamy podglądactwo. Również
artyści, uczniowie tych samych szkół, nie są wolni od pokusy brania
się w cudzysłów", chowania się w nawias", zamykania się w bezpiecznym
"nie-na-serio".
Jeśli ponowoczesnego Europejczyka
uczy się traktować sztukę jako niepoważną zabawkę inteligentnych
próżniaków, to nie można wymagać od niego, by zwracał się do artysty
z poważnym pytaniem: "A ty jak wyobrażasz sobie... moje zmartwychwstanie?".
Nie będzie przeto wielkiej sztuki religijnej bez wielkiego zaufania
do sztuki samej. Nie będzie też twórców zdolnych podjąć "wielkie
wyzwanie", jeśli jedynie dozwolonym miejscem artysty będzie margines
społeczeństwa. Artysta zatem nie tylko "ma prawo" do swoistej dumy
ze swojego powołania, ale wręcz "ma obowiązek" traktować siebie
dostatecznie poważnie, abyśmy chcieli powierzać mu sprawy "naprawdę
ważne".
W praktyce oznacza to,
że fortunna wizualizacja sacrum nie może obyć się bez uważnego oglądu
świata, tak uważnego, by zwrócić naszą "uwagę" na to, co "ważne".
Poczucie "ważności" jakiegoś zjawiska czy zdarzenia należy do podstawowych
warunków wstępnych odczucia, że oto obcujemy z sacrum. Ale należy
też do warunków koniecznych artystycznej wrażliwości; od zatrzymania
uwagi na określonym kawałku świata zaczyna się proces powstawania
znaczeń. Dopiero ta uwaga naszej percepcji (co nie znaczy zawsze
"powaga") pozwala nam przejść z poziomu pragmatycznego oglądu rzeczy,
zdarzeń i ludzi na poziom sensownego z nimi obcowania.
Czy to artyści boją się
własnej słabości czy to my nie mamy do nich zaufania? Trudno obwiniać
jedną stronę. Artyści są tyleż "spychani" ze sceny publicznej, co
sami z niej "uciekają". Niestety żaden pasterz nie idzie ich szukać...
No, może ten jeden. Papież przecie nie od dzisiaj powołuje w nas
artystów. Przypomina, że Kościół potrzebuje artystów jako artystów
właśnie, nie zaś jako wykonawców zleceń. Emancypacja sztuki nie
jest przeszkodą w porozumieniu, przeciwnie: dopiero Sztuka, ta dumna
i samodzielna, staje się godna uczestniczyć we współtworzeniu Wizerunku,
w dramatycznym dialogu o Nim. Artysta tworzy speculum z nadzieją,
że Coś lub Ktoś zostawi w nim swoje odbicie. Taka postawa wymaga
od niego wolności i uczciwości, musi bowiem uważać, aby nie ulec
pokusie zamalowania lusterka kusząco atrakcyjną reklamówką lub autoportretem.
Przeto sztuka jest prawdziwa, kiedy jest samozwrotna; tylko służąc
Sztuce, artysta ma szansę stać się pokornym sługą Prawdziwego Wizerunku,
a nie zadufanym niewolnikiem Idola. Michał Anioł miał odwagę odpowiedzieć
na pytanie ówczesnego Piotra; na najważniejsze pytanie o Początek
i Koniec odpowiedział swoim, nie "kościelnym", obrazem. Nie dlatego,
że czuł się kompetentnym teologiem, ale dlatego, że czuł się wielkim
artystą. Był tym, kto ma prawo i obowiązek współtworzyć "zbiorową
wyobraźnię" jako "czułe miejsce" gotowe na przyjęcie Wizerunku.
Dziś artyście wolno wszystko,
byle się nie wtrącał w dyskusje demokratycznie wybranych reprezentantów
większości... Bo też odwaga artysty pochodzi z tego, co za nim stoi,
z tej Sztuki, którą za plecami czuje. Za ponowoczesnym artystą nie
stoi nic; on chce reprezentować siebie, zrównując sztukę z ekspresją
własnej prywatności. Ale i Kościół nie jest tu bez winy; usunięty
z forum publicznych debat, zdaje się chronić religię jako "jedyne,
co mu zostało", chroni ją też przed ingerencją, wtrącających się
z rzadka, artystów. Kapryśna Sztuka nie dogada się z urzędową Teologią,
jeśli ta pierwsza będzie traktowała "obraz" jako prywatną rozrywkę,
a ta druga uzna "wizerunek" za swoją wewnętrzną sprawę. Do największych
słabości relacji Kościół-Sztuka należy dziś unikanie dyskusji na
rzecz kategorycznych, ucinających wszystko, gestów akceptacji lub
dezaprobaty. A przecie od wieków ksiądz nieraz kłócił się z malarzem,
kłócili się zajadle, ale do skutku. Może wtedy obaj czuli, że swoją
ludzką małostkowością przyszło im reprezentować coś, co ich przerasta?
7. On jest jakiś
- exemplum
Obraz Boga zatem, ten,
który możemy zobaczyć i mamy obowiązek tworzyć, zawarty jest w obrazie
rzeczywistości, tej, którą możemy i powinniśmy odsłaniać. Tak brzmi
- powtórzmy - "zachodnie" credo ikonofilów. Bo też w tym miejscu
musimy rozstać się z naszymi braćmi w wierze... Napotykamy oto zasadniczą
różnicę między rzymską sztuką religijną a bizantyjską sztuką sakralną.
Ta pierwsza uczy się (permanentnie dowodząc swojej niedoskonałości)
obrazu Boga ze świata, w przekonaniu, że nie kto inny, ale On go
stworzył, i nie innym, lecz nam się objawił; widzimy Go takim, jaki
jawi nam się stąd. Ta druga czuje się raczej depozytariuszką skarbu,
prawdziwego Wizerunku, i pielęgnuje go w przekonaniu, że dbałość
i staranność pozwalają widzieć coraz wyraźniej...
Oglądam zachodni album
z wizerunkami - gwałtowne zrywy, ponawiane próby. Oglądam ikony
- mozolna praca. Nasza zdolność widzenia/wierzenia rozciąga się
między tymi biegunami. Patrząc na grecką ikonę, odnoszę wrażenie,
że Bóg chce od artysty, by ten słuchał go uważnie (nie zakłócając
Słowa swoim gadaniem), bo On coś ważnego ma mu do powiedzenia; patrząc
na łaciński wizerunek, czuję, że On domagał się od malarza twórczej
(a więc samodzielnej) i poważnej odpowiedzi na jakieś ważne pytanie.
Być może dlatego wschodnią ikonę otacza atmosfera po-wagi, poczucie,
że mamy przed sobą dzieło (niczyje) dźwigające rzecz nadludzko ciężką;
z kolei zachodni obraz niesie z sobą aurę od-ważnego czynu, jest
człowieczą (czyjąś) próbą podołania ciężarowi. Więcej: w ikonie
Bóg zwraca się do Człowieka, w którym ma podobieństwo (upodobanie?),
w wizerunku Stwórca zwraca się do Osoby (osobiście?), która jest
Jego obrazem.
Myśląc o tym, przypominam
sobie wizytę w meczecie, ogromnym i pięknym. Mój wzrok rzuca się
na ściany, instynktownie szuka. Ale tam są tylko splątane linie,
wyrafinowany ornament, w którym nie umiem niczego odnaleźć, choć
nie opuszcza mnie przekonanie (może niesłuszne), że coś tam być
powinno, Coś "jakieś". Oko biega po wielkiej pustce, odbija się
od ściany do ściany, w narastającej panice, jak oszalała piłeczka.
Nawiedza mnie lęk; czuję się odtrącony. Czuję, że Ten, który "tak"
mi się jawi, zamyka mnie w tym miejscu, skazuje na "tutaj". Mam
wrażenie, że On "pokazuje mi Swoją niewidzialność" jako znak Jego
nade mną przewagi...
Kilka dni później wchodzę
do małej i ciemnej greckiej cerkiewki. Niesłychanie intensywne doznanie
obecności! Jakby to Jego wzrokiem patrzyły na mnie ikony, a z nich
twarze świętych i twarz Chrystusa. Ale przecie zdaje mi się, że
On sam nie patrzy na mnie, raczej przypatruje mi się skądinąd. Skąd?
Z wysoka. Bo odnajduję w sobie poczucie niższości (a nie "pokory",
niestety) względem Niego. Odnajduję tu i teraz swoje miejsce, wyznaczone
- mi miejsce "pod" Jego ikoną. Może dlatego, że mam w
sobie tę "łacińską" pychę niezależności; może dlatego,
że przywykłem stać "naprzeciw" Jego obrazu? Ta pozycja
daje mi co prawda siłę, bo jest wyzwaniem, by sprostać Jego wymaganiom,
by "przemienić się" pod Jego spojrzeniem; ale zarazem
odbiera odwagę, którą (może niesłusznie) kojarzę z "pewnością
siebie" - nie śmiem zbliżyć się do Niego...
A potem, gdzieś w drodze
na północ, barokowy kościół w alpejskim mieście. Pierwsze wrażenie:
ciężar. Ogromne złocone ramy, w nich płótna błyszczące olejem. Wystarczy
jednak zbliżyć się na tyle, by pokonując mrok wnętrza, zobaczyć.
Co właściwie? No właśnie, ikonie nie zadawałem takiego pytania,
ten "obraz" chce być rozpoznany. I poznaję. Jakbym znał już to wcześniej,
a więc jakby to, co jest na obrazie, "przyszło" spoza niego; ale
nie "na zawsze". Wrażenie, że oto "przez" obrazy wlatują aniołki,
a Chrystus "zagląda" do wnętrza. Bo świątynia jest ciągle otwarta.
I wszyscy święci przyszli tu dla mnie, niczym aktorzy gotowi dać
"przedstawienie". Podobni do mnie w ludzkich namiętnościach, a zarazem
już "inni", przemienieni w "persony dramatu". Teraz stoją przede
mną niczym ambasadorowie, żeby "reprezentować" jakieś Królestwo
nie z tego świata. Skoro im się udało, to i ja mógłbym...
Gdybym pojechał dalej
na północ, pewnie opowiedziałbym o pustym pokoju. W nim, pośród
książek i ekologicznych mebli, samotny chłopiec marzy o Ojcu. Tym,
który siedzi gdzieś na górze, zamknięty w swoim gabinecie; tym,
który kocha go jakoś, bo przecie dba o jego edukację, ale.. nie
przytuli. A on, oprócz wewnętrznego światła świadomości, ma też
to marznące, ciemne ciało - zmysłowo otwarte.
ARTUR GRABOWSKI, ur. 1967, dr filologii polskiej, poeta, eseista,
autor dramatów. Pracownik Instytutu Filologii Polskiej UJ.
POCZĄTEK
STRONY |