|

Temat
miesiąca
Tischner jako filozof egzystencji
Antoni Szwed
Księdza
Tischnera nie ma wśród nas. W żadnej debacie publicznej nie zabierze
już głosu. Przez dziesięciolecia pomagał nam rozumieć nasze zawikłane
sprawy, opisywał ludzkie biedy i zagubienia, toczył spory o kształt
polskiej nadziei. Osnową jego myślenia była raczej dziejąca się
teraźniejszość niż spekulatywna ponadczasowość. Wybrał ją świadomie,
bo swoją myślą chciał towarzyszyć ludziom żyjącym nad Wisłą. Ich
znał najlepiej i ich los najbardziej go obchodził.
Wcześnie
- jak mawiał - zsiadł z grzbietu niemieckich i francuskich klasyków
filozofii, choć mógł zostać ich błyskotliwym komentatorem. Przekornie
pisał o sobie, że "wybrał, aby być ciasnym i tępym filozofem
Sarmatów". Wykształcony na pismach Husserla i Ingardena, rozczytujący
się w Heglu, Kępińskim, Schelerze, Heideggerze, Lévinasie i Rosenzweigu,
traktował ich jako źródło inspiracji, punkt zaczepienia, pobudkę
dla własnej refleksji. I wielu tak go odczytywało. Ci, którzy w
latach 80. słuchali jego wykładów, pamiętają, że zawsze chodziło
się "na Tischnera". Znaczyło to mniej więcej tyle, że
niezależnie od tego, kogo prezentował, czynił to zawsze na swój
niepowtarzalny, Tischnerowski sposób. Działały tu jakieś tajemne
filtry, które pozbawiały owych mistrzów zbędnych terminologicznych
zawiłości, pokrętnego języka, osadu, który ich doświadczenie rzeczywistości
czyni niekiedy trudno przyswajalnym.
Ci, którzy
słuchali jego wykładów, pamiętają, że był znakomitym mówcą. Dbał
o język, którym się posługiwał. Mówił dobitnie, głosem mocnym, lecz
spokojnie, bez pośpiechu. Frazy wypowiadanych zdań ściśle pokrywały
sekwencje myśli. Starannie i niezwykle oszczędnie dobierane słowa
pozwalały mu dokładnie wyrażać to, co chciał wyrazić, bez zbędnych
szumów retorycznych. Abstrakcyjnego języka współczesnej filozofii
używał roztropnie, ograniczając go do niezbędnego minimum. Przejrzystość
prowadzonych wątków rozumowań ułatwiała percepcję nawet początkującym
słuchaczom. Ale było jeszcze coś mniej uchwytnego, co bodaj największe
czyniło wrażenie. Można by to nazwać nastrojem myślenia, w którym
odnajdywało się coś więcej niż powagę i skupienie filozofa na rozważanej
kwestii. Było to zaproszenie, tu i teraz, do uczestnictwa w misterium
myślenia, które wciągało w jakieś nieznane obszary. W największej
sali uniwersyteckiej brakowało siedzących miejsc. Ostatni przychodzący
siadywali na podłodze, inni stali w drzwiach lub na korytarzu.
Ksiądz
Tischner miał w sobie coś z sokratejskiego majeuty, ale i terapeuty.
Jego pogodna osobowość, sposób filozofowania niezrywający nigdy
ze zdrowym rozsądkiem, dawały ozdrowieńczą moc i radość. Po jego
wykładach, kazaniach, rekolekcjach wychodziło się lepszym, duchowo
zdrowszym, radośniejszym. Jakaś swoista recta ratio rządziła tym
dyskursem. Góralskie przypowieści i anegdoty pełniły rolę puent
w myśleniu człowieka mądrego, który jest blisko życia i zna życie.
Chętnie posługiwał się nimi, nie tyle chcąc zabawić słuchacza, ile
unaocznić mu pewne prawdy, które u innych brzmiały topornie i dziwacznie.
Tischner dobrze poruszał się w zawiłościach XX-wiecznych filozofii,
ale eksponował w nich to, co miało związek z mądrością życia. A
tę odnajdywał u ludzi, którzy nigdy nie studiowali filozofii, lecz
z duchową świeżością potrafili patrzeć na siebie i na drugiego człowieka.
Otaczający świat widzieli tak, że stawał siędla nich otwartą księgą.
Tischner zawsze z takimi ludźmi bardzo sympatyzował, po prostu ich
kochał (wyrazem tej miłości jest choćby Historia filozofii po góralsku).
Metody fenomenologii i hermeneutyki pozwalały mu to doświadczenie
precyzyjniej ująć, opisać, a nazwane ukazywać innym. Stąd tak łatwo
nawiązywał nić porozumienia ze swoimi słuchaczami. Dawał do myślenia,
pozwalał widzieć.
Księdza
Tischnera wolno chyba nazwać filozofem egzystencji. Jego filozofowanie
nie wyczerpuje się w myśleniu etycznym czy religijnym, nie ogranicza
się do jakiejś postaci fenomenologii czy hermeneutyki. Owszem, jako
chrześcijanin, jako ksiądz, całe życie myślał w perspektywie chrześcijańskiej,
ale ten punkt widzenia nie wykluczał innych, niechrześcijańskich
perspektyw (greckiej, żydowskiej, współczesnej laickiej). Żywiołem
tego myślenia nie była teologia ani wielowiekowe dziedzictwo filozofii
chrześcijańskiej. Żywiołem i źródłem Tischnerowskiego filozofowania
były sprawy konkretnych ludzi, których spotykał na drodze swego
życia: bliskich, sąsiadów, przyjaciół, znajomych, uczniów, studentów,
młodszych i starszych, nauczycieli, swoich mistrzów. Przedmiotem
refleksji czynił ludzkie cierpienie, zagubienie, winę, grzech i
zdradę, ale także potrzebę ocalenia, spełnienia, ratowania nadziei.
Filozofia człowieka, jaką uprawiał, była owocem jego niezwykłej
wrażliwości, współodczuwania i współmyślenia z innymi. Księdza Tischnera
zawsze otaczał tłum ludzi - w tym sensie nigdy nie był samotny -
bo w swoim myśleniu był dla innych. Był filozofem egzystencji, choć
trudno byłoby go nazwać egzystencjalistą, na sposób teoretyczny
rozjaśniającym fenomen ludzkiego życia. Filozofia egzystencji to
nie w pierwszej kolejności teoria: teoretyczne koncepcje osoby ludzkiej,
natury człowieka, świadomości itp. Teoretyczne instrumentarium,
którym Ksiądz Józef świetnie się posługiwał, służyło mu do czegoś
innego niż bezpośrednie przekazywanie filozoficznych treści. W tym
filozofowaniu nie poszukiwał ontologicznego uzasadnienia norm moralnych
ani nie rozstrzygał sporu dotyczącego sposobu istnienia wartości
(wszelkie uwagi, jakie na te tematy czynił, pojawiały się jakby
przy okazji). Jego refleksja niosła ze sobą jakieś światło rozumu,
który perswaduje, nakłania, sugeruje, stając się świadkiem jakiejś
prawdy, zachęcając do otwarcia na jakieś dobro czy piękno. Ta refleksja
była zaangażowana w człowieka, tak że nie pozostawiała słuchacza
(rozmówcy) obojętnym. Apelowała nie tylko do jego obiektywnego,
teoretycznego myślenia, lecz przede wszystkim do jego woli, wyobraźni,
uczuć. To było myślenie skierowane do całego człowieka - myślenie,
które domagało się akceptacji bądź odrzucenia. Tischnerowska filozofia
spotkania czy filozofia dramatu to swego rodzaju klucze perswazyjne,
które w pierwszej kolejności do czegoś zachęcają lub zniechęcają,
a dopiero później, jakby w tle, opisują określone sytuacje egzystencji.
Wartości tej filozofii nie można więc poddawać takim samym ocenom,
jakim poddaje się spójność systemu logiki czy ontologii. Tego typu
filozofowanie akceptuje i docenia ten, kto akceptuje i podejmuje
określone decyzje egzystencjalne: kto spotyka drugiego człowieka,
podejmuje akt wiary w Boga itd. Jeśli przez egzystencję rozumieć
duchowego rodzaju stawanie się jednostki, która myśląc, kształtuje
siebie, to rolą filozofa egzystencji jest właśnie towarzyszenie
jednostce na tej drodze stawania się i podejmowania decyzji. Filozof
egzystencji nie realizuje jakiegoś własnego z góry założonego projektu,
lecz raczej w swoim filozoficznym i duchowym rozwoju do pewnego
stopnia współstaje się z innymi. Nie jest więc kimś, kto przez lata
przemyśliwuje nad elementami swego systemu, by go w końcu przedstawić
w skończonej postaci. Nie jest podobny do Kartezjusza, lecz raczej
do Sokratesa, który umiera, nie uzyskując ostatecznych odpowiedzi
na żadne ze stawianych pytań.
ANTONI
SZWED, ur. 1955, dr filozofii, były asystent ks. Tischnera i adiunkt
na Wydziale Filozofii PAT w Krakowie, tłumacz i komentator pism
Sorena Kierkegaarda (przełożył m.in. Pojęcie lęku, Dziennik
(wybór) oraz Wprawki do chrześcijaństwa). Opublikował:
Między wolnością a prawdą egzystencji (Kęty 1999).
POCZĄTEK
STRONY |