Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

KWIECIEŃ 2004, NUMER 588

Strona główna

Po śladach ks. Józefa Tischnera


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Temat miesiąca

 

Tischner jako filozof egzystencji

Antoni Szwed

Księdza Tischnera nie ma wśród nas. W żadnej debacie publicznej nie zabierze już głosu. Przez dziesięciolecia pomagał nam rozumieć nasze zawikłane sprawy, opisywał ludzkie biedy i zagubienia, toczył spory o kształt polskiej nadziei. Osnową jego myślenia była raczej dziejąca się teraźniejszość niż spekulatywna ponadczasowość. Wybrał ją świadomie, bo swoją myślą chciał towarzyszyć ludziom żyjącym nad Wisłą. Ich znał najlepiej i ich los najbardziej go obchodził.

Wcześnie - jak mawiał - zsiadł z grzbietu niemieckich i francuskich klasyków filozofii, choć mógł zostać ich błyskotliwym komentatorem. Przekornie pisał o sobie, że "wybrał, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów". Wykształcony na pismach Husserla i Ingardena, rozczytujący się w Heglu, Kępińskim, Schelerze, Heideggerze, Lévinasie i Rosenzweigu, traktował ich jako źródło inspiracji, punkt zaczepienia, pobudkę dla własnej refleksji. I wielu tak go odczytywało. Ci, którzy w latach 80. słuchali jego wykładów, pamiętają, że zawsze chodziło się "na Tischnera". Znaczyło to mniej więcej tyle, że niezależnie od tego, kogo prezentował, czynił to zawsze na swój niepowtarzalny, Tischnerowski sposób. Działały tu jakieś tajemne filtry, które pozbawiały owych mistrzów zbędnych terminologicznych zawiłości, pokrętnego języka, osadu, który ich doświadczenie rzeczywistości czyni niekiedy trudno przyswajalnym.

Ci, którzy słuchali jego wykładów, pamiętają, że był znakomitym mówcą. Dbał o język, którym się posługiwał. Mówił dobitnie, głosem mocnym, lecz spokojnie, bez pośpiechu. Frazy wypowiadanych zdań ściśle pokrywały sekwencje myśli. Starannie i niezwykle oszczędnie dobierane słowa pozwalały mu dokładnie wyrażać to, co chciał wyrazić, bez zbędnych szumów retorycznych. Abstrakcyjnego języka współczesnej filozofii używał roztropnie, ograniczając go do niezbędnego minimum. Przejrzystość prowadzonych wątków rozumowań ułatwiała percepcję nawet początkującym słuchaczom. Ale było jeszcze coś mniej uchwytnego, co bodaj największe czyniło wrażenie. Można by to nazwać nastrojem myślenia, w którym odnajdywało się coś więcej niż powagę i skupienie filozofa na rozważanej kwestii. Było to zaproszenie, tu i teraz, do uczestnictwa w misterium myślenia, które wciągało w jakieś nieznane obszary. W największej sali uniwersyteckiej brakowało siedzących miejsc. Ostatni przychodzący siadywali na podłodze, inni stali w drzwiach lub na korytarzu.

Ksiądz Tischner miał w sobie coś z sokratejskiego majeuty, ale i terapeuty. Jego pogodna osobowość, sposób filozofowania niezrywający nigdy ze zdrowym rozsądkiem, dawały ozdrowieńczą moc i radość. Po jego wykładach, kazaniach, rekolekcjach wychodziło się lepszym, duchowo zdrowszym, radośniejszym. Jakaś swoista recta ratio rządziła tym dyskursem. Góralskie przypowieści i anegdoty pełniły rolę puent w myśleniu człowieka mądrego, który jest blisko życia i zna życie. Chętnie posługiwał się nimi, nie tyle chcąc zabawić słuchacza, ile unaocznić mu pewne prawdy, które u innych brzmiały topornie i dziwacznie. Tischner dobrze poruszał się w zawiłościach XX-wiecznych filozofii, ale eksponował w nich to, co miało związek z mądrością życia. A tę odnajdywał u ludzi, którzy nigdy nie studiowali filozofii, lecz z duchową świeżością potrafili patrzeć na siebie i na drugiego człowieka. Otaczający świat widzieli tak, że stawał siędla nich otwartą księgą. Tischner zawsze z takimi ludźmi bardzo sympatyzował, po prostu ich kochał (wyrazem tej miłości jest choćby Historia filozofii po góralsku). Metody fenomenologii i hermeneutyki pozwalały mu to doświadczenie precyzyjniej ująć, opisać, a nazwane ukazywać innym. Stąd tak łatwo nawiązywał nić porozumienia ze swoimi słuchaczami. Dawał do myślenia, pozwalał widzieć.

Księdza Tischnera wolno chyba nazwać filozofem egzystencji. Jego filozofowanie nie wyczerpuje się w myśleniu etycznym czy religijnym, nie ogranicza się do jakiejś postaci fenomenologii czy hermeneutyki. Owszem, jako chrześcijanin, jako ksiądz, całe życie myślał w perspektywie chrześcijańskiej, ale ten punkt widzenia nie wykluczał innych, niechrześcijańskich perspektyw (greckiej, żydowskiej, współczesnej laickiej). Żywiołem tego myślenia nie była teologia ani wielowiekowe dziedzictwo filozofii chrześcijańskiej. Żywiołem i źródłem Tischnerowskiego filozofowania były sprawy konkretnych ludzi, których spotykał na drodze swego życia: bliskich, sąsiadów, przyjaciół, znajomych, uczniów, studentów, młodszych i starszych, nauczycieli, swoich mistrzów. Przedmiotem refleksji czynił ludzkie cierpienie, zagubienie, winę, grzech i zdradę, ale także potrzebę ocalenia, spełnienia, ratowania nadziei. Filozofia człowieka, jaką uprawiał, była owocem jego niezwykłej wrażliwości, współodczuwania i współmyślenia z innymi. Księdza Tischnera zawsze otaczał tłum ludzi - w tym sensie nigdy nie był samotny - bo w swoim myśleniu był dla innych. Był filozofem egzystencji, choć trudno byłoby go nazwać egzystencjalistą, na sposób teoretyczny rozjaśniającym fenomen ludzkiego życia. Filozofia egzystencji to nie w pierwszej kolejności teoria: teoretyczne koncepcje osoby ludzkiej, natury człowieka, świadomości itp. Teoretyczne instrumentarium, którym Ksiądz Józef świetnie się posługiwał, służyło mu do czegoś innego niż bezpośrednie przekazywanie filozoficznych treści. W tym filozofowaniu nie poszukiwał ontologicznego uzasadnienia norm moralnych ani nie rozstrzygał sporu dotyczącego sposobu istnienia wartości (wszelkie uwagi, jakie na te tematy czynił, pojawiały się jakby przy okazji). Jego refleksja niosła ze sobą jakieś światło rozumu, który perswaduje, nakłania, sugeruje, stając się świadkiem jakiejś prawdy, zachęcając do otwarcia na jakieś dobro czy piękno. Ta refleksja była zaangażowana w człowieka, tak że nie pozostawiała słuchacza (rozmówcy) obojętnym. Apelowała nie tylko do jego obiektywnego, teoretycznego myślenia, lecz przede wszystkim do jego woli, wyobraźni, uczuć. To było myślenie skierowane do całego człowieka - myślenie, które domagało się akceptacji bądź odrzucenia. Tischnerowska filozofia spotkania czy filozofia dramatu to swego rodzaju klucze perswazyjne, które w pierwszej kolejności do czegoś zachęcają lub zniechęcają, a dopiero później, jakby w tle, opisują określone sytuacje egzystencji. Wartości tej filozofii nie można więc poddawać takim samym ocenom, jakim poddaje się spójność systemu logiki czy ontologii. Tego typu filozofowanie akceptuje i docenia ten, kto akceptuje i podejmuje określone decyzje egzystencjalne: kto spotyka drugiego człowieka, podejmuje akt wiary w Boga itd. Jeśli przez egzystencję rozumieć duchowego rodzaju stawanie się jednostki, która myśląc, kształtuje siebie, to rolą filozofa egzystencji jest właśnie towarzyszenie jednostce na tej drodze stawania się i podejmowania decyzji. Filozof egzystencji nie realizuje jakiegoś własnego z góry założonego projektu, lecz raczej w swoim filozoficznym i duchowym rozwoju do pewnego stopnia współstaje się z innymi. Nie jest więc kimś, kto przez lata przemyśliwuje nad elementami swego systemu, by go w końcu przedstawić w skończonej postaci. Nie jest podobny do Kartezjusza, lecz raczej do Sokratesa, który umiera, nie uzyskując ostatecznych odpowiedzi na żadne ze stawianych pytań.

ANTONI SZWED, ur. 1955, dr filozofii, były asystent ks. Tischnera i adiunkt na Wydziale Filozofii PAT w Krakowie, tłumacz i komentator pism Sorena Kierkegaarda (przełożył m.in. Pojęcie lęku, Dziennik (wybór) oraz Wprawki do chrześcijaństwa). Opublikował: Między wolnością a prawdą egzystencji (Kęty 1999).

 

 

POCZĄTEK STRONY


Znak Młodych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.