
Tematy i refleksje
Skumbria w tomacie i przyszłe
hot dogi
Bartłomiej Dobroczyński
1. Kiedy
oddawałem tekst III Rzesza Popkultury do druku ("Znak"
nr 586), naiwnie sądziłem, że napisałem tekst prosty, a w czytaniu
lekki. Miałem oczywiście świadomość, że to, co chciałem poddać pod
rozwagę czytelnika, dotyczy przede wszystkim takiej sfery, która
wymaga "wrażliwości na subtelności i niuanse" (Karl Jaspers). Ale
liczyłem, że nie jest to wymaganie przekraczające możliwości człowieka
nawet tylko średnio wykształconego. Użyłem zresztą frazy, iż będę
mówił o tym, "co niepostrzeżenie zaczyna nadawać ton naszej codziennej
egzystencji". Słowa "niepostrzeżenie" oraz "ton" - są dosyć oczywistą
zapowiedzią, że chodzić będzie raczej o atmosferę, klimat emocjonalny
i intelektualny, ducha - a więc sprawy nie do końca wymierne, niełatwe
do zliczenia. Okazało się jednak, że niektórzy z moich polemistów
odczytali te intencje całkiem opacznie. Trudno, zdarza się: ani
ja pierwszy, ani ostatni. Przy okazji jednak użyli sobie setnie
- i na mnie, i na moich tezach - przypisując mi zamiary i poglądy,
których zgoła nie ujawniłem. Dodatkowo zostałem uznany za purytanina
(he, he, he), zaś sam artykuł za zamulający (prof. Godzic).
2. Teksty
tego rodzaju jak mój rządzą się określonymi prawami - co od początku
do końca sugeruje ich forma. Dopuszczają przerysowania, zaś licentia
poetica i skróty myślowe to ich żywioł, równocześnie jednak,
niczym powietrza, potrzebują minimum współpracy intelektualnej czytelnika.
Odbierane literalnie, więdną jak kwiaty bez wody. Odnoszę wrażenie,
że moi adwersarze odczytali mój artykuł jednak chyba nazbyt dosłownie,
a z drugiej strony niemal całkowicie przegapili jego istotę. Wyszło
trochę tak jak w tym słynnym komputerowym tłumaczeniu, które biblijną
frazę "duch jest wprawdzie chętny, ale ciało mdłe" (co brzmiało
w języku angielskim: "The spirit indeed is willing, but the flesh
is weak") przerobiło na "spirytus jest wprawdzie mocny, ale mięso
zepsute". Dzięki temu jednak mam szansę jeszcze raz wyłożyć swoje
stanowisko, a przy okazji ustosunkować się do moich krytyków, nie
przekonali mnie bowiem do tego, że - mówiąc metaforycznie - "Big
Brother" to niezastąpione laboratorium, w którym kształtuje się
humanistyka przyszłości.
3. Najpierw
drugorzędna w istocie sprawa tytułu, ale chcę mieć ją szybko "z
głowy". Otóż owa III Rzesza (i w konsekwencji trop faszystowski)
wzięła się z pomysłów rockowych zespołów The Residents i Laibach,
a odnosi się bardziej do pewnych praktyk i typu mentalności niż
do jakiegoś przewrotu w stylu "brunatnych koszul". Nie dziwię się,
że jest to niezrozumiałe dla prof. Legutki - ale specjaliści od
popkukltury powinni być nieco przytomniejsi. Czy według Panów Third
Reich'n'Roll albo faszystowskie przeróbki Beatlesów robione przez
zespół Laibach to ostrzeżenie, że muzyka pop nagle wyda jakąś inkarnację
Adolfa Hitlera? Wolne żarty. Tam chodziło tylko - i aż - o pokazanie,
jak łatwo, za pomocą prostego i prymitywnego schematu, zamienić
coś niemal całkiem niewinnego w złowrogie monstrum. Jak łatwo pobłądzić,
próbując potem rozróżnić, co jest tylko zabawą, a co już całkowicie
na serio. Jak można przy tym manipulować człowiekiem. I że wszystko
to da się bardzo łatwo przeprowadzić w obrębie popkultury (w obrębie,
powtarzam). Kto widział absolutną bezradność amerykańskich uczestników
koncertów zespołu Laibach - wie, co mam na myśli. I w sprawie faszyzmu
- to by było na tyle.
4. Jak
widać, nie miałem zamiaru pisać o polityce czy kapitalizmie. Nie
występuję także przeciwko demokracji, wolnemu rynkowiani wartościom
liberalnym. W wielu tekstach dałem do zrozumienia, że ścisłe przedziały
między kulturą wysoką i niską uważam za sztuczne i dzisiaj już stanowczo
przestarzałe. Uwielbiam filmy Tarantino i braci Wachowskich, Rodzinę
Soprano i spaghetti westerny. Chętnie słucham nie tylko Harry'ego
Partcha i awangardy rockowej, ale także Richarda D. Jamesa (Aphex
Twin), Einstuerzende Neubauten i Moby'ego. Nigdzie i nigdy nie napisałem,
że intelektualiści powinni się dumnie odciąć od popkultury, a ideolog
ze mnie, Panie Profesorze Godzic, pożal się, Boże (chyba żeby tak
ocenić zamiar głosowania na Zielonych). To, że sam nie przepadam
za "Barem" czy "Idolem", zupełnie nie wpływa na to, iżbym uważał
kogokolwiek, kto je ogląda, za niegodnego miana człowieka. Sporo
moich studentów pasjonuje się nimi i jakoś nie przeszkadza to nam
we wzajemnym porozumieniu. Jeśli ktoś wielbi produkcje Ich Trojga,
to naprawdę jego prywatna sprawa - i mówię to bez przekąsu. Et cetera,
et cetera. Wprawdzie nie wspominam o tym w tekście bezpośrednio,
ale też nie piszę nic, co by sugerowało, że jest przeciwnie. W związku
z tym zabieg Wojciecha Orlińskiego, który czyni z moich tez odpowiednik
jeremiad purytanów przeciwko teatrowi i Szekspirowi, odbieram jako
bezwiedną nieuczciwość intelektualną, podyktowaną chyba tylko chęcią
popisania się znajomością XVII-wiecznej angielszczyzny - bo innego
powodu nie widzę. Mnie bliżej do Antonina Artaud, Irokezów, Venus
in Furs i Davida Lyncha niż do braci Pielgrzymów, Panie Wojciechu.
A tak poza wszystkim, zachodzę w głowę, w jaki sposób powziął był
Pan podejrzenie, iż może mnie łączyć jakieś powinowactwo z kimś,
kto dawno temu mniemał, iż panoszące się rozrywki są szatańskie,
bo odciągają człowieka od "Absolutu, Wzięcia Krzyża i Podążania
za Mistrzem"? Postawię sprawę jasno: A b - s o l u t n i e m a t
u n i c d o r z e c z y i z g o ł a m n i e n i e i n t e r e s
u j e. O wiele bardziej zajmuje mnie człowiek i manipulacje, którym
ostatnio jest coraz częściej poddawany. Ja jestem poniekąd "z Jürgena
Habermasa" - i chodzi mi tylko o to, aby społeczna komunikacja była
jasna i przejrzysta. A jeśli coś w niej jest zaciemniane i skrywane
albo tylko nie dość jasne dla wszystkich uczestników gry, to na
wierzch z tym: "co mówią wam w ukryciu, rozgłaszajcie na dachach".
Jeśli jakieś zjawisko kulturowe zawiera w sobie (potencjalnie) taki,
a nie inny komunikat, taką, a nie inną intencję, taką, a nie inną
konsekwencję - trzeba to pokazać. I tyle. Natomiast co do Williama
Szekspira, toż to chyba ostatni kandydat na odciągacza od Absolutu
czy też dostawcę eliksiru zapomnienia, Panie Wojciechu. I obaj dobrze
o tym wiemy.
5. O jakie
to komunikaty i manipulacje mi chodzi? A o tym właśnie był cały
inkryminowany tekst. Chciałem w nim zwrócić uwagę na dwie sprawy.
Po pierwsze, że od jakiegoś czasu rozrywka coraz częściej polega
nie tylko na podziwianiu zwycięzców (co robi się od czasów greckich
olimpiad), ale i na kreowaniu pokonanych - a częścią jej jest pokazywanie
uczucia zawodu, rozczarowania, smutku z powodu nieudanych prób,
żalu, niekiedy rozpaczy. Często jest tak, że ktoś musi znieść wiele
takich upokorzeń w trakcie przygotowań do programu, a potem i tak
jeszcze raz wdeptuje się go w błoto - w finale. W licznych przedsięwzięciach
medialnych robi się to ludziom na wiele sposobów i dzieje się to
raczej bezkarnie. Czy czcigodni Panowie Oponenci mniemacie, że operacja
ta uczestnikom się zazwyczaj podoba? Według Wiesława Godzica uczymy
się w ten sposób, iż żyjemy w społeczeństwie opartym na konkurencji.
Przepraszam, ale o tym każdy dowiaduje się niemal od żłobka. Podobno
jest to też poznawczo użyteczne. Zapewne równie poznawczo użyteczne
jest obserwowanie zachowań ludzi w obozach koncentracyjnych - jednak
na szczęście nie ma powszechnego przyzwolenia dla takich praktyk.
6. Co gorsza,
takie gnębienie innych często pokazuje się nie tylko jako prymitywną
rozrywkę (na wzór dręczenia "wioskowego głupka"), ale jako coś ekscytującego,
wręcz wzniosłego, a przynajmniej nieuniknioną przeszkodę na drodze
do sukcesu, pieniędzy i kariery. W istocie to cyniczna manipulacja
zarówno uczestnikiem - ocenę tezy, iż znalazł się on w programie
z własnego wyboru, pominę z powodu przyrodzonej dobroci mego serca;
wrócę do tego na sam koniec - jak i widzem, bo sugeruje się mu niedwuznacznie,
że tak jest właśnie fajnie i że na tym polegają sztuka, zabawa i
relacje między ludźmi. Podczas gdy jest to tylko przejaw najzwyklejszej,
bezwstydnej i bezkarnej pogardy dla drugiego człowieka jako osoby
i obywatela. Mimo otrzymanej nauczki zaryzykuję raz jeszcze i użyję
skrótu myślowego: jeśli jakiś panicz ma powiedzieć paru paniom,
że one wypadają z programu, bo mu "nie pasują" - i nazywa się to
"ceremonią róż" - jest to dla mnie nadużycie języka, kpina w żywe
oczy i manipulacja. Poczucie humoru w tej kwestii całkowicie mnie
zawodzi. Jeśli dziennikarze opadli pokonanego dzieciaka i napawają
się jego klęską, łzami, rozczarowaniem - jest to niszczenie intymności,
poniżanie i podkopywanie czegoś bardzo istotnego w człowieku (i
- via media - w całej delikatnej tkance społecznej). I przy tym
następna manipulacja. Pomysłodawcy programu wzięli tam bowiem tego
chłopca między innymi po to, żeby później móc pokazać jego skrajne
emocje, w tym także negatywne i potencjalnie upokarzające - ale
wcześniej mu o tym najwyraźniej nie powiedzieli, prawda? Jeśli sprzeciw
wobec takich praktyk jest purytańską jeremiadą, Panie Wojciechu,
to trudno, w takim razie jestem purytaninem. Jeśli można spokojnie
napisać, że aktorka X jest w takim samym stopniu passé jak bistorowe
spodnie, to znowu, być może, jest to coś zwyczajnego dla wielu współczesnych,
ale ja nie zamierzam się do tej aprobaty przyłączać - nawet gdybym
się znalazł w całkowitej mniejszości. Trawestując Chomsky'ego: to,
że na razie lepszej rozrywki nie wymyślono, nie jest dla tej obecnej
usprawiedliwieniem, lecz raczej oskarżeniem dla tych, którzy ją
wymyślili. Jeśli to jest nieusuwalny rdzeń i istota człowieczeństwa,
to gotów jestem - jak pewien Amerykanin opisany przez Ernesto Sabato
- przestać się uważać za członka rodzaju ludzkiego. I dla porządku
- oraz a propos tradycji - wcale nie uważam, że walki gladiatorów
albo publiczne egzekucje były rozrywką lepszą.
7. Reasumując
wątek pierwszy: jeśli dręczenie "wioskowego głupka" było tylko zawstydzającym
dowodem na prymitywizm oraz ignorancję na poziomie lokalnym, to
dręczenie kogoś na oczach milionów i ku ich uciesze jest już chyba
dowodem na coś znacznie poważniejszego. I tyle. Potem dziennikarze
i eksperci dziwią się - w tej sytuacji całkiem hipokrytycznie -
jak to możliwe, że na przykład nastolatki znęcają się nad nauczycielem
i równocześnie to filmują. W czasach mego dzieciństwa, jeśli się
rozrabiało - to przede wszystkim myślało się o zatarciu śladów.
A dzisiaj, proszę bardzo, biją i filmują. Niewytłumaczalne? Chcą
dostarczyć dowodów przeciwko sobie? A może robią to dlatego, że
dla nich jest oczywiste, iż takie akcje się filmuje? Bo nie tylko
oni poniżają i filmują? Bo w tygodniu mają kilka programów telewizyjnych,
w których robi się bardzo podobne rzeczy i których autorom się za
to płaci. Jednak według Mariusza Czubaja, pisząc o tym, przespałem
jedenaście rund, a teraz obudziłem się z ręką w nocniku. No i nie
zauważam prawdziwego niebezpieczeństwa. Polega ono na tym, że Jan
Rokita pozwala, aby w jakimś programie mówiono doń per "Jasio".
Gratuluję wnikliwości, Panie Mariuszu. To rzeczywiście jest śmiertelne
zagrożenie.
8. A teraz
wątek drugi: chciałem w nim zwrócić uwagę na to, że coraz częściej
w celach marketingowych wykorzystuje się relacje międzyludzkie,
czasem bardzo intymne. Czyli że uprzedmiotawia się siebie i innych,
a więc traktuje człowieka instrumentalnie - podobnie zresztą jak
w poprzednich wypadkach - jak rzecz. W grę wchodzą takie sprawy
jak miłość, przyjaźń, narodziny, a nawet śmierć. Stało się bowiem
tak, iż ostatnio można w celach reklamowych wyzyskać nawet żałobę
po kimś najbliższym. Twierdzę - starając się przy tym nie oceniać
poszczególnych zaangażowanych w ten proceder osób, bo one są tu
tylko pionkami w grze - iż jest to praktyka stanowczo dehumanizująca.
Ona podważa fundament relacji międzyludzkich - wzajemne zaufanie,
opierające się na domniemaniu dobrej woli u drugiego człowieka,
z którym połączył mnie los, przyjaźń, praca. Dawniej obecność takich
uprzedmiotawiających praktyk była sygnałem, iż mamy do czynienia
z kryzysem na poważną skalę. Otóż wolałbym żyć w takiej społeczności,
w której nawet jak ktoś się już dopuścił nielojalności (za stary
jestem, żeby wierzyć, że są społeczności pozbawione takiego mankamentu),
nie uważa się potem, iż to było zręczne posunięcie marketingowe.
9. Wreszcie
specjalny odcinek Wojciecha Orlińskiego. Pisze Pan, że tak było
od zawsze. Jasne, że hierarchie są nieuniknione - zarówno u ludzi,
jak i u zwierząt. Oczywiste, że przegrywający nie są szczęśliwi.
Ale to są prawdy dosyć banalne i nie o to chodziło mi w artykule.
Pisze Pan, że przecież jest wybór i Pana nikt nie szykanował za
abstynencję od "Big Brothera". Słodki Jezu, to przecież brzmi równie
cynicznie, jak "nie mają chleba, niech jedzą ciastka" w wydaniu
Marii Antoniny. Panie Wojciechu, przepraszam, ale tu nie chodzi
o Pana, tylko na przykład o dwunastolatków, którzy już się wzajemnie
szykanują za nieposiadanie pewnych przedmiotów bądź przymiotów.
I to na ten przykład w Tarnobrzegu albo w Radomiu. To, co chciałem
powiedzieć, brzmi następująco: jeśli ten typ kultury będzie się
rozprzestrzeniał i utrwalał, to sfera wolności i wyboru w relacjach
społecznych będzie się systematycznie zmniejszać. Według Pana nie
doszedłem do ładu ze swoimi myślami, bo raz mówię, że "nie ma przymusu",
a potem piszę o jakimś "terrorze". Właśnie o to mi chodziło! Z jakiegoś
niezrozumiałego powodu zaburzenia anorektyczne i bulimiczne wśród
kobiet na masową skalę pojawiły się dopiero w drugiej połowie XX
wieku i narastały w miarę, jak imperatyw posiadania określonej figury
rozpowszechniał się we wszystkich niemal mediach. I teraz stało
się to naprawdę poważnym problemem. Czy według Pana te kobiety miały
wybór, tylko źle z niego skorzystały, bo czytały niewłaściwe czasopisma
i oglądały niewłaściwe stacje telewizyjne? To jest właśnie ten paradoks,
którego z jakichś powodów zupełnie nie chce Pan dostrzec: "że właściwie
niby nikt ich do niczego nie zmusza, a jednak są one w jakiś tajemniczy
sposób poddane terrorowi". Przecież jest Pan chyba na tyle inteligentny,
że rozumie Pan, iż mnie naprawdę nie chodzi o to, czy kogoś wpuszczą
do modnego klubu czy nie, na miłość boską! Chodzi o to, że takie
myślenie, które stoi za ideą "dor selekszyn" w różnych wydaniach,
zaczyna organizować coraz więcej dziedzin życia. W Balladzie o lekkim
zabarwieniu erotycznym upokarzających sytuacji pokazano wystarczająco
dużo, żeby można było zdać sobie z tego sprawę. Pana piersi nikt
bezkarnie nie będzie miętosił, żeby sprawdzić, czy się Pan nadaje
do pracy. Pisze Pan, że masy są zawsze sfrustrowane. To tak jakby
powiedzieć, że skoro nie da się uniknąć wypadków samochodowych,
to nie należy się zajmować udoskonalaniem środków zabezpieczających.
Moim zdaniem nie ma mas, są tylko poszczególni ludzie oraz ich mniejsze
lub większe wspólnoty. I niekoniecznie muszą być one sfrustrowane.
A co do tej nieszczęsnej sytuacji rewolucyjnej, to miałem na myśli
takie zdanie jednego z klasyków - Panu pozostawię odgadnięcie personaliów
- które mówi, iż występuje ona wtedy, gdy "klasa rządząca chce,
ale nie może, a klasa rządzona nie chce, ale musi". Moim skromnym
zdaniem dyletanta marksizmu mamy to już co najmniej w pięćdziesięciu
procentach.
I wreszcie
ostatnia sprawa. Pisze Pan, że w każdej epoce, ba, dekadzie, "znajdują
się autorzy lamentujący nad nieuchronnym upadkiem cywilizacji, spowodowanym
głównie zbyt próżnymi rozrywkami, jakim oddają się masy. Pytanie,
jakie mógłby zadać ktoś sceptyczny - ťskoro wciąż dostrzegacie dokładnie
to samo, to gdzie ten upadek?Ť - w ogóle nie zaprząta głowy autorom
purytańskich jeremiad". Muszę wyznać, że ta uwaga mnie wręcz rozczuliła.
Za takim myśleniem, Panie Wojciechu, kryje się typowo humanistyczne
złudzenie (doktryna "wiecznego powrotu"), iż wszystko się powtarza
i że jeśli coś nie zdarzyło się dotychczas - to z pewnością się
już nie zdarzy. A któż to zagwarantował? Z punktu widzenia przyrodnika
w s z y s t k o w h i s t o r i i c z ł o w i e k a d z i e j e
s i ę p o r a z p i e r w s z y i - jak to ujmuje Konrad Lonrenz
w Regresie człowieczeństwa - "Musimy sobie w pełni uświadomić fakt,
że naszej kultury nie strzeże żadna ukierunkowana na cel predestynacja
wydarzeń światowych. Musimy sobie w pełni zdawać sprawę z tego,
że człowiek sam ponosi odpowiedzialność za uchronienie swojej kultury
zarówno przed chybionymi procesami rozwojowymi, jak i przed skostnieniem.
Kultury, podobnie jak inne żywe systemy, rozwijają się każda dla
siebie, na własny rachunek i ryzyko, bez jakiegokolwiek z góry założonego
planu"1 . Zaś Erich Fromm pisze bez ogródek: "zachodni porządek
społeczny coraz mniej służy utrzymaniu zdrowia psychicznego; podważa
on u jednostki jej wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, zadowolenie,
rozsądek i zdolność kochania. Robi z niej automat, który za to,
że zawiódł jako człowiek, musi płacić wzrostem choroby umysłowej
i rozpaczy, kryjących się za kurczowym popędem do pracy i tak zwanych
rozrywek"2 . Czy uważa Pan, że Lorenz i Fromm są kolejnymi purytanami?
Jeśli tak, to ich towarzystwo dosyć mi odpowiada.
10. I na
koniec coda - dla wszystkich moich oponenetów, którzy co rusz przypominali
mi o istniejącym wyborze - na przykład między Marilyn Mansonem a
Arką Noego (nadmienię tylko, że z tych dwóch "darów" wolałbym pierwszy).
Otóż myślę, że jako podsumowanie najlepiej posłuży mi cytat z tekstu
Chrisa Cutlera, awangardowego perkusisty i teoretyka muzyki, marksisty,
a przy tym właściciela niezależnej firmy płytowej ReR Megacorp.
Cutlerowi udało się w niezrównany sposób wyrazić w paru zdaniach
to, co ja próbowałem z mozołem wyłożyć w całym artykule. I proszę,
niech Państwa nie zmyli znowu użyta forma "my". To tylko licentia
poetica, a Cutler, podobnie jak ja, wypowiada się w swoim wyłącznie
imieniu:
Rzeczy realnie dostępne - mimo iż podane tak, jakby świadczyły o szerokim
wyborze - są w istocie jedynie n a j b a r d z i e j b a n a l n y m i p r z y k ł a d a -
mi. "Wybór" ten na pozór różni się od jawnego dyktatu, ponieważ mechanizmy
dystrybucji (tj. reklama, media, pieniądze) działają w tym przypadku o wiele subtelniej,
a tym samym są mniej widoczne niż oficjalne wykluczenie lub propaganda.
Mamy po prostu bardziej zaawansowany system kontrolowania i potępiania -
stworzony w oparciu o zasłonę dymną i grę lustrzanych odbić w miejsce prymitywnych
kijów i krat. Dzięki temu nasze przyszłe paróweczki czują się na tyle
bezpiecznie, że spokojnie możemy im powierzyć prowadzenie rzeźni.
Dokładnie to chciałem powiedzieć w III Rzeszy Popkultury - nie
mniej, nie więcej. "Chcieliście nierówności, no to ją macie, skumbria
w tomacie, skumbria w tomacie" - Wojciech Orliński kończy polemikę
w tonie niemalże euforycznym. Cóż na to mogę rzec? Kto chciał,
to chciał - Orliński najwyraźniej wie, kto - ja nie chciałem. Przynajmniej
takiej. A skumbria w tomacie - raczej nie. Wolę zwykłą wędzoną
makrelę. Obawiam się jednak, że nadchodzi długi sezon na
frankfurtery.
BARTŁOMIEJ
DOBROCZYŃSKI, ur. 1958, dr psychologii. Wydał ostatnio: III
Rzesza Popkultury i inne stany (2004)..
POCZĄTEK
STRONY |