Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MAJ 2004, NUMER 588

Strona główna

Po śladach ks. Józefa Tischnera


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

Tematy i refleksje

 

Skumbria w tomacie i przyszłe hot dogi

Bartłomiej Dobroczyński

1. Kiedy oddawałem tekst III Rzesza Popkultury do druku ("Znak" nr 586), naiwnie sądziłem, że napisałem tekst prosty, a w czytaniu lekki. Miałem oczywiście świadomość, że to, co chciałem poddać pod rozwagę czytelnika, dotyczy przede wszystkim takiej sfery, która wymaga "wrażliwości na subtelności i niuanse" (Karl Jaspers). Ale liczyłem, że nie jest to wymaganie przekraczające możliwości człowieka nawet tylko średnio wykształconego. Użyłem zresztą frazy, iż będę mówił o tym, "co niepostrzeżenie zaczyna nadawać ton naszej codziennej egzystencji". Słowa "niepostrzeżenie" oraz "ton" - są dosyć oczywistą zapowiedzią, że chodzić będzie raczej o atmosferę, klimat emocjonalny i intelektualny, ducha - a więc sprawy nie do końca wymierne, niełatwe do zliczenia. Okazało się jednak, że niektórzy z moich polemistów odczytali te intencje całkiem opacznie. Trudno, zdarza się: ani ja pierwszy, ani ostatni. Przy okazji jednak użyli sobie setnie - i na mnie, i na moich tezach - przypisując mi zamiary i poglądy, których zgoła nie ujawniłem. Dodatkowo zostałem uznany za purytanina (he, he, he), zaś sam artykuł za zamulający (prof. Godzic).

2. Teksty tego rodzaju jak mój rządzą się określonymi prawami - co od początku do końca sugeruje ich forma. Dopuszczają przerysowania, zaś licentia poetica i skróty myślowe to ich żywioł, równocześnie jednak, niczym powietrza, potrzebują minimum współpracy intelektualnej czytelnika. Odbierane literalnie, więdną jak kwiaty bez wody. Odnoszę wrażenie, że moi adwersarze odczytali mój artykuł jednak chyba nazbyt dosłownie, a z drugiej strony niemal całkowicie przegapili jego istotę. Wyszło trochę tak jak w tym słynnym komputerowym tłumaczeniu, które biblijną frazę "duch jest wprawdzie chętny, ale ciało mdłe" (co brzmiało w języku angielskim: "The spirit indeed is willing, but the flesh is weak") przerobiło na "spirytus jest wprawdzie mocny, ale mięso zepsute". Dzięki temu jednak mam szansę jeszcze raz wyłożyć swoje stanowisko, a przy okazji ustosunkować się do moich krytyków, nie przekonali mnie bowiem do tego, że - mówiąc metaforycznie - "Big Brother" to niezastąpione laboratorium, w którym kształtuje się humanistyka przyszłości.

3. Najpierw drugorzędna w istocie sprawa tytułu, ale chcę mieć ją szybko "z głowy". Otóż owa III Rzesza (i w konsekwencji trop faszystowski) wzięła się z pomysłów rockowych zespołów The Residents i Laibach, a odnosi się bardziej do pewnych praktyk i typu mentalności niż do jakiegoś przewrotu w stylu "brunatnych koszul". Nie dziwię się, że jest to niezrozumiałe dla prof. Legutki - ale specjaliści od popkukltury powinni być nieco przytomniejsi. Czy według Panów Third Reich'n'Roll albo faszystowskie przeróbki Beatlesów robione przez zespół Laibach to ostrzeżenie, że muzyka pop nagle wyda jakąś inkarnację Adolfa Hitlera? Wolne żarty. Tam chodziło tylko - i aż - o pokazanie, jak łatwo, za pomocą prostego i prymitywnego schematu, zamienić coś niemal całkiem niewinnego w złowrogie monstrum. Jak łatwo pobłądzić, próbując potem rozróżnić, co jest tylko zabawą, a co już całkowicie na serio. Jak można przy tym manipulować człowiekiem. I że wszystko to da się bardzo łatwo przeprowadzić w obrębie popkultury (w obrębie, powtarzam). Kto widział absolutną bezradność amerykańskich uczestników koncertów zespołu Laibach - wie, co mam na myśli. I w sprawie faszyzmu - to by było na tyle.

4. Jak widać, nie miałem zamiaru pisać o polityce czy kapitalizmie. Nie występuję także przeciwko demokracji, wolnemu rynkowiani wartościom liberalnym. W wielu tekstach dałem do zrozumienia, że ścisłe przedziały między kulturą wysoką i niską uważam za sztuczne i dzisiaj już stanowczo przestarzałe. Uwielbiam filmy Tarantino i braci Wachowskich, Rodzinę Soprano i spaghetti westerny. Chętnie słucham nie tylko Harry'ego Partcha i awangardy rockowej, ale także Richarda D. Jamesa (Aphex Twin), Einstuerzende Neubauten i Moby'ego. Nigdzie i nigdy nie napisałem, że intelektualiści powinni się dumnie odciąć od popkultury, a ideolog ze mnie, Panie Profesorze Godzic, pożal się, Boże (chyba żeby tak ocenić zamiar głosowania na Zielonych). To, że sam nie przepadam za "Barem" czy "Idolem", zupełnie nie wpływa na to, iżbym uważał kogokolwiek, kto je ogląda, za niegodnego miana człowieka. Sporo moich studentów pasjonuje się nimi i jakoś nie przeszkadza to nam we wzajemnym porozumieniu. Jeśli ktoś wielbi produkcje Ich Trojga, to naprawdę jego prywatna sprawa - i mówię to bez przekąsu. Et cetera, et cetera. Wprawdzie nie wspominam o tym w tekście bezpośrednio, ale też nie piszę nic, co by sugerowało, że jest przeciwnie. W związku z tym zabieg Wojciecha Orlińskiego, który czyni z moich tez odpowiednik jeremiad purytanów przeciwko teatrowi i Szekspirowi, odbieram jako bezwiedną nieuczciwość intelektualną, podyktowaną chyba tylko chęcią popisania się znajomością XVII-wiecznej angielszczyzny - bo innego powodu nie widzę. Mnie bliżej do Antonina Artaud, Irokezów, Venus in Furs i Davida Lyncha niż do braci Pielgrzymów, Panie Wojciechu. A tak poza wszystkim, zachodzę w głowę, w jaki sposób powziął był Pan podejrzenie, iż może mnie łączyć jakieś powinowactwo z kimś, kto dawno temu mniemał, iż panoszące się rozrywki są szatańskie, bo odciągają człowieka od "Absolutu, Wzięcia Krzyża i Podążania za Mistrzem"? Postawię sprawę jasno: A b - s o l u t n i e m a t u n i c d o r z e c z y i z g o ł a m n i e n i e i n t e r e s u j e. O wiele bardziej zajmuje mnie człowiek i manipulacje, którym ostatnio jest coraz częściej poddawany. Ja jestem poniekąd "z Jürgena Habermasa" - i chodzi mi tylko o to, aby społeczna komunikacja była jasna i przejrzysta. A jeśli coś w niej jest zaciemniane i skrywane albo tylko nie dość jasne dla wszystkich uczestników gry, to na wierzch z tym: "co mówią wam w ukryciu, rozgłaszajcie na dachach". Jeśli jakieś zjawisko kulturowe zawiera w sobie (potencjalnie) taki, a nie inny komunikat, taką, a nie inną intencję, taką, a nie inną konsekwencję - trzeba to pokazać. I tyle. Natomiast co do Williama Szekspira, toż to chyba ostatni kandydat na odciągacza od Absolutu czy też dostawcę eliksiru zapomnienia, Panie Wojciechu. I obaj dobrze o tym wiemy.

5. O jakie to komunikaty i manipulacje mi chodzi? A o tym właśnie był cały inkryminowany tekst. Chciałem w nim zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, że od jakiegoś czasu rozrywka coraz częściej polega nie tylko na podziwianiu zwycięzców (co robi się od czasów greckich olimpiad), ale i na kreowaniu pokonanych - a częścią jej jest pokazywanie uczucia zawodu, rozczarowania, smutku z powodu nieudanych prób, żalu, niekiedy rozpaczy. Często jest tak, że ktoś musi znieść wiele takich upokorzeń w trakcie przygotowań do programu, a potem i tak jeszcze raz wdeptuje się go w błoto - w finale. W licznych przedsięwzięciach medialnych robi się to ludziom na wiele sposobów i dzieje się to raczej bezkarnie. Czy czcigodni Panowie Oponenci mniemacie, że operacja ta uczestnikom się zazwyczaj podoba? Według Wiesława Godzica uczymy się w ten sposób, iż żyjemy w społeczeństwie opartym na konkurencji. Przepraszam, ale o tym każdy dowiaduje się niemal od żłobka. Podobno jest to też poznawczo użyteczne. Zapewne równie poznawczo użyteczne jest obserwowanie zachowań ludzi w obozach koncentracyjnych - jednak na szczęście nie ma powszechnego przyzwolenia dla takich praktyk.

6. Co gorsza, takie gnębienie innych często pokazuje się nie tylko jako prymitywną rozrywkę (na wzór dręczenia "wioskowego głupka"), ale jako coś ekscytującego, wręcz wzniosłego, a przynajmniej nieuniknioną przeszkodę na drodze do sukcesu, pieniędzy i kariery. W istocie to cyniczna manipulacja zarówno uczestnikiem - ocenę tezy, iż znalazł się on w programie z własnego wyboru, pominę z powodu przyrodzonej dobroci mego serca; wrócę do tego na sam koniec - jak i widzem, bo sugeruje się mu niedwuznacznie, że tak jest właśnie fajnie i że na tym polegają sztuka, zabawa i relacje między ludźmi. Podczas gdy jest to tylko przejaw najzwyklejszej, bezwstydnej i bezkarnej pogardy dla drugiego człowieka jako osoby i obywatela. Mimo otrzymanej nauczki zaryzykuję raz jeszcze i użyję skrótu myślowego: jeśli jakiś panicz ma powiedzieć paru paniom, że one wypadają z programu, bo mu "nie pasują" - i nazywa się to "ceremonią róż" - jest to dla mnie nadużycie języka, kpina w żywe oczy i manipulacja. Poczucie humoru w tej kwestii całkowicie mnie zawodzi. Jeśli dziennikarze opadli pokonanego dzieciaka i napawają się jego klęską, łzami, rozczarowaniem - jest to niszczenie intymności, poniżanie i podkopywanie czegoś bardzo istotnego w człowieku (i - via media - w całej delikatnej tkance społecznej). I przy tym następna manipulacja. Pomysłodawcy programu wzięli tam bowiem tego chłopca między innymi po to, żeby później móc pokazać jego skrajne emocje, w tym także negatywne i potencjalnie upokarzające - ale wcześniej mu o tym najwyraźniej nie powiedzieli, prawda? Jeśli sprzeciw wobec takich praktyk jest purytańską jeremiadą, Panie Wojciechu, to trudno, w takim razie jestem purytaninem. Jeśli można spokojnie napisać, że aktorka X jest w takim samym stopniu passé jak bistorowe spodnie, to znowu, być może, jest to coś zwyczajnego dla wielu współczesnych, ale ja nie zamierzam się do tej aprobaty przyłączać - nawet gdybym się znalazł w całkowitej mniejszości. Trawestując Chomsky'ego: to, że na razie lepszej rozrywki nie wymyślono, nie jest dla tej obecnej usprawiedliwieniem, lecz raczej oskarżeniem dla tych, którzy ją wymyślili. Jeśli to jest nieusuwalny rdzeń i istota człowieczeństwa, to gotów jestem - jak pewien Amerykanin opisany przez Ernesto Sabato - przestać się uważać za członka rodzaju ludzkiego. I dla porządku - oraz a propos tradycji - wcale nie uważam, że walki gladiatorów albo publiczne egzekucje były rozrywką lepszą.

7. Reasumując wątek pierwszy: jeśli dręczenie "wioskowego głupka" było tylko zawstydzającym dowodem na prymitywizm oraz ignorancję na poziomie lokalnym, to dręczenie kogoś na oczach milionów i ku ich uciesze jest już chyba dowodem na coś znacznie poważniejszego. I tyle. Potem dziennikarze i eksperci dziwią się - w tej sytuacji całkiem hipokrytycznie - jak to możliwe, że na przykład nastolatki znęcają się nad nauczycielem i równocześnie to filmują. W czasach mego dzieciństwa, jeśli się rozrabiało - to przede wszystkim myślało się o zatarciu śladów. A dzisiaj, proszę bardzo, biją i filmują. Niewytłumaczalne? Chcą dostarczyć dowodów przeciwko sobie? A może robią to dlatego, że dla nich jest oczywiste, iż takie akcje się filmuje? Bo nie tylko oni poniżają i filmują? Bo w tygodniu mają kilka programów telewizyjnych, w których robi się bardzo podobne rzeczy i których autorom się za to płaci. Jednak według Mariusza Czubaja, pisząc o tym, przespałem jedenaście rund, a teraz obudziłem się z ręką w nocniku. No i nie zauważam prawdziwego niebezpieczeństwa. Polega ono na tym, że Jan Rokita pozwala, aby w jakimś programie mówiono doń per "Jasio". Gratuluję wnikliwości, Panie Mariuszu. To rzeczywiście jest śmiertelne zagrożenie.

8. A teraz wątek drugi: chciałem w nim zwrócić uwagę na to, że coraz częściej w celach marketingowych wykorzystuje się relacje międzyludzkie, czasem bardzo intymne. Czyli że uprzedmiotawia się siebie i innych, a więc traktuje człowieka instrumentalnie - podobnie zresztą jak w poprzednich wypadkach - jak rzecz. W grę wchodzą takie sprawy jak miłość, przyjaźń, narodziny, a nawet śmierć. Stało się bowiem tak, iż ostatnio można w celach reklamowych wyzyskać nawet żałobę po kimś najbliższym. Twierdzę - starając się przy tym nie oceniać poszczególnych zaangażowanych w ten proceder osób, bo one są tu tylko pionkami w grze - iż jest to praktyka stanowczo dehumanizująca. Ona podważa fundament relacji międzyludzkich - wzajemne zaufanie, opierające się na domniemaniu dobrej woli u drugiego człowieka, z którym połączył mnie los, przyjaźń, praca. Dawniej obecność takich uprzedmiotawiających praktyk była sygnałem, iż mamy do czynienia z kryzysem na poważną skalę. Otóż wolałbym żyć w takiej społeczności, w której nawet jak ktoś się już dopuścił nielojalności (za stary jestem, żeby wierzyć, że są społeczności pozbawione takiego mankamentu), nie uważa się potem, iż to było zręczne posunięcie marketingowe.

9. Wreszcie specjalny odcinek Wojciecha Orlińskiego. Pisze Pan, że tak było od zawsze. Jasne, że hierarchie są nieuniknione - zarówno u ludzi, jak i u zwierząt. Oczywiste, że przegrywający nie są szczęśliwi. Ale to są prawdy dosyć banalne i nie o to chodziło mi w artykule. Pisze Pan, że przecież jest wybór i Pana nikt nie szykanował za abstynencję od "Big Brothera". Słodki Jezu, to przecież brzmi równie cynicznie, jak "nie mają chleba, niech jedzą ciastka" w wydaniu Marii Antoniny. Panie Wojciechu, przepraszam, ale tu nie chodzi o Pana, tylko na przykład o dwunastolatków, którzy już się wzajemnie szykanują za nieposiadanie pewnych przedmiotów bądź przymiotów. I to na ten przykład w Tarnobrzegu albo w Radomiu. To, co chciałem powiedzieć, brzmi następująco: jeśli ten typ kultury będzie się rozprzestrzeniał i utrwalał, to sfera wolności i wyboru w relacjach społecznych będzie się systematycznie zmniejszać. Według Pana nie doszedłem do ładu ze swoimi myślami, bo raz mówię, że "nie ma przymusu", a potem piszę o jakimś "terrorze". Właśnie o to mi chodziło! Z jakiegoś niezrozumiałego powodu zaburzenia anorektyczne i bulimiczne wśród kobiet na masową skalę pojawiły się dopiero w drugiej połowie XX wieku i narastały w miarę, jak imperatyw posiadania określonej figury rozpowszechniał się we wszystkich niemal mediach. I teraz stało się to naprawdę poważnym problemem. Czy według Pana te kobiety miały wybór, tylko źle z niego skorzystały, bo czytały niewłaściwe czasopisma i oglądały niewłaściwe stacje telewizyjne? To jest właśnie ten paradoks, którego z jakichś powodów zupełnie nie chce Pan dostrzec: "że właściwie niby nikt ich do niczego nie zmusza, a jednak są one w jakiś tajemniczy sposób poddane terrorowi". Przecież jest Pan chyba na tyle inteligentny, że rozumie Pan, iż mnie naprawdę nie chodzi o to, czy kogoś wpuszczą do modnego klubu czy nie, na miłość boską! Chodzi o to, że takie myślenie, które stoi za ideą "dor selekszyn" w różnych wydaniach, zaczyna organizować coraz więcej dziedzin życia. W Balladzie o lekkim zabarwieniu erotycznym upokarzających sytuacji pokazano wystarczająco dużo, żeby można było zdać sobie z tego sprawę. Pana piersi nikt bezkarnie nie będzie miętosił, żeby sprawdzić, czy się Pan nadaje do pracy. Pisze Pan, że masy są zawsze sfrustrowane. To tak jakby powiedzieć, że skoro nie da się uniknąć wypadków samochodowych, to nie należy się zajmować udoskonalaniem środków zabezpieczających. Moim zdaniem nie ma mas, są tylko poszczególni ludzie oraz ich mniejsze lub większe wspólnoty. I niekoniecznie muszą być one sfrustrowane. A co do tej nieszczęsnej sytuacji rewolucyjnej, to miałem na myśli takie zdanie jednego z klasyków - Panu pozostawię odgadnięcie personaliów - które mówi, iż występuje ona wtedy, gdy "klasa rządząca chce, ale nie może, a klasa rządzona nie chce, ale musi". Moim skromnym zdaniem dyletanta marksizmu mamy to już co najmniej w pięćdziesięciu procentach.

I wreszcie ostatnia sprawa. Pisze Pan, że w każdej epoce, ba, dekadzie, "znajdują się autorzy lamentujący nad nieuchronnym upadkiem cywilizacji, spowodowanym głównie zbyt próżnymi rozrywkami, jakim oddają się masy. Pytanie, jakie mógłby zadać ktoś sceptyczny - ťskoro wciąż dostrzegacie dokładnie to samo, to gdzie ten upadek?Ť - w ogóle nie zaprząta głowy autorom purytańskich jeremiad". Muszę wyznać, że ta uwaga mnie wręcz rozczuliła. Za takim myśleniem, Panie Wojciechu, kryje się typowo humanistyczne złudzenie (doktryna "wiecznego powrotu"), iż wszystko się powtarza i że jeśli coś nie zdarzyło się dotychczas - to z pewnością się już nie zdarzy. A któż to zagwarantował? Z punktu widzenia przyrodnika w s z y s t k o w h i s t o r i i c z ł o w i e k a d z i e j e s i ę p o r a z p i e r w s z y i - jak to ujmuje Konrad Lonrenz w Regresie człowieczeństwa - "Musimy sobie w pełni uświadomić fakt, że naszej kultury nie strzeże żadna ukierunkowana na cel predestynacja wydarzeń światowych. Musimy sobie w pełni zdawać sprawę z tego, że człowiek sam ponosi odpowiedzialność za uchronienie swojej kultury zarówno przed chybionymi procesami rozwojowymi, jak i przed skostnieniem. Kultury, podobnie jak inne żywe systemy, rozwijają się każda dla siebie, na własny rachunek i ryzyko, bez jakiegokolwiek z góry założonego planu"1 . Zaś Erich Fromm pisze bez ogródek: "zachodni porządek społeczny coraz mniej służy utrzymaniu zdrowia psychicznego; podważa on u jednostki jej wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, zadowolenie, rozsądek i zdolność kochania. Robi z niej automat, który za to, że zawiódł jako człowiek, musi płacić wzrostem choroby umysłowej i rozpaczy, kryjących się za kurczowym popędem do pracy i tak zwanych rozrywek"2 . Czy uważa Pan, że Lorenz i Fromm są kolejnymi purytanami? Jeśli tak, to ich towarzystwo dosyć mi odpowiada.

10. I na koniec coda - dla wszystkich moich oponenetów, którzy co rusz przypominali mi o istniejącym wyborze - na przykład między Marilyn Mansonem a Arką Noego (nadmienię tylko, że z tych dwóch "darów" wolałbym pierwszy). Otóż myślę, że jako podsumowanie najlepiej posłuży mi cytat z tekstu Chrisa Cutlera, awangardowego perkusisty i teoretyka muzyki, marksisty, a przy tym właściciela niezależnej firmy płytowej ReR Megacorp. Cutlerowi udało się w niezrównany sposób wyrazić w paru zdaniach to, co ja próbowałem z mozołem wyłożyć w całym artykule. I proszę, niech Państwa nie zmyli znowu użyta forma "my". To tylko licentia poetica, a Cutler, podobnie jak ja, wypowiada się w swoim wyłącznie imieniu:

Rzeczy realnie dostępne - mimo iż podane tak, jakby świadczyły o szerokim wyborze - są w istocie jedynie n a j b a r d z i e j b a n a l n y m i p r z y k ł a d a - mi. "Wybór" ten na pozór różni się od jawnego dyktatu, ponieważ mechanizmy dystrybucji (tj. reklama, media, pieniądze) działają w tym przypadku o wiele subtelniej, a tym samym są mniej widoczne niż oficjalne wykluczenie lub propaganda. Mamy po prostu bardziej zaawansowany system kontrolowania i potępiania - stworzony w oparciu o zasłonę dymną i grę lustrzanych odbić w miejsce prymitywnych kijów i krat. Dzięki temu nasze przyszłe paróweczki czują się na tyle bezpiecznie, że spokojnie możemy im powierzyć prowadzenie rzeźni.

Dokładnie to chciałem powiedzieć w III Rzeszy Popkultury - nie mniej, nie więcej. "Chcieliście nierówności, no to ją macie, skumbria w tomacie, skumbria w tomacie" - Wojciech Orliński kończy polemikę w tonie niemalże euforycznym. Cóż na to mogę rzec? Kto chciał, to chciał - Orliński najwyraźniej wie, kto - ja nie chciałem. Przynajmniej takiej. A skumbria w tomacie - raczej nie. Wolę zwykłą wędzoną makrelę. Obawiam się jednak, że nadchodzi długi sezon na frankfurtery.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI, ur. 1958, dr psychologii. Wydał ostatnio: III Rzesza Popkultury i inne stany (2004)..

 

 

POCZĄTEK STRONY


Znak Młodych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.