Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

KWIECIEŃ 2004, NUMER 587

Strona główna

Bezsilność czy oportunizm? Kościół wobec nazizmu


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

Diagnozy

 

            GIBSONA FILM O SZATANIE

Stefan Wilkanowicz

Poszedłem na ten film wyłącznie z obowiązku. Nie widziałem do tej pory żadnego filmu o Chrystusie i nie miałem zamiaru żadnego nowego oglądać. Najpierw z niewiary aby można było zrobić film zbliżający się do w gruncie rzeczy nieuchwytnej Rzeczywistości. Lepiej poprzestać na Ewangeliach. Mój sceptycyzm odnosił się także i do literatury - kiedy Brandstaetter powiedział, że pisze powieść o Jezusie z Nazaretu, nie wierzyłem, że to się może udać, byłem pełen złych przeczuć.

Przyznaję, że się pomyliłem. Ale to był wielki pisarz z całą głębią swojej religijnej refleksji i z całą Biblią we krwi. A poza tym to powieść, a nie film. Powieść, w której jest tyle samo okrucieństwa co w filmie, ale nie tylko okrucieństwa. To powieść o całym życiu Jezusa, także o Zmartwychwstaniu i Wniebowstapieniu.

A poza tym są to słowa, a nie obraz, który działa zupelnie inaczej.

Nie chciałem iść na ten film, bo bałem się, że będę go zbyt mocno przeżywał, że go nie udźwignę.

Wszystko się zmieniło po kilku minutach od rozpoczęcia spektaklu. Okazało się prawie niezwłocznie, że to jakaś konstrukcja sztuczna, niemal z zalożenia inna niż rzeczywistość. Choćby dźwięki, świadomie nienaturalne, choćby krzyki zamiast mowy, przejaskrawianie i schematyzacja wszystkiego - jakby jakiś komiks o sabacie czarownic.

Zacząłem więc patrzeć na ten film od innej strony, od technik i metod z Hollywood - czyli sposobów przyciągania uwagi i zarabiania pieniędzy - także na Chrystusie.

Wiem, że jestem nadal szczególnie wrażliwy na pewien rodzaj dźwieków i ich amplitudę, mimo lekkiego przytępienia słuchu. Pamietam, jak raz przechodziłem brzegiem placu, na którym odbywał się koncert jakiegoś zespołu preferującego krzyk i hałas. Gdybym był bliżej estrady, to pewnie bym usiłował kopać i gryźć wykonawców. Dlatego tak negatywnie odbieram dźwiękową stronę tego filmu, na pewno inaczej niż młodzież "wychowana na decybelach". Ale czy jestem całkiem odosobniony? Czy te dźwięki są całkiem niewinne?

Czy to film antysemicki? Dla antysemitów zapewne tak, dla mnie nie, bo zbyt odległy od rzeczywistości. Ale nadaje się do szerzenia antysemityzmu.

Po co tyle okrucieństwa, mnożonego i przeciąganego pozornie bez sensu? Wiadomo, że okrucieństwo sprzedaje się dobrze. Wiadomo, że konkurencja wymusza mnożenie i wyostrzanie bodźców. I że odbiorcy się do nich przyzwyczajają, a z biegiem czasu potrzebują coraz mocniejszych. Ale jest przecież jakaś granica, poza którą następuje przesyt, wstręt, odrzucenie. Albo taka deformacja odbiorców, że już bez tych bodźców nie mogą żyć, uzależniają się od nich jak od narkotyków.

Jeśli Gibson poddał się temu "prawu", to przecież nie mógł nie rozumieć, że odbierając filmowi "realizm", działa wbrew sobie, poniekąd niszczy jego wartość (jego "sprzedażność")? A może uważał, że wychowana na pewnym typie filmów (i pewnym typie masowej kultury) publika tego nie zauważa, że to po prostu "normalka"? A może takich ludzi prawda nie interesuje, potrzebują tylko bodźców?

A może ta szokowa dawka sadomasochizmu wydobyła się jakby przypadkiem, spontanicznie? Bo taki klimat, takie techniki - żeby nie rzec rutyna?

W filmie są oczywiście sceny liryczne, wzruszające, jest Jezus pełen miłości, jest Jego Matka i Jego bliscy - ale to niemal dodatki, które blakną i zacierają się w pamięci. Na pierwszym planie zostaje okrucieństwo oprawców, zimny cynizm sprawców i szalejący tłum.

Najgroźniejsze są chyba twarze katujących Chrystusa - dla mnie zdradzają opętanie, wymagają niemal egzorcyzmów. To wielka sztuka aktorska - i bardzo niebezpieczna. Czy udawanie takiego zła nie pozostawia żadnych śladów?

Bywali w Auschwitz kaci lubujący się w okrucieństwie. Ale wiecej chyba było rutyniarzy. Czy banalność zła jest gorsza od opętania? Bardziej niebezpieczna? Nie wiem.

Zapewne Gibson nie chciał zrobić filmu o Szatanie, ale tak jakoś wyszło. Ten szatan jest dyskretny, a jednoczesnie potężny. Uważny, czujny, przenikliwy zimny – a potem wybuchający wściekłością, paraliżującą grozą. Wielki Manipulator.

Zdaje się być wszechpotężny, zdaje się zwyciężać. Wprawdzie na koniec filmu wali się świątynia (czy to symbol zła?), ale to historyczna nieprawda - a poza tym to tylko kara, a nie zwycięstwo dobra.

Jakie jest więc przesłanie tego filmu - co zostaje w pamięci? - zwycięstwo Chrystusa czy potęga Szatana?

Przyznaję, po obejrzeniu tego filmu zaczynam inaczej patrzeć na różne wydarzenia, które bez niego są dość trudne do zrozumienia.

Właściwie powinienem jeszcze raz go zobaczyć, zweryfikować odczucie, że to w gruncie rzeczy film o Szatanie (słyszałem, że film krytykują również sataniści - czyżby Szatan był zbyt szatański?). Ale nie mogę, mój opór (jeśli nie wstręt) jest zbyt wielki. I nie chcę, aby wżarł mi się w pamięć obraz Jezusa jako kawału skrwawionego ciała, a ludzi jako masowo opętanych przez diabła.

Nie chcę na nowo budzić w sobie nienawiści do Hollywood (która się zrodziła już po kilkunastu minutach) - wprawdzie nie do ludzi, lecz do metody zdobywania "oglądalności" wszelkimi sposobami, bez żadnej troski o dobro odbiorców. Ale metoda jest dziełem ludzi, nie da się od nich całkiem oddzielić.

Nie chcę się zakażać nienawiścią, wszechobecną w tym filmie. Każda nienawiść prowadzi do duchowego samobójstwa, także nienawiść do nienawiści.

Potrzebuję Jezusa, który pokonał śmierć, promieniuje miłością, podaje nam rękę. Który umarł, który zmartwywstał, który powraca, jest wśród nas.

Największy francuski dziennik, "Ouest France", wypracował precyzyjne reguły, w jaki sposób pisać o zbrodniach i okrucieństwach tak, aby nie dopuszczać do promieniowania zła. W skrócie : "dire sans nuire, montrer sans choquer, témoigner sans agresser, dénoncer sans condamner" (mówić, nie szkodząc; pokazywać, nie szokując; dawać świadectwo bez agresji; ujawniać nie potępiając).

Gibson nie mógłby tam przepracować ani jednego dnia.

Wiem, że niektórych ludzi ten film głęboko wzrusza, nawet w jakiś sposób nawraca. Tym lepiej, dzięki Bogu. Ale mimo to boję się, bo dla mnie jest on zatruty. Jaka może być na niego odtrutka?

Przychodzi mi na myśl Ukrzyżowanie Brandstaettera, a zwłaszcza jego ostatnia część:

Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże,
Chociaż na pewno odbyło się ono inaczej,
Niż ja to opisałem niezdarnym piórem.
Jak trudno opisać Twoją śmierć, Boże. Jak trudno.
Nie jestem Adamem od Świętego Wiktora.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jest między
Nami sprawa, którą muszę ujawnić,
Aby ujawnione zostały wszystkie przyczyny
Twojego męczeństwa. Brak wśród nich
Mojego grzechu. Grzechu nie popełnionego.
Chociaż nie byłem pięciopalcą dłonią sługi Annasza,
Chociaż nie narzuciłem na Twoje ramiona
Szkarłatnego płaszcza, a w ręce Twoje
Nie wetknąłem bambusowej trzciny,
Chociaż nie byłem wśród gawiedzi,
Która domagała się Twojej śmierci -
Ale moja nieobecność była tylko pozorna.
Urodziłem się dwa tysiące lat później.
Gdybym żył za Twoich czasów, w Jerozolimie,
Na pewno bym wołał:
"Krew Jego na nas i na syny nasze!".
I krzyczał:
"Zstąp z krzyża!".
A potem wróciłbym, Boże, do domu,
Do domu mojej beznadziejności,

Dźwigając na ramionach Twoją wełnianą szatę,
Której jakość badałem palcami.
Ta możliwość grzechu męczy mnie i upokarza.
Albowiem dobrze znam siebie.
Nie odważyłbym się krzyczeć w Twojej obronie
Ani głośno sprzeciwiać się wyrokowi.
Jestem małym człowiekiem, po trochu tchórzem,
Po trochu egoistą, po trochu drwiącym łotrem,
Który woli żyć wśród cielców, przeżuwających pustynię,
Niż umrzeć za samotną prawdę.

Dlatego przebacz mi tę moją bolesną świadomość,
Dlatego przebacz mi tę gorzką możliwość,
Tę jeszcze jedną przyczynę Twojej śmierci,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści zapomnieli,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści nie piszą,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści milczą.

Przebacz mi, Boże, grzech nie popełniony.

To może być oczyszczenie, rachunek sumienia po obejrzeniu filmu - na Wielki Post. Na wszystkie Drogi Krzyżowe.

STEFAN WILKANOWICZ, ur. 1924, publicysta i działacz katolicki, długoletni redaktor naczelny „Znaku", przewodniczący Fundacji Kultury Chrześcijańskiej „Znak". Laureat nagrody dziennikarskiej im. bp. Jana Chrapka „Ślad" (2004).

 

Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.