|

Diagnozy
         
GIBSONA FILM O SZATANIE
Stefan Wilkanowicz
Poszedłem
na ten film wyłącznie z obowiązku. Nie widziałem do tej pory żadnego
filmu o Chrystusie i nie miałem zamiaru żadnego nowego oglądać.
Najpierw z niewiary aby można było zrobić film zbliżający się do
w gruncie rzeczy nieuchwytnej Rzeczywistości. Lepiej poprzestać
na Ewangeliach. Mój sceptycyzm odnosił się także i do literatury
- kiedy Brandstaetter powiedział, że pisze powieść o Jezusie z Nazaretu,
nie wierzyłem, że to się może udać, byłem pełen złych przeczuć.
Przyznaję,
że się pomyliłem. Ale to był wielki pisarz z całą głębią swojej
religijnej refleksji i z całą Biblią we krwi. A poza tym to powieść,
a nie film. Powieść, w której jest tyle samo okrucieństwa co w filmie,
ale nie tylko okrucieństwa. To powieść o całym życiu Jezusa, także
o Zmartwychwstaniu i Wniebowstapieniu.
A poza
tym są to słowa, a nie obraz, który działa zupelnie inaczej.
Nie chciałem
iść na ten film, bo bałem się, że będę go zbyt mocno przeżywał,
że go nie udźwignę.
Wszystko
się zmieniło po kilku minutach od rozpoczęcia spektaklu. Okazało
się prawie niezwłocznie, że to jakaś konstrukcja sztuczna, niemal
z zalożenia inna niż rzeczywistość. Choćby dźwięki, świadomie nienaturalne,
choćby krzyki zamiast mowy, przejaskrawianie i schematyzacja wszystkiego
- jakby jakiś komiks o sabacie czarownic.
Zacząłem
więc patrzeć na ten film od innej strony, od technik i metod z Hollywood
- czyli sposobów przyciągania uwagi i zarabiania pieniędzy - także
na Chrystusie.
Wiem, że
jestem nadal szczególnie wrażliwy na pewien rodzaj dźwieków i ich
amplitudę, mimo lekkiego przytępienia słuchu. Pamietam, jak raz
przechodziłem brzegiem placu, na którym odbywał się koncert jakiegoś
zespołu preferującego krzyk i hałas. Gdybym był bliżej estrady,
to pewnie bym usiłował kopać i gryźć wykonawców. Dlatego tak negatywnie
odbieram dźwiękową stronę tego filmu, na pewno inaczej niż młodzież
"wychowana na decybelach". Ale czy jestem całkiem odosobniony? Czy
te dźwięki są całkiem niewinne?
Czy to
film antysemicki? Dla antysemitów zapewne tak, dla mnie nie, bo
zbyt odległy od rzeczywistości. Ale nadaje się do szerzenia antysemityzmu.
Po co
tyle okrucieństwa, mnożonego i przeciąganego pozornie bez sensu?
Wiadomo, że okrucieństwo sprzedaje się dobrze. Wiadomo, że konkurencja
wymusza mnożenie i wyostrzanie bodźców. I że odbiorcy się do nich
przyzwyczajają, a z biegiem czasu potrzebują coraz mocniejszych.
Ale jest przecież jakaś granica, poza którą następuje przesyt, wstręt,
odrzucenie. Albo taka deformacja odbiorców, że już bez tych bodźców
nie mogą żyć, uzależniają się od nich jak od narkotyków.
Jeśli
Gibson poddał się temu "prawu", to przecież nie mógł nie rozumieć,
że odbierając filmowi "realizm", działa wbrew sobie, poniekąd niszczy
jego wartość (jego "sprzedażność")? A może uważał, że wychowana
na pewnym typie filmów (i pewnym typie masowej kultury) publika
tego nie zauważa, że to po prostu "normalka"? A może takich ludzi
prawda nie interesuje, potrzebują tylko bodźców?
A może
ta szokowa dawka sadomasochizmu wydobyła się jakby przypadkiem,
spontanicznie? Bo taki klimat, takie techniki - żeby nie rzec rutyna?
W filmie
są oczywiście sceny liryczne, wzruszające, jest Jezus pełen miłości,
jest Jego Matka i Jego bliscy - ale to niemal dodatki, które blakną
i zacierają się w pamięci. Na pierwszym planie zostaje okrucieństwo
oprawców, zimny cynizm sprawców i szalejący tłum.
Najgroźniejsze
są chyba twarze katujących Chrystusa - dla mnie zdradzają opętanie,
wymagają niemal egzorcyzmów. To wielka sztuka aktorska - i bardzo
niebezpieczna. Czy udawanie takiego zła nie pozostawia żadnych śladów?
Bywali w Auschwitz kaci lubujący się w okrucieństwie. Ale wiecej
chyba było rutyniarzy. Czy banalność zła jest gorsza od opętania?
Bardziej niebezpieczna? Nie wiem.
Zapewne Gibson nie chciał zrobić filmu o Szatanie, ale tak jakoś
wyszło. Ten szatan jest dyskretny, a jednoczesnie potężny. Uważny,
czujny, przenikliwy zimny a potem wybuchający wściekłością, paraliżującą
grozą. Wielki Manipulator.
Zdaje się być wszechpotężny, zdaje się zwyciężać. Wprawdzie na
koniec filmu wali się świątynia (czy to symbol zła?), ale to historyczna
nieprawda - a poza tym to tylko kara, a nie zwycięstwo dobra.
Jakie jest więc przesłanie tego filmu - co zostaje w pamięci? -
zwycięstwo Chrystusa czy potęga Szatana?
Przyznaję, po obejrzeniu tego filmu zaczynam inaczej patrzeć na
różne wydarzenia, które bez niego są dość trudne do zrozumienia.
Właściwie powinienem jeszcze raz go zobaczyć, zweryfikować odczucie,
że to w gruncie rzeczy film o Szatanie (słyszałem, że film krytykują
również sataniści - czyżby Szatan był zbyt szatański?). Ale nie
mogę, mój opór (jeśli nie wstręt) jest zbyt wielki. I nie chcę,
aby wżarł mi się w pamięć obraz Jezusa jako kawału skrwawionego
ciała, a ludzi jako masowo opętanych przez diabła.
Nie chcę na nowo budzić w sobie nienawiści do Hollywood (która
się zrodziła już po kilkunastu minutach) - wprawdzie nie do ludzi,
lecz do metody zdobywania "oglądalności" wszelkimi sposobami, bez
żadnej troski o dobro odbiorców. Ale metoda jest dziełem ludzi,
nie da się od nich całkiem oddzielić.
Nie chcę się zakażać nienawiścią, wszechobecną w tym filmie. Każda
nienawiść prowadzi do duchowego samobójstwa, także nienawiść do
nienawiści.
Potrzebuję Jezusa, który pokonał śmierć, promieniuje miłością,
podaje nam rękę. Który umarł, który zmartwywstał, który powraca,
jest wśród nas.
Największy francuski dziennik, "Ouest France", wypracował precyzyjne
reguły, w jaki sposób pisać o zbrodniach i okrucieństwach tak, aby
nie dopuszczać do promieniowania zła. W skrócie : "dire sans nuire,
montrer sans choquer, témoigner sans agresser, dénoncer sans condamner"
(mówić, nie szkodząc; pokazywać, nie szokując; dawać świadectwo
bez agresji; ujawniać nie potępiając).
Gibson nie mógłby tam przepracować ani jednego dnia.
Wiem, że niektórych ludzi ten film głęboko wzrusza, nawet w jakiś
sposób nawraca. Tym lepiej, dzięki Bogu. Ale mimo to boję się, bo
dla mnie jest on zatruty. Jaka może być na niego odtrutka?
Przychodzi mi na myśl Ukrzyżowanie Brandstaettera, a zwłaszcza
jego ostatnia część:
Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże,
Chociaż na pewno odbyło się ono inaczej,
Niż ja to opisałem niezdarnym piórem.
Jak trudno opisać Twoją śmierć, Boże. Jak trudno.
Nie jestem Adamem od Świętego Wiktora.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jest między
Nami sprawa, którą muszę ujawnić,
Aby ujawnione zostały wszystkie przyczyny
Twojego męczeństwa. Brak wśród nich
Mojego grzechu. Grzechu nie popełnionego.
Chociaż nie byłem pięciopalcą dłonią sługi Annasza,
Chociaż nie narzuciłem na Twoje ramiona
Szkarłatnego płaszcza, a w ręce Twoje
Nie wetknąłem bambusowej trzciny,
Chociaż nie byłem wśród gawiedzi,
Która domagała się Twojej śmierci -
Ale moja nieobecność była tylko pozorna.
Urodziłem się dwa tysiące lat później.
Gdybym żył za Twoich czasów, w Jerozolimie,
Na pewno bym wołał:
"Krew Jego na nas i na syny nasze!".
I krzyczał:
"Zstąp z krzyża!".
A potem wróciłbym, Boże, do domu,
Do domu mojej beznadziejności,
Dźwigając na ramionach Twoją wełnianą szatę,
Której jakość badałem palcami.
Ta możliwość grzechu męczy mnie i upokarza.
Albowiem dobrze znam siebie.
Nie odważyłbym się krzyczeć w Twojej obronie
Ani głośno sprzeciwiać się wyrokowi.
Jestem małym człowiekiem, po trochu tchórzem,
Po trochu egoistą, po trochu drwiącym łotrem,
Który woli żyć wśród cielców, przeżuwających pustynię,
Niż umrzeć za samotną prawdę.
Dlatego przebacz mi tę moją bolesną świadomość,
Dlatego przebacz mi tę gorzką możliwość,
Tę jeszcze jedną przyczynę Twojej śmierci,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści zapomnieli,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści nie piszą,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści milczą.
Przebacz mi, Boże, grzech nie popełniony.
To może być oczyszczenie, rachunek sumienia po obejrzeniu filmu
- na Wielki Post. Na wszystkie Drogi Krzyżowe.
STEFAN WILKANOWICZ, ur. 1924, publicysta i działacz katolicki, długoletni
redaktor naczelny Znaku", przewodniczący Fundacji Kultury Chrześcijańskiej
Znak". Laureat nagrody dziennikarskiej im. bp. Jana Chrapka Ślad"
(2004).
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |