|
Tematy i Refleksje
SŁOWO
Piotr Kłodkowski
Peszawar pod koniec przedostatniej
dekady XX wieku był miastem międzynarodowym. Oprócz Pasztunów, Pendżabczyków,
Tadżyków, Uzbeków, mieszkańców Sindhu i Azad Kaszmiru mieszkali
tutaj, a raczej rezydowali przez dłuższy lub krótszy czas, Arabowie
z Maghrebu i Bliskiego Wschodu, Malajowie, Ujgurzy, a także Amerykanie
i Europejczycy. W sąsiednim Afganistanie trwał dżihad przeciw Sowietom.
Generał Zia ul-Haq, dyktator Pakistanu, został wielkim koordynatorem
gigantycznej pomocy zagranicznej, płynącej szerokim strumieniem
ze Stanów Zjednoczonych i państw Zatoki Perskiej dla muzułmańskich
ochotników świętej wojny. W Peszawarze, czyli w jednym z najważniejszych
punktów politycznej wielkiej gry, spotykali się wszyscy, którzy
brali w niej udział; czy to jako żołnierze, czy jako doradcy, politycy,
bankierzy, szpiedzy czy wreszcie jako dziennikarze. Tutaj znajdowała
się baza przeładunkowa broni i wszelakich zapasów wojennych, tu
była także giełda informacji, punkt werbunkowy, a wreszcie centrum
politycznego dowodzenia, a raczej politycznych kłótni o przyszłą
władzę w sąsiednim państwie. Pokątnie, ale czasami też i zupełnie
jawnie handlowano różnej maści narkotykami, które stanowiły alternatywne
źródło finansowania działań zbrojnych i dyplomatycznych.
Kilkakrotnie byłem na bazarze
Kissa Kahani, czyli takim, który był dawniej miejscem pracy zawodowych
gawędziarzy. Kiedyś było tu wiele herbaciarni, gdzie gromadzili
się mężczyźni ciekawi tego, co dzieje się w świecie tym dalszym,
czyli chociażby na świętej ziemi islamu, ale i tym bliższym, czyli
w Kabulu, Kandaharze i Lahore. Dzisiaj herbaciarni jest już mniej,
dużo za to stoisk z odzieżą, elektroniką, wyrobami metalowymi. Na
szczęście ostało się ich jeszcze kilka, gdzie można podobno doświadczyć
atmosfery sprzed kilkudziesięciu lat. Spotykają się w nich starzy
bywalcy, ale także nieznajomi przybysze, goszczący na krótko w mieście.
Jedni i drudzy lubią napić się dobrej herbaty, a przede wszystkim
mają czas, aby pogadać. Zwykle bardzo długo.
Przy stoliku siedział mężczyzna.
Był dobrze zbudowany, nosił gęstą brodę, tak jak wielu Pasztunów,
na głowie miał tradycyjną czapkę, coś jakby mutację naszego beretu,
tyle że z zawiniętymi w rulon brzegami. Wyglądał na pięćdziesięciolatka,
ale gdyby ktoś powiedział mi wówczas, że ma ledwie lat trzydzieści,
to pewnie bez wahania bym uwierzył. Na lewym policzku miał bliznę,
niewielką, lecz dość widoczną. Siedział sam w kącie i popijał herbatę.
W pewnej chwili zaczął mówić. Najpierw cicho, niby do siebie, potem
coraz głośniej. Nie starał się przekrzykiwać hałasu, który zawsze
panuje w takim miejscu jak herbaciarnia, lecz jego głos stawał się
coraz bardziej słyszalny, wręcz nakazujący słuchanie. Inni goście
zaczęli odwracać głowy w jego kierunku i przestawali rozmawiać.
Niektórzy ustawili swoje krzesełka tak, aby zapewne lepiej widzieć
i posłuchać tego, co ma do powiedzenia. Mężczyzna zmieniał raz po
raz intonację głosu, czasami przerywał na chwilę, potem mówił cicho,
następnie głośniej, ale nigdy tak głośno, że byłoby to męczące dla
uszu.
Nic nie rozumiałem z całego
spektaklu, patrzyłem tylko na nieznajomego mężczyznę i na jego chwilowych
słuchaczy. Mówił w pasztu, języku większości mieszkańców północno-zachodniej
prowincji, w której leży Peszawar. Jego opowieść nie była długa,
trwała może trzy kwadranse, może trochę krócej. Kiedy skończył,
po prostu wstał, zapłacił za herbatę i wyszedł. Nikt mu nie towarzyszył.
Przez chwilę było jeszcze cicho, później jednak wszyscy zaczęli
rozmawiać i zrobił się szum, znów taki typowy dla herbaciarni.
Zwróciłem się do jednego
z gości, siedzącego przy sąsiednim stoliku. Po zwyczajowej wymianie
uprzejmości zapytałem go w urdu o mężczyznę, który skończył swoją
opowieść. Pochodzi z Afganistanu wyjaśniał powoli mój sąsiad,
jakby szukając odpowiednich słów wiodło mu się nieźle za króla,
potem zginęła prawie cała jego rodzina. W Pakistanie jest tylko
ze swoim synem. "Uski zindagi bilkul kharab thi", "zaprawdę ciężkie
miał życie.
Inni, którzy słyszeli to
krótkie wyjaśnienie, pokiwali głowami, dodając jeszcze kilka słów
od siebie. Potem zaczęliśmy rozmawiać o polityce i o wojnie. I chociaż
nikt już nie wspominał o mężczyźnie, który opowiedział historię
swojego życia, to chyba jakoś musiała ona utkwić słuchaczom w pamięci.
Zresztą każdy z nich zapewne mógłby wówczas opowiedzieć coś podobnego
o sobie lub o bliższej czy dalszej rodzinie, może nawet w podobny
sposób, jak uczyniłby to jego ojciec, a nawet dziadek. Bo kto wie,
czy ta historia nie była po prostu jakąś kolejną wersją tego, co
już tutaj opowiadano setki razy, i to nie tylko teraz, pięć lub
dziesięć lat temu, ale i znacznie dawniej, kiedy toczyły się krwawe
walki w czasach brytyjskiego imperium.
Kiedy wyszedłem z herbaciarni,
zobaczyłem stragan z cynowymi wiadrami. Wydawało mi się, że wcześniej
go nie widziałem, pojawił się tak jakby znikąd, chociaż rozsądek
przecież podpowiadał, że musiał tutaj być już wcześniej. Nie bardzo
zdawałem sobie sprawę, czy to, że akurat teraz widzę przed sobą
cynowe wiadra, których wcześniej po prostu nie spostrzegłem, to
efekt mojego wcześniejszego roztargnienia, czy też może jest to
skutkiem jakiegoś olśnienia doznanego po wysłuchaniu opowiadania
nieznanego mi mężczyzny. Bo bezinteresowne, żywe słowo zamknięte
w jednorazowej opowieści co z tego, że nie zawsze do końca zrozumiałej
miewa dość niezwykły wpływ na słuchacza; wpływ, jakiemu nie poddają
się już ludzie z odległego świata Zachodu. Chodzi przecież o to,
żeby właśnie przez słowo zobaczyć rzeczy, które zwykle nam umykają,
wydają się nieważne, bezbarwne i szare. Najpierw możemy dostrzec
tylko zwykłe wiadra, ale już potem ukryte kolory, a następnie znaczenia
zjawisk i wydarzeń, które poprzednio jawiły nam się jako całkowicie
niezrozumiałe czy też nawet pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Oczywiście Pakistan nie jest
żadnym wyjątkiem w tej materii. To prawda, że wszędzie trafiają
media, które jakoś redukują albo w pewien sposób przekształcają
stare wzorcowe historie tak, by stały się lekkostrawną papką dla
każdego, ale przecież żywe słowo udzielane obecnym tu i teraz słuchaczom
jakoś nie chce wcale zniknąć. Nie wiem, czy tak będzie zawsze, ale
póki co jesteśmy w stanie doświadczyć jego mocy w wielu krajach,
które zbiorczo nazywamy Orientem.
W Esfahanie bazar jest częścią
starego centrum. Nie jest tak wielki jak ten w Teheranie, ma jednak
swój specyficzny klimat. Wąskie uliczki przykryte dachem prowadzą
w różnych kierunkach, łącząc chociażby Plac Chomeiniego z oddalonym
o kilka kilometrów Meczetem Piątkowym. Towary podobne do tych, które
znaleźć można w Teheranie, tyle że tempo życia wydaje się znacznie
wolniejsze, a i mieszkańcy mają chyba więcej czasu na rozmowę. Szedłem
wzdłuż jednej z uliczek bazaru, kiedy zobaczyłem tłum ludzi skupionych
nie koło straganu, lecz wokół mężczyzny, który siedział na podwyższeniu
zrobionym z dwóch skrzynek. Mężczyzna opowiadał. Miał mocny, zdecydowany
głos. Posługiwał się nim bardzo umiejętnie, modulując poszczególne
frazy opowieści i akcentując silniej wybrane zdania, co dawało znakomity
efekt, nawet dla słuchacza nie znającego języka perskiego. Ludzie
przechodzący obok zgromadzenia zatrzymywali się na moment. Jedni,
usłyszawszy fragment opowieści, szli dalej, inni zaś, znalazłszy
jakąś wolną skrzynkę do siedzenia, przyłączali się do słuchaczy.
Niektórzy już po wysłuchaniu jednej części oddawali swoje miejsce
tym, którzy akurat byli ciekawi dalszego ciągu.
Nie wiem zupełnie, o czym
mówił mężczyzna. Mogłem zrozumieć jedynie pojedyncze wyrazy, tyle
że nie układały się dla mnie w żaden sensowny ciąg. Tym razem jednak
nie prosiłem nikogo o pomoc w tłumaczeniu. Wystarczyła mi sama melodia
opowieści i tłum bardzo spokojnych słuchaczy skupionych wokół mężczyzny.
Siedziałem więc pod ścianą i słuchałem, niczego nie rozumiejąc.
Trwało to może godzinę, może trochę dłużej. Potem wstałem, ustępując
miejsca kolejnemu przybyszowi, który zainteresował się opowieścią.
Nikt mnie o nic nie pytał, nikt nie był zdumiony obecnością obcego
człowieka w tym miejscu. Po prostu poszedłem dalej, kierując się
w stronę Meczetu Piątkowego.
Wiele się mówi i pisze o
różnicach między kulturami. Niektórzy powiadają, że chyba jedną
z najważniejszych jest stosunek do słowa, inny w świecie zachodnim,
inny w muzułmańskim, hinduistycznym czy buddyjskim. W tym pierwszym
jest ono przede wszystkim narzędziem, dzięki któremu człowiek przekształca
świat; w drugim ma stanowić wartość samą w sobie, niemal boski dar,
który należy umiejętnie wykorzystywać. Istnieje naturalnie wiele
wyjątków od tej reguły, bo manipulacja słowem czy zwykła dezinformacja
znana jest i stosowana niemal wszędzie w krajach Orientu, podobnie
jak nieobca jest Polakom, Francuzom czy Amerykanom miłość do recytowanej
poezji. Ale różnica widoczna jest tak naprawdę w proporcjach, w
skali zjawiska, w owej bezinteresownej opowieści, którą usłyszeć
możemy w najmniej spodziewanych miejscach i najmniej spodziewanym
czasie. Nie wiem, czy słowo powinno być głównie narzędziem, czy
też wartością samą w sobie. Jednak czasami sobie myślę, że chociaż
trochę należałoby pozazdrościć Pasztunom i Irańczykom. Przynajmniej
jeśli chodzi o słowo.
PIOTR KŁODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo
mysitcus hinduizmu i islamu (1998), Jak się modlą hindusi
(red. i oprac.,2000), Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych
(2002). Adiunkt w Wyższej szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |