Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

KWIECIEŃ 2004, NUMER 587

Strona główna

Bezsilność czy oportunizm? Kościół wobec nazizmu


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Tematy i Refleksje

SŁOWO


Piotr Kłodkowski

Peszawar pod koniec przedostatniej dekady XX wieku był miastem międzynarodowym. Oprócz Pasztunów, Pendżabczyków, Tadżyków, Uzbeków, mieszkańców Sindhu i Azad Kaszmiru mieszkali tutaj, a raczej rezydowali przez dłuższy lub krótszy czas, Arabowie z Maghrebu i Bliskiego Wschodu, Malajowie, Ujgurzy, a także Amerykanie i Europejczycy. W sąsiednim Afganistanie trwał dżihad przeciw Sowietom. Generał Zia ul-Haq, dyktator Pakistanu, został wielkim koordynatorem gigantycznej pomocy zagranicznej, płynącej szerokim strumieniem ze Stanów Zjednoczonych i państw Zatoki Perskiej dla muzułmańskich ochotników świętej wojny. W Peszawarze, czyli w jednym z najważniejszych punktów politycznej wielkiej gry, spotykali się wszyscy, którzy brali w niej udział; czy to jako żołnierze, czy jako doradcy, politycy, bankierzy, szpiedzy czy wreszcie jako dziennikarze. Tutaj znajdowała się baza przeładunkowa broni i wszelakich zapasów wojennych, tu była także giełda informacji, punkt werbunkowy, a wreszcie centrum politycznego dowodzenia, a raczej politycznych kłótni o przyszłą władzę w sąsiednim państwie. Pokątnie, ale czasami też i zupełnie jawnie handlowano różnej maści narkotykami, które stanowiły alternatywne źródło finansowania działań zbrojnych i dyplomatycznych.

Kilkakrotnie byłem na bazarze Kissa Kahani, czyli takim, który był dawniej miejscem pracy zawodowych gawędziarzy. Kiedyś było tu wiele herbaciarni, gdzie gromadzili się mężczyźni ciekawi tego, co dzieje się w świecie – tym dalszym, czyli chociażby na świętej ziemi islamu, ale i tym bliższym, czyli w Kabulu, Kandaharze i Lahore. Dzisiaj herbaciarni jest już mniej, dużo za to stoisk z odzieżą, elektroniką, wyrobami metalowymi. Na szczęście ostało się ich jeszcze kilka, gdzie można podobno doświadczyć atmosfery sprzed kilkudziesięciu lat. Spotykają się w nich starzy bywalcy, ale także nieznajomi przybysze, goszczący na krótko w mieście. Jedni i drudzy lubią napić się dobrej herbaty, a przede wszystkim mają czas, aby pogadać. Zwykle bardzo długo.

Przy stoliku siedział mężczyzna. Był dobrze zbudowany, nosił gęstą brodę, tak jak wielu Pasztunów, na głowie miał tradycyjną czapkę, coś jakby mutację naszego beretu, tyle że z zawiniętymi w rulon brzegami. Wyglądał na pięćdziesięciolatka, ale gdyby ktoś powiedział mi wówczas, że ma ledwie lat trzydzieści, to pewnie bez wahania bym uwierzył. Na lewym policzku miał bliznę, niewielką, lecz dość widoczną. Siedział sam w kącie i popijał herbatę. W pewnej chwili zaczął mówić. Najpierw cicho, niby do siebie, potem coraz głośniej. Nie starał się przekrzykiwać hałasu, który zawsze panuje w takim miejscu jak herbaciarnia, lecz jego głos stawał się coraz bardziej słyszalny, wręcz nakazujący słuchanie. Inni goście zaczęli odwracać głowy w jego kierunku i przestawali rozmawiać. Niektórzy ustawili swoje krzesełka tak, aby zapewne lepiej widzieć i posłuchać tego, co ma do powiedzenia. Mężczyzna zmieniał raz po raz intonację głosu, czasami przerywał na chwilę, potem mówił cicho, następnie głośniej, ale nigdy tak głośno, że byłoby to męczące dla uszu.

Nic nie rozumiałem z całego spektaklu, patrzyłem tylko na nieznajomego mężczyznę i na jego chwilowych słuchaczy. Mówił w pasztu, języku większości mieszkańców północno-zachodniej prowincji, w której leży Peszawar. Jego opowieść nie była długa, trwała może trzy kwadranse, może trochę krócej. Kiedy skończył, po prostu wstał, zapłacił za herbatę i wyszedł. Nikt mu nie towarzyszył. Przez chwilę było jeszcze cicho, później jednak wszyscy zaczęli rozmawiać i zrobił się szum, znów taki typowy dla herbaciarni.

Zwróciłem się do jednego z gości, siedzącego przy sąsiednim stoliku. Po zwyczajowej wymianie uprzejmości zapytałem go w urdu o mężczyznę, który skończył swoją opowieść. Pochodzi z Afganistanu – wyjaśniał powoli mój sąsiad, jakby szukając odpowiednich słów – wiodło mu się nieźle za króla, potem zginęła prawie cała jego rodzina. W Pakistanie jest tylko ze swoim synem. "Uski zindagi bilkul kharab thi", "zaprawdę ciężkie miał życie”.

Inni, którzy słyszeli to krótkie wyjaśnienie, pokiwali głowami, dodając jeszcze kilka słów od siebie. Potem zaczęliśmy rozmawiać o polityce i o wojnie. I chociaż nikt już nie wspominał o mężczyźnie, który opowiedział historię swojego życia, to chyba jakoś musiała ona utkwić słuchaczom w pamięci. Zresztą każdy z nich zapewne mógłby wówczas opowiedzieć coś podobnego o sobie lub o bliższej czy dalszej rodzinie, może nawet w podobny sposób, jak uczyniłby to jego ojciec, a nawet dziadek. Bo kto wie, czy ta historia nie była po prostu jakąś kolejną wersją tego, co już tutaj opowiadano setki razy, i to nie tylko teraz, pięć lub dziesięć lat temu, ale i znacznie dawniej, kiedy toczyły się krwawe walki w czasach brytyjskiego imperium.

Kiedy wyszedłem z herbaciarni, zobaczyłem stragan z cynowymi wiadrami. Wydawało mi się, że wcześniej go nie widziałem, pojawił się tak jakby znikąd, chociaż rozsądek przecież podpowiadał, że musiał tutaj być już wcześniej. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę, czy to, że akurat teraz widzę przed sobą cynowe wiadra, których wcześniej po prostu nie spostrzegłem, to efekt mojego wcześniejszego roztargnienia, czy też może jest to skutkiem jakiegoś olśnienia doznanego po wysłuchaniu opowiadania nieznanego mi mężczyzny. Bo bezinteresowne, żywe słowo zamknięte w jednorazowej opowieści – co z tego, że nie zawsze do końca zrozumiałej – miewa dość niezwykły wpływ na słuchacza; wpływ, jakiemu nie poddają się już ludzie z odległego świata Zachodu. Chodzi przecież o to, żeby właśnie przez słowo zobaczyć rzeczy, które zwykle nam umykają, wydają się nieważne, bezbarwne i szare. Najpierw możemy dostrzec tylko zwykłe wiadra, ale już potem ukryte kolory, a następnie znaczenia zjawisk i wydarzeń, które poprzednio jawiły nam się jako całkowicie niezrozumiałe czy też nawet pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Oczywiście Pakistan nie jest żadnym wyjątkiem w tej materii. To prawda, że wszędzie trafiają media, które jakoś redukują albo w pewien sposób przekształcają stare wzorcowe historie tak, by stały się lekkostrawną papką dla każdego, ale przecież żywe słowo udzielane obecnym tu i teraz słuchaczom jakoś nie chce wcale zniknąć. Nie wiem, czy tak będzie zawsze, ale póki co jesteśmy w stanie doświadczyć jego mocy w wielu krajach, które zbiorczo nazywamy Orientem.

W Esfahanie bazar jest częścią starego centrum. Nie jest tak wielki jak ten w Teheranie, ma jednak swój specyficzny klimat. Wąskie uliczki przykryte dachem prowadzą w różnych kierunkach, łącząc chociażby Plac Chomeiniego z oddalonym o kilka kilometrów Meczetem Piątkowym. Towary podobne do tych, które znaleźć można w Teheranie, tyle że tempo życia wydaje się znacznie wolniejsze, a i mieszkańcy mają chyba więcej czasu na rozmowę. Szedłem wzdłuż jednej z uliczek bazaru, kiedy zobaczyłem tłum ludzi skupionych nie koło straganu, lecz wokół mężczyzny, który siedział na podwyższeniu zrobionym z dwóch skrzynek. Mężczyzna opowiadał. Miał mocny, zdecydowany głos. Posługiwał się nim bardzo umiejętnie, modulując poszczególne frazy opowieści i akcentując silniej wybrane zdania, co dawało znakomity efekt, nawet dla słuchacza nie znającego języka perskiego. Ludzie przechodzący obok zgromadzenia zatrzymywali się na moment. Jedni, usłyszawszy fragment opowieści, szli dalej, inni zaś, znalazłszy jakąś wolną skrzynkę do siedzenia, przyłączali się do słuchaczy. Niektórzy już po wysłuchaniu jednej części oddawali swoje miejsce tym, którzy akurat byli ciekawi dalszego ciągu.

Nie wiem zupełnie, o czym mówił mężczyzna. Mogłem zrozumieć jedynie pojedyncze wyrazy, tyle że nie układały się dla mnie w żaden sensowny ciąg. Tym razem jednak nie prosiłem nikogo o pomoc w tłumaczeniu. Wystarczyła mi sama melodia opowieści i tłum bardzo spokojnych słuchaczy skupionych wokół mężczyzny. Siedziałem więc pod ścianą i słuchałem, niczego nie rozumiejąc. Trwało to może godzinę, może trochę dłużej. Potem wstałem, ustępując miejsca kolejnemu przybyszowi, który zainteresował się opowieścią. Nikt mnie o nic nie pytał, nikt nie był zdumiony obecnością obcego człowieka w tym miejscu. Po prostu poszedłem dalej, kierując się w stronę Meczetu Piątkowego.

Wiele się mówi i pisze o różnicach między kulturami. Niektórzy powiadają, że chyba jedną z najważniejszych jest stosunek do słowa, inny w świecie zachodnim, inny w muzułmańskim, hinduistycznym czy buddyjskim. W tym pierwszym jest ono przede wszystkim narzędziem, dzięki któremu człowiek przekształca świat; w drugim ma stanowić wartość samą w sobie, niemal boski dar, który należy umiejętnie wykorzystywać. Istnieje naturalnie wiele wyjątków od tej reguły, bo manipulacja słowem czy zwykła dezinformacja znana jest i stosowana niemal wszędzie w krajach Orientu, podobnie jak nieobca jest Polakom, Francuzom czy Amerykanom miłość do recytowanej poezji. Ale różnica widoczna jest tak naprawdę w proporcjach, w skali zjawiska, w owej bezinteresownej opowieści, którą usłyszeć możemy w najmniej spodziewanych miejscach i najmniej spodziewanym czasie. Nie wiem, czy słowo powinno być głównie narzędziem, czy też wartością samą w sobie. Jednak czasami sobie myślę, że chociaż trochę należałoby pozazdrościć Pasztunom i Irańczykom. Przynajmniej jeśli chodzi o słowo.

PIOTR KŁODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo mysitcus hinduizmu i islamu (1998), Jak się modlą hindusi (red. i oprac.,2000), Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych (2002). Adiunkt w Wyższej szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.