|

Diagnozy
         
Rok 1204
ks. Grzegorz Ryś
12 kwietnia 1204 roku to w dziejach Kościoła data
równie dramatyczna, co raczej nieobecna w świadomości historycznej
chrześcijan, dodajmy natychmiast: chrześcijan zachodnich; chrześcijanie
wschodni pamiętają ją dobrze. Tego dnia zachodnie rycerstwo, które
półtora roku wcześniej wyruszyło na czwartą z kolei krucjatę, zdobyło
Konstantynopol. Chrześcijanie - łacinnicy wzięli szturmem najczcigodniejszą
stolicę wschodniego chrześcijaństwa, mordując i gwałcąc, paląc domy
i łupiąc pałace, profanując kościoły i okradając klasztory. W zdobytym
mieście krzyżowcy wybrali spośród siebie nowego, łacińskiego cesarza,
a następnie utworzona naprędce "kapituła katedralna" przy
kościele Bożej Mądrości dokonała elekcji nowego łacińskiego patriarchy.
Papież Innocenty III (1198-1216), chociaż potępił
dokonane w mieście zbrodnie i groził ekskomuniką każdemu, kto -
zamiast walczyć z "wrogami Krzyża" - obraca swój miecz
przeciw chrześcijanom, ostatecznie jednak usankcjonował swą zgodą
dokonane fakty.
Pan powołał - pisał w liście do łacińskiego cesarza
Baldwina - swoje święte i mężne [sługi], którzy weszli [do winnicy]
przez Jego bramy [a więc nie jak "złodzieje i rozbójnicy"
- por. J 10]. Wytraciwszy złem złych, przekazał swą winnicę innym
rolnikom, aby ją uprawiali i przynosili Mu owoc we właściwym czasie
[por. Mt 21]. Cesarstwo Greków przeniósł z nieposłusznych i bałwochwalców
na posłusznych i pobożnych synów, którzy na miłym Panu ołtarzu
złożą Mu owoc swoich warg [por. Hbr 13]. Po tym zaś, jak cesarstwo
zostało przeniesione [z Greków na Łacinników], koniecznym jest,
aby przemianie uległy także ryty i obrządek kapłański - aby Efraim,
powróciwszy do [jedności z] Judą, odrzucił stary kwas, a karmił
się przaśnym chlebem szczerości i prawdy [por. 1 Kor 5].
Natomiast w słowach skierowanych do towarzyszących
wojsku krzyżowców "biskupów, opatów i innych duchownych"
papież rozeznawał zaistniałą sytuację następująco:
[Bóg] przekazał Cesarstwo Konstantynopola z rąk
pyszałków pokornym, z władzy nieposłusznych pobożnym, z rąk schizmatyków
katolikom (...). Zaiste, "Pan to sprawił, i cudem [to] jest
w naszych oczach" [por. Ps 118]. Okazał zapowiedzianą w Proroctwach
potęgę swego ramienia i wywyższył najświętszy Rzymski Kościół:
oto córka przywrócona matce, ojciec wszystkim [wiernym], jeden
z członków ciała głowie. Izrael, zniszczywszy swe złote cielce
zdaje się wracać do jedności z Judą.
Taka frazeologia, pełna ewangelicznej poetyki,
w zderzeniu ze straszliwą rzeczywistością (którą ponoć miała diagnozować!)
nie mogła się Grekom wydać czymś innym, jak tylko bluźnierstwem.
Tam, gdzie papież dopatrywał się objawienia mocnej ręki Boga, wschodni
chrześcijanie musieli widzieć raczej porażający dowód na istnienie
szatana. To, co Innocenty nazywał przywróceniem kościelnej jedności,
przez Greków musiało być odebrane jako brutalne pogwałcenie ich
kościelnej odrębności: dyscyplinarnej, kulturowej, zwyczajowej,
kultowej (uznanej zresztą za dowód pychy, herezji i bałwochwalstwa).
Nie po raz pierwszy i, niestety, nie po raz ostatni pomylono jedność
Kościoła z jego jednolitością. Papież nie wyobrażał sobie innego
scenariusza zakończenia schizmy, jak tylko przez stopniową, ale
konsekwentną latynizację wschodniego chrześcijaństwa. Do Bizancjum
miała wyruszyć prawdziwa fala zachodniego duchowieństwa: księży
diecezjalnych, mnichów oraz zakonników, a nawet uczonych mistrzów,
niosąc ze sobą łacińskie księgi, obrządek, refleksję teologiczną
i instytucje prawne.
Nic więc dziwnego, że w przeprowadzanej dziś refleksji
na temat przyczyn trwającego dotąd rozdziału między katolicyzmem
i prawosławiem, kard. Walter Kasper, przewodniczący Papieskiej Rady
ds. Popierania Jedności Chrześcijan, podkreśla, że za właściwą datę
tzw. schizmy wschodniej trzeba uznać rok 1204, nie zaś przyjmowaną
podręcznikowo datę 1054: ,,Rzeczywiste zerwanie dokonało się wyłącznie
wskutek podboju, splądrowania i zniszczenia Konstantynopola w związku
z IV krucjatą" (Current Problems in Ecumenical Theology).
Trudno też w tym momencie nie przywołać słów papieża Jana Pawła
II, wypowiedzianych w Atenach na spotkaniu z prawosławnym arcybiskupem
Aten i całej Grecji, Christodulosem, w maju 2001 roku:
Z całą pewnością dźwigamy na sobie ciężar przeszłych
i obecnych sporów i trwających nieporozumień (...). Niektóre wspomnienia
są szczególnie bolesne, a niektóre z wydarzeń dawnej przeszłości
pozostawiły głębokie rany w ludzkich umysłach i sercach po dziś
dzień. Myślę tu o straszliwym zdobyciu cesarskiego Konstantynopola
(...). Jest prawdziwą tragedią, że zdobywcy, których pierwotnym
celem było zapewnienie chrześcijanom swobodnego dostępu do Ziemi
Świętej, zwrócili się przeciw swoim braciom w wierze. Fakt, że
byli oni łacińskimi chrześcijanami napełnia katolików głębokim
ubolewaniem. Jak moglibyśmy tu nie zauważyć mysterium iniquitatis
działającego w ludzkim sercu? Do Boga samego należy osąd, tak
więc w Jego nieskończonym miłosierdziu chcemy złożyć straszny
ciężar przeszłości, błagając Go jednocześnie, by zaleczył rany,
które stale powodują duchowe cierpienie wschodnich chrześcijan.
Innocentego III od Jana Pawła II oddziela osiem
stuleci. Tyle czasu potrzebował Zachodni Kościół, by wypowiedzieć
publiczne "przepraszam" za "głębokie rany" zadane
Grekom u progu XIII wieku. Nawet Paweł VI, który wobec wschodnich
chrześcijan wykonał cały szereg wymownych i odważnych gestów - jak
cofnięcie ekskomuniki z 1054 roku, znak pokoju z patriarchą Konstantynopola
Atenagorasem (Jerozolima, 1964) czy wreszcie ucałowanie stóp przedstawiciela
Kościoła konstantynopolitańskiego (Rzym, 1975) - w swych wypowiedziach
nie dotknął wprost tragedii roku 1204. Także ów pocałunek złożony
na stopach metropolity Melitona nie nawiązywał do niej, lecz do
gestu, jakiego zażądał od prawosławnego patriarchy Józefa II papież
Eugeniusz IV na (unijnym!) soborze we Florencji.
Wyciągnięcie zdobycia Konstantynopola przez krzyżowców
z historycznej nie-pamięci łacińskiego Kościoła służy, rzecz jasna,
nie tyle korekcie podręczników i skryptów studentów teologii, co
zasadniczej rewizji myślenia na temat samej schizmy i trwającego
do dziś podziału. Nie da się dłużej mówić o tym, że "schizmatycki"
Konstantynopol jednostronnie "odpadł od jedności" z Rzymem;
trzeba wyraźnie powiedzieć o współodpowiedzialności za schizmę i
o własnej w tym zakresie winie. Z historycznego punktu widzenia
wzajemne ekskomuniki z roku 1054 nie musiały w żadnym wypadku zadecydować
o kresie widzialnej jedności całego Kościoła; takie napięcia i fakty
zdarzały się przecież wcześniej (i to nie raz!). I za każdym razem
- czasem po kilku, a czasem po kilkunastu latach - wszystko wracało
do normy. Gwoździem do trumny kościelnej jedności była tak naprawdę
IV krucjata i to, jak próbował ją spożytkować ówczesny biskup Rzymu.
Jasne jest jednak, że o taką refleksję w Kościele (czy tylko na
Zachodzie?) było trudno nie tylko w XIII wieku, ale także jeszcze
w połowie XX...
Nawet XIII-wieczni autorzy łacińscy (a więc jakby
świadkowie lub ich potomkowie) zdawali się nie dostrzegać jakiegokolwiek
związku między gwałtem dokonanym na Bizancjum a faktycznie trwającą
schizmą (greckie instytucje - tak państwowe, jak i kościelne - przeniosły
się z zajętej stolicy do Nicei). Sobór Lyoński I, obradujący w 1245
roku, mówiąc o wypadkach sprzed 30 zaledwie lat, kontynuował bezkrytycznie
retorykę Innocentego III; mówił więc o "matczynej ręce Rzymskiego
Kościoła", o "powrocie [Konstantynopola] do jedności ciała",
o "odzyskaniu wzroku" (tzn. katolickiej wiary) po okresie
"ślepoty błędnych przekonań". Niespełna 30 lat później
- a więc już po upadku łacińskich struktur w Konstantynopolu (1261)
- na Soborze Lyońskim II (1274) znów całą winę za schizmę przypisano
Grekom: ,,ludziom o wyniosłym karku, z uporem usiłujących rozedrzeć
utkaną w całości suknię Pana, którzy odeszli od wierności i posłuszeństwa
dla Stolicy Apostolskiej" (a jednocześnie rozmawiano z nimi
o unii i mającej po niej nastąpić krucjacie). Grecka "pycha"
stała się pojęciem-refrenem, podniesionym do roli niemal jedynego
klucza do zrozumienia trwającego podziału. W XV wieku mówił o niej
na przykład biskup Brescii Pietro del Monte w traktacie Contra
impugnantes Sedis Apostolicae auctoritatem. Nadwerężając wyraźnie
ewangeliczny tekst o Chrystusowym "jarzmie, które jest słodkie"
(por. Mt 11), ubolewał nad ,,dawnym błędem Greków, którzy pełni
pychy odmawiali posłuszeństwa jarzmu Pańskiemu, którym jest prymat
Rzymskiego Kościoła". Nawet Wilhelm Ockham - tak bardzo przecież
krytyczny wobec kościelnych nadużyć - dotykając zagadnienia schizmy
wschodniej, całą winę przypisywał wschodnim chrześcijanom, którzy
uparcie tkwią w trojakiej herezji: odrzucając Filioque, sprzeciwiając
się prymatowi Rzymu i podważając ważność Eucharystii sprawowanej
przy użyciu przaśnego chleba. W oczach Ockhama herezja pozbawiała
Greków tytułu do posiadania instytucji cesarstwa; stąd też zostało
ono słusznie (i za zrządzeniem Bożym) przeniesione na Zachód.
Odmienna refleksja dochodziła do głosu jedynie
sporadycznie. U kresu XIV w. Jan Wiklef odważył się twierdzić, iż
,,Kościół Wschodni, przywiązany do swego ubóstwa, zniesmaczony jest
monstrualną pychą Zachodniego Kościoła" (Tractatus de Ecclesia),
ćwierć wieku później zaś kanclerz Sorbony, kard. Piotr dAilly stawiał
tezę, że zasadniczą przyczyną każdej schizmy (tak zachodniej, jak
i wschodniej) jest papieski centralizm i zaniedbanie zwoływania
soborów. Cóż, kiedy pierwszy z nich został pośmiertnie uznany za
heretyka, a drugi był prekursorem potępionego z czasem nurtu zwanego
koncyliaryzmem... Pamiętając o tym wszystkim, trudno nie zgodzić
się z opinią kard. Waltera Kaspera, iż 800. rocznica zdobycia Konstantynopola
stanowi potężne wyzwanie dla refleksji ekumenicznej. A jeszcze bardziej
dla ekumenicznego czynu.
Dramat roku 1204 kryje w sobie także lekcję skierowaną
ad intra do każdego z Kościołów, głównie jednak do Kościoła na Zachodzie.
Dotyczy ona przede wszystkim straszliwej pokusy instrumentalizacji
religii. Oczywiście, może ktoś (i z wielką dozą słuszności) powiedzieć,
że już sama krucjata (każda!) winna być uznana nie tyle za wyraz
prawdziwej wiary, co jej manipulacji; wszakże IV krucjata stanowi
pod tym względem przykład zupełnie wyjątkowy. Od początku, niezależnie
od swych pierwotnych inspiracji, przebiegała ona całkowicie pod
dyktando Wenecji i jej politycznych aspiracji w basenie Morza Śródziemnego.
To na jej życzenie krzyżowcy zdobyli najpierw należące do króla
węgierskiego portowe miasto na Bałkanach - Zarę, zaciągając tym
samym papieską ekskomunikę (król Węgier był katolikiem, co więcej,
sam deklarował swój udział w krucjacie!). To właśnie z Zary wyprawa
ruszyła dalej na Konstantynopol - znów niezgodnie z pierwotnym celem
(tym był Egipt) i z wyłącznie politycznych powodów: miano osadzić
na tronie w Bizancjum syna obalonego tam cesarza (późniejszy Aleksy
IV). W korespondencji z papieżem rozpisywano się wszakże szeroko
jedynie na temat przywrócenia jedności Kościołowi oraz korzyści,
jakie przyniesie krucjacie współdziałanie z nowymi władzami w Konstantynopolu.
Innocenty III - jeden z największych papieży-polityków
w dziejach Kościoła - nie dał się zwieść: ani przez moment nie wierzył
ani w "religijne" motywy Wenecjan, ani w obietnice Aleksego
dotyczące zakończenia schizmy, ani nawet w kontynuację wyprawy po
zajęciu Konstantynopola. Skąd więc się wzięła jego ostateczna rekognicja?
Otóż, wydaje się, że tylko z jednego powodu: od
początku swego pontyfikatu Innocenty uznawał za jeden z trzech najważniejszych
swych celów odzyskanie dla chrześcijan Ziemi Świętej (drugi stanowiła
walka z herezją, trzeci - pastoralna reforma Kościoła). Krucjata
była wręcz papieską obsesją. Widząc przebieg IV wyprawy i przewidując
jej finał, jeszcze w trakcie tej krucjaty zaczął starania o zorganizowanie
następnej. W każdym razie na to, co stało się w 1204 roku w Konstantynopolu,
Innocenty patrzył niemal wyłącznie przez pryzmat pomyślności lub
fiaska wyprawy krzyżowej. Czytając jego listy, trudno się czasem
oprzeć wrażeniu, że oto mamy do czynienia również z pewną instrumentalizacją,
której ofiarą padła w papieskim myśleniu wielka kwestia jedności
Kościoła. Jedność "przydarzyła się" jakby po drodze i
nieoczekiwanie, papież zaś oceniał ją najpierw w kategoriach stabilności
(!): stabilizacja sytuacji w Konstantynopolu była warunkiem podboju
Palestyny; destabilizacja - potężną przeszkodą. Czy nie burzył w
ten sposób całej właściwej chrześcijaństwu hierarchii wartości?
Ale czy nie na tym właśnie polega każda instrumentalizacja?
Czy pokusa instrumentalizacji religii minęła bezpowrotnie
ze średniowieczem? Albo czy jest domeną wyłącznie polityków? Lub
biznesmenów? Lub tych, którzy mają władzę w Kościele? A może potrzeba
w tym miejscu refleksji naprawdę powszechnej? Może wszyscy potrzebujemy
usłyszeć pytanie zadane kiedyś przez Henri de Lubaca: ,,Czy każdy
z nas nie ulega czasami tej zarazie wiary, która przekształca ją
w naszych umysłach w rodzaj ideologii?".
Ks. GRZEGORZ RYŚ, ur. 1964, dr hab., historyk Kościoła, wykładowca
na Wydziale Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej.
Wydał m.in. studium o Inkwizycji (1997), rozprawę Jan
hus wobec kryzysu Kościoła doby wielkiej schizmy (2000), Celibat
(2002).
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |