|

Społeczeństwo Nieobojętnych
Dobroć jest podejrzana
Dorota Rogala
W przedpokoju niewielkiego mieszkania w krakowskiej kamienicy stoi
kilka olbrzymich garnków wypełnionych parującą zupą, ziemniakami
i surówką. Codziennie, wczesnym popołudniem, Teresa i Marta Sawickie
wydają obiady dla blisko 100 osób. Tutaj po gorący i świeży posiłek
może przyjść każdy potrzebujący pomocy człowiek, z wyjątkiem osób
nietrzeźwych. Przychodzą zazwyczaj bezrobotni, bezdomni mężczyźni,
lat około 50, lub ludzie samotni, chorzy i starsi. Marta Sawicka
mówi, że tym, którzy nie są w stanie przyjść o własnych siłach,
obiady są dostarczane do domu.
Kuchnia funkcjonuje od 1980 roku. Powstała z inicjatywy Teresy
Sawickiej, wtedy trzydziestokilkuletniej nauczycielki języka rosyjskiego.
Z jej opowiadań wynika, że wszystko zaczęło się przypadkowo, kiedy
znajoma złamała rękę i poprosiła ją o przyniesienie obiadu z jadłodajni
fabrycznej, w której się stołowała. Teresa, pracując wówczas w Wieliczce,
nie zdążyła pojechać po posiłek, więc sama go ugotowała i zaniosła
jej. Któregoś dnia, kiedy po raz kolejny poszła do niej z obiadem,
okazało się, że ta dzieli się jedzeniem ze starszą kobietą z sąsiedztwa.
Teresa postanowiła więc gotować obiady dla nich obu. Z czasem potrzebujących
zaczęło jednak przybywać - ludzie sami dowiadywali się o siostrach
Sawickich. Początkowo to one roznosiły posiłki ludziom chorym, potem
pojawili się bezdomni, bezrobotni, którzy przychodzili do nich po
pomoc. Teresa gotowała w wynajętych grzecznościowo mieszkaniach,
pracując, wstawała o trzeciej nad ranem, by obrać ziemniaki i przygotować
wszystko na popołudnie. Twierdzi, że to nie było dla niej żadnym
problemem, czuła, że chce to robić. Jej siostra wspomina, że Teresa
już na studiach pomagała ludziom starszym, niepełnosprawnym, potem
często nie przesypiała nocy, czuwając przy chorych. Marta upominała
siostrę, buntowała się trochę przeciwko jej postawie. Sama pragnęła
ułożyć sobie życie prywatne, wyjść za mąż, jako ekonomistka miała
zupełnie inne niż siostra spojrzenie na świat. Niejednokrotnie
było jej jednak po prostu żal Teresy, że się tak poświęca. Nie mogąc
na to bezczynnie patrzeć, zaczęła jej pomagać. Z czasem ta praca
całkowicie ją pochłonęła.
Przeor klasztoru oo. Dominikanów w Krakowie ojciec Jakub Kruczek
opisuje siostry Sawickie jako osoby głęboko wierzące, rozmodlone,
skupione na innych ludziach i na ich, a nie na swoim cierpieniu.
One same natomiast niechętnie mówią o sobie, nie narzekają, choć,
jak wynika z ich opowiadań, wciąż napotykają na wiele trudności.
Nie jest tajemnicą, że obydwie są ciężko chore, na rencie. Teresa
od 18 lat cierpi na cukrzycę, Marta natomiast chorowała na raka,
jest po mastektomii. Mieszkają skromnie, śpią w maleńkim zatłoczonym
pokoiku obok "ślepej" kuchni, w której przygotowywane są posiłki,
w drugim pokoju, którym dysponują, znajdują się paczki z żywnością,
worek z chlebem, kawa, przeciery, mleko dla dzieci, jest duży okrągły
stół, przy którym przyjmują gości, telewizor. Twierdzą, że nic więcej
nie jest im potrzebne. Żyją dla innych. Kiedy brakuje im pieniędzy
na kuchnię, modlą się do św. Józefa, który jeszcze nigdy ich nie
zawiódł. Kiedyś potrzebowały dwóch tysięcy złotych, by zwrócić kredyt
zaciągnięty w pobliskim sklepie, gdzie zaopatrują się w żywność
dla kuchni. Nie mając innej możliwości "załatwienia" tych pieniędzy,
gorąco się modliły. Na drugi dzień ktoś przyniósł potrzebną kwotę.
Innym razem w podobnej sytuacji, kiedy znowu brakowało prawie trzech
tysięcy, okazało się, że ktoś wrzucił jako jeden zwitek dwa tysiące
sześćset złotych do znajdującej się w kościele Dominikanów w Krakowie
puszki na kuchnię dla ubogich.
Opowiadają, że w latach 80. od zupełnie nieznajomej szwajcarskiej
lekarki otrzymały paczkę wypełnioną pieniędzmi, było w niej 5000
dolarów na prowadzenie kuchni. Kilka razy także dostały w spadku
po starszych osobach, którymi opiekowały się przed śmiercią, duże
sumy pieniędzy zapakowane w kartony i przekazane przez rodziny zmarłych.
Wszystkie te środki przeznaczyły oczywiście na kuchnię.
Wydawać by się więc mogło, że inicjatywa sióstr Sawickich powinna
zyskać ogólną przychylność, tymczasem wręcz przeciwnie, wzbudzała
nieufność, a czasem nawet niechęć. Niektórzy do tej pory podejrzewają,
że siostry dysponują pokaźnymi kontami w bankach, a ich skromny
sposób życia to tylko pozory. Zapewne też nie są tak naprawdę chore,
chcą tylko wzbudzić litość u ludzi po to, by zebrać więcej pieniędzy.
Wielu sąsiadów zarzucało im także, że zakłócają spokój. Wspominają,
jak kiedyś latem, za zgodą właściciela kamienicy, wydawały posiłki
w pobliskiej bramie i po jakimś czasie otrzymały wyraźną sugestię,
by nie robić tego w soboty i niedziele, kiedy mieszkańcy są w domu
lub odświętnie ubrani idą na mszę świętą, bo razi ich widok tłumu
zaniedbanych ludzi korzystających z darmowych posiłków. Teresa Sawicka
opowiada o tym z dobrodusznym i pobłażliwym uśmiechem. Wielokrotnie
przecież nadaremnie próbowała przekonywać, tłumaczyła się... Kiedy
to nie pomagało, siostry musiały przenosić kuchnię. Teraz, kiedy
mieści się ona u nich w mieszkaniu, panie Sawickie starają się tak
wszystko organizować, by nie przeszkadzać sąsiadom. Wyznaczone są
godziny posiłków, przychodzą po nie tzw. delegaci, którzy odbierają
obiady dla kilku osób, nie ma więc tłoku. Pani, która gotuje, po
każdym obiedzie myje klatkę schodową, by był porządek.
Kuchnia jest teraz finansowana przede wszystkim z pieniędzy zbieranych
do puszki u Dominikanów lub z kwest organizowanych na ten cel 4
razy w roku przez klasztor. W zeszłym roku zebrano w ten sposób
około 70 tysięcy złotych. Często też, jak podkreśla ojciec Kruczek,
młode pary biorące ślub w kościele Dominikanów rezygnują z kwiatów
i proszą weselnych gości, by zamiast nich ofiarowali pieniądze na
kuchnię dla ubogich, niekiedy też ktoś w tym samym celu rezygnuje
z podwyżki. Siostry Sawickie w imieniu swoich podopiecznych są ogromnie
wdzięczne wszystkim, którzy wspomagają ich kuchnię. Sami zainteresowani
nie zawsze bowiem potrafią wyrażać wdzięczność, zdarza się, że jakaś
starsza chora osoba oddaje obiad, bo niedobry, albo ktoś nie bierze
zupy, bo takiej nie lubi, czy przychodzi z pretensjami, że nie dostał
paczki kawy, a jego znajomy ją otrzymał. Czasami ktoś nietrzeźwy
nie szczędzi obelg pod adresem Marty, kiedy ta odmówi mu posiłku.
Ale siostry Sawickie twierdzą, że w tym, co robią, nie chodzi przecież
ani o wdzięczność, ani o nagrody. Choć cieszą się z nominacji do
nagrody Totus 2003 i wyróżnienia specjalnego, które otrzymały za
swoją ponaddwudziestoletnią pracę charytatywną, można odnieść wrażenie,
że ta nagroda nie jest dla nich istotna. Mówią, że teraz ich największym
marzeniem byłoby otwarcie domu dla osób chorych i niepełnosprawnych.
DOROTA ROGALA
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |