|

Temat miesiąca
         
    
         
Trzecia Rzesza Popkultury
Bartłomiej Dobroczyński
Jeśli coś napawa cię obrzydzeniem, powinieneś
przynajmniej poznać to, czego się brzydzisz, abyś mógł unikać tego
w przyszłości.
Frank Zappa
1. Artykuł niniejszy traktuje o niepokojących
zjawiskach i praktykach coraz wyraźniej obecnych we współczesnej
kulturze masowej. Jako że jawi się ona teraz jako nieomal jedyna
łatwo dostępna pożywka dla duszy, zaś jej podaż dzięki mass mediom
stale rośnie, jest to w pewnym sensie artykuł o tym, co niepostrzeżenie
zaczyna nadawać ton naszej codziennej egzystencji - tak prywatnej,
jak publicznej. Tekst jest momentami napisany w nieco szyderczym
tonie zgodnie z zasadą - tak udatnie wykorzystywaną w arcydziełach
literatury rosyjskiej XX wieku - "o rzeczach wesołych na poważnie,
o rzeczach poważnych na wesoło". A sprawa jest nie tylko poważna,
ale wręcz złowroga, choć jakoś nie słychać zbiorowych wyrazów społecznego
zaniepokojenia. Być może jednak to, o czym chcę napisać, to tylko
przelotne tendencje, które zostaną szybko skorygowane, a ja niepotrzebnie
rozsiewam miazmaty kasandrycznego defetyzmu. Bardzo bym sobie życzył,
by tak było.
Od razu zaznaczę, że nie mam żadnych cudownych recept na zaistniałą
sytuację. W niniejszym "wołaniu na puszczy" zamierzam
się zająć wyłącznie diagnozą, a więc konstatacją pewnego stanu rzeczy.
2. Liczba negatywnych zjawisk kulturowych narasta
ostatnio w tempie wręcz zawrotnym, co nierzadko wpędza nas w stan
intelektualnej bezradności, gdy pojawia się konieczność ich oceny.
Szczególnie konfundująca jest sytuacja, gdy intuicja podpowiada
nam, że coś jest rzeczywiście groźne i niepożądane - ale równocześnie
w niczym nie narusza obowiązującego prawa. Wtedy najczęściej przywołujemy
na pomoc wysoce problematyczne, a przy tym nieskuteczne argumenty
o charakterze uczuciowo-subiektywnym. Odwołujemy się więc do dobrego
smaku, tradycji i właściwego wychowania. Stwierdzamy też nader ogólnikowo
rozumiany upadek wartości. Skarżymy się na wszechobecność chamstwa,
mówimy o zalewie przemocy i dehumanizującego seksualizmu w mediach
oraz o tym, że kulturę zdominowały tematy trywialne, drugorzędne
i pozorne. Lamentujemy, iż w telewizji programy rozrywkowe i filmy
są głupie i urągają wrażliwości oraz inteligencji widzów. Wtedy
zdrową reakcją krytykowanego bywa najczęściej riposta: "nie
musisz kupować pornografii, nie musisz oglądać >>Big Brothera<<,
nie musisz czytać brukowców, nie musisz brać udziału w programie
pani X". A więc, stawiając sprawę ogólnie: "nie możesz
mnie krytykować, bo albo wszystko, co budzi twój sprzeciw, rozgrywa
się za przyzwoleniem - a często i aprobatą - uczestniczących osób,
albo też łatwo możesz tego uniknąć, bo nikt nie zmusza cię do współuczestnictwa".
Chcę zatem wykazać, że choć rzeczywiście nikt mnie do niczego nie
zmusza - to nie mogę sobie pozwolić na obojętność, bo bezkarne rozpowszechnianie
się niektórych zjawisk kulturowych skutecznie wbudowuje w tkankę
społeczną pewne postawy i przekonania, które wtórnie mogą być niebezpieczne
i na dłuższą metę bardzo szkodliwe.
Mówiąc wprost, chcę postąpić analogicznie, jak w następującym rozumowaniu:
można wykazać, że rozpowszechniająca się - i na pozór najzupełniej
niewinna - wiara w horoskopy jest potencjalnie niebezpieczna. Dzieje
się zaś tak nie dlatego, że horoskopy są sprzeczne z prawem, czy
że ktoś jest w jakiś sposób zmuszany do "obcowania" z
nimi, bo to nieprawda, ale dlatego, że w następstwie swego rozpowszechnienia
i oddziaływania zaczynają być naturalnym elementem obowiązującego
światopoglądu. Wtedy już możemy mieć trudności z uniknięciem konsekwencji
wiary w horoskopy, zwłaszcza gdy na przykład okaże się, że ktoś,
od kogo zależy nasz los, uzna, iż skoro one - zgodnie z owym powszechnym
przekonaniem właśnie - diagnozują cechy osobowości i charakteru,
można na ich podstawie oceniać przydatność ludzi do różnych dziedzin
życia. Znane są przecież nie tylko przypadki opartego na tej zasadzie
kojarzenia się par czy wybierania sobie przyjaciół zgodnie z kodem
zodiakalnym, ale i przykłady tak przeprowadzanej selekcji pracowników
lub kontrahentów - jedno z brytyjskich towarzystw ubezpieczeniowych
zażądało od klientów urodzonych pod znakiem Bliźniąt składki o podwojonej
wysokości (dyskryminacja owa, przez analogię do seksizmu, mogłaby
się nazywać np. geminizmem, czy ogólniej: astrologizmem). I to już
nie jest sprawa prywatna - gustów czy smaku - ale rzecz o nieco
poważniejszym ciężarze gatunkowym.
Jeśli ktoś uważa, że takie praktyki mu nie przeszkadzają ani w niczym
nie ograniczają jego wolności czy równości wobec prawa, może oczywiście
w tym momencie przestać czytać ten tekst. Podejrzewam jednak, że
sporo ludzi nawet nie wie, że opisane poniżej zjawiska w ogóle występują.
Właśnie dlatego chcę w moim artykule zademonstrować, w jaki sposób
narastający "terror bycia trendy" oraz rozpowszechniony
handel prywatnością (a zwłaszcza taka jego odmiana, którą określiłbym
jako sprzedaż "relacji z innymi ludźmi") podstępnie, bo
w przebraniu zjawisk nieważnych, drugorzędnych, z zakresu niewinnej
rozrywki - zagrażają naszej wolności, podmiotowości i prawom jednostki.
Co gorsza, oba te zjawiska uprawomocniają pewien sposób uprzedmiotowującego
postrzegania innych ludzi, co w konsekwencji stanowi zachętę do
ich całkowicie instrumentalnego traktowania, a granica tego, co
można w ramach takiego postępowania z nimi uczynić, cały czas niebezpiecznie
się przesuwa i zaczyna obejmować obszary, które jeszcze parę lat
temu uważane były za nietykalne.
3. Zacznę od sprawy, która od pewnego czasu coraz
częściej daje o sobie znać w czasopismach (ale także w audycjach
radiowych i telewizyjnych, zwłaszcza w stacjach komercyjnych). Chodzi
o różnego rodzaju ocenianie, rankingowanie, nominowanie i decydowanie,
co jest "na topie, a co passé, co "trendy", "cool",
"spoko" i "w porzo", co zaś przebrzmiało i musi
odejść w niebyt - na zawsze lub do następnego sezonu . To nic nowego
- zakrzyknie ktoś przytomny - tak było zawsze. To prawda, że popkultura
od niemal pół wieku zdominowana jest przez różnego rodzaju listy
i rankingi. Można by nawet powiedzieć, że w miejsce dekalogu popkultura
oferuje swemu adeptowi "top ten", a więc uniwersalny spis
dziesięciu obiektów, osób, przepisów, strategii - z jakichś powodów
ekscytujących, modnych, najczęściej kupowanych, najbardziej godnych
zapamiętania, admirowania, stosowania. Lista ta ma stanowić nieomylny
drogowskaz na każdą okazję i remedium na wszystkie niedogodności
naszego nieszczęsnego żywota na tym padole łez . Mamy więc dziesięciu
najbardziej wpływowych biznesmenów na świecie (i od razu wiadomo,
z kim robić interesy), dziesięć najbardziej seksownych pocałunków
w filmach z zeszłego sezonu (i jasne już jak to robić z Karoliną),
dziesięć najmodniejszych klubów do których koniecznie musisz zawitać,
czy dziesięć najlepszych sposobów na zdobycie i utrzymanie pracy
(więc dureń jesteś, jeśliś nadal bezrobotny). Wszystko jednak wskazuje
na to, że takie - w gruncie rzeczy dobrotliwe - listy należą już
do przeszłości. Dobrotliwe, bo cóż by mi szkodziło przeczytać na
ten przykład książkę, która przedstawia nawet już nie dziesięć,
ale sto najlepszych płyt psychodelicznych w historii rocka? Toż
to niemal bezinteresowna informacja, nieszkodząca nikomu. Na jej
podstawie mogę choćby dowiedzieć się, co znam, a czego jeszcze nie
słuchałem. Jednak w dzisiejszych "listach przebojów" nie
chodzi już tylko o kreowanie zwycięzców, ale także o piętnowanie
pokonanych. To drugie nawet często staje się ważniejsze. Moloch
najwyraźniej nie zadawala się objawami kultu, pragnie jeszcze ofiar
i krwi. Tak więc - to wersja łagodna tego procederu - czasopismo
X nie tylko premiuje zdjęciem i notką trzy osoby, którym się aktualnie
wiedzie, a więc zwyżkują w rankingach (popularności? medialności?
kariery?), ale równocześnie zamieszcza zdjęcie i notkę na temat
osoby, która właśnie z jakichś powodów upada i - jak się zdaje -
ma być to rodzaj napiętnowania czy ostracyzmu. Pani, nazwijmy ją
X, w jednym z czasopism kobiecych przez długi czas prowadziła rubrykę,
w której ze swadą opiniowała i wyjaśniała ciemnej gawiedzi, co jest
aktualnie "hot", a co jest "not". Wyjaśniam,
że "hot" oznacza coś, o co warto się zabijać lub ewentualnie
zabić kogoś innego. Zaś "not", to coś, czemu pani X pokazała
"czerwoną kartkę". Gdybyż to tylko było "coś".
Ale - o horribile visu! - okazuje się, że "not"
może być również znana osoba. Bo się przejadła, znudziła, przestała
być modna - nieważne w końcu dlaczego. Bo na przykład jeździ nadal
górskim rowerem zamiast zalecanym modelem holenderskim (niewybaczalne!).
Ważne, że zainteresowanie nią, przyznawanie się do lubienia jej
nie są już na czasie. Bowiem osoba - niczym potrawa, firma produkująca
torebki czy drink - wypadła z obiegu. Być może na sezon, być może
na zawsze. Jej pięć minut dobiegło końca i nikt nie może tego zakwestionować,
bo pani X (i ci, którzy jej płacą) wydali werdykt. Roma locuta
causa finita. Co ewentualnie czuje i myśli taka "zdyskwalifikowana"
osoba? Czy podziela obiegową opinię: "nieważne, czy dobrze,
czy źle, byle o mnie pisali"? Tego się już najczęściej nie
dowiadujemy. Wykluczenie oznacza bowiem zazwyczaj także odebranie
prawa głosu.
Powie ktoś: to przecież w gruncie rzeczy zabawa, coś do nieuważnego
poczytania na plaży, błahostka, która pozwala uczestniczyć w życiu
"towarzyskiej śmietanki". Nie da się jednak zaprzeczyć,
że - przynajmniej na poziomie dyskursu - osoba oceniona w taki sposób
staje się całkowicie uprzedmiotowiona, czy raczej ugadżetowiona,
bo horyzontalnie wkomponowana pomiędzy sportowe propozycje pumy
a buty dolce&gabana, przed torebkami od prady, ale już w tyle
za holenderskimi rowerami. Co szczególnie istotne, tego rodzaju
wykluczenia nie wiążą się zazwyczaj z jakimiś nagannymi, nieetycznymi
czy przestępczymi czynami piętnowanej osoby: ona zostaje wykluczona
dlatego tylko, że robi coś, co nie się podoba komuś, kto o niej
pisze. I tyle. Takim spadającym kimś może być słynny aferzysta,
ale może też być, ot tak po prostu Zbigniew Hołdys. Zawsze w takich
sytuacjach zastanawiam się, czy właśnie pod wpływem takiego tekstu
nie zostaje on zagrożony utratą swojej pracy w MTV. Bo szef przyjdzie
i powie: "Słuchaj, stary, tu napisali, że jesteś do bani i
nie na czasie, z tego powodu twoja oglądalność katastrofalnie spada
i reklamodawcy nie chcą dawać kasy. Więc sorry, Zbysiu,
ale hasta la vista."
1 /
2/
3 / następna
strona »
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |