Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MARZEC 2004, NUMER 586

Strona główna

Popkultura


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Temat miesiąca

                

            Trzecia Rzesza Popkultury

Bartłomiej Dobroczyński

Jeśli coś napawa cię obrzydzeniem,
powinieneś przynajmniej poznać to,
czego się brzydzisz,
abyś mógł unikać tego w przyszłości
.
Frank Zappa

1. Artykuł niniejszy traktuje o niepokojących zjawiskach i praktykach coraz wyraźniej obecnych we współczesnej kulturze masowej. Jako że jawi się ona teraz jako nieomal jedyna łatwo dostępna pożywka dla duszy, zaś jej podaż dzięki mass mediom stale rośnie, jest to w pewnym sensie artykuł o tym, co niepostrzeżenie zaczyna nadawać ton naszej codziennej egzystencji - tak prywatnej, jak publicznej. Tekst jest momentami napisany w nieco szyderczym tonie zgodnie z zasadą - tak udatnie wykorzystywaną w arcydziełach literatury rosyjskiej XX wieku - "o rzeczach wesołych na poważnie, o rzeczach poważnych na wesoło". A sprawa jest nie tylko poważna, ale wręcz złowroga, choć jakoś nie słychać zbiorowych wyrazów społecznego zaniepokojenia. Być może jednak to, o czym chcę napisać, to tylko przelotne tendencje, które zostaną szybko skorygowane, a ja niepotrzebnie rozsiewam miazmaty kasandrycznego defetyzmu. Bardzo bym sobie życzył, by tak było.
Od razu zaznaczę, że nie mam żadnych cudownych recept na zaistniałą sytuację. W niniejszym "wołaniu na puszczy" zamierzam się zająć wyłącznie diagnozą, a więc konstatacją pewnego stanu rzeczy.

2. Liczba negatywnych zjawisk kulturowych narasta ostatnio w tempie wręcz zawrotnym, co nierzadko wpędza nas w stan intelektualnej bezradności, gdy pojawia się konieczność ich oceny. Szczególnie konfundująca jest sytuacja, gdy intuicja podpowiada nam, że coś jest rzeczywiście groźne i niepożądane - ale równocześnie w niczym nie narusza obowiązującego prawa. Wtedy najczęściej przywołujemy na pomoc wysoce problematyczne, a przy tym nieskuteczne argumenty o charakterze uczuciowo-subiektywnym. Odwołujemy się więc do dobrego smaku, tradycji i właściwego wychowania. Stwierdzamy też nader ogólnikowo rozumiany upadek wartości. Skarżymy się na wszechobecność chamstwa, mówimy o zalewie przemocy i dehumanizującego seksualizmu w mediach oraz o tym, że kulturę zdominowały tematy trywialne, drugorzędne i pozorne. Lamentujemy, iż w telewizji programy rozrywkowe i filmy są głupie i urągają wrażliwości oraz inteligencji widzów. Wtedy zdrową reakcją krytykowanego bywa najczęściej riposta: "nie musisz kupować pornografii, nie musisz oglądać >>Big Brothera<<, nie musisz czytać brukowców, nie musisz brać udziału w programie pani X". A więc, stawiając sprawę ogólnie: "nie możesz mnie krytykować, bo albo wszystko, co budzi twój sprzeciw, rozgrywa się za przyzwoleniem - a często i aprobatą - uczestniczących osób, albo też łatwo możesz tego uniknąć, bo nikt nie zmusza cię do współuczestnictwa". Chcę zatem wykazać, że choć rzeczywiście nikt mnie do niczego nie zmusza - to nie mogę sobie pozwolić na obojętność, bo bezkarne rozpowszechnianie się niektórych zjawisk kulturowych skutecznie wbudowuje w tkankę społeczną pewne postawy i przekonania, które wtórnie mogą być niebezpieczne i na dłuższą metę bardzo szkodliwe.
Mówiąc wprost, chcę postąpić analogicznie, jak w następującym rozumowaniu: można wykazać, że rozpowszechniająca się - i na pozór najzupełniej niewinna - wiara w horoskopy jest potencjalnie niebezpieczna. Dzieje się zaś tak nie dlatego, że horoskopy są sprzeczne z prawem, czy że ktoś jest w jakiś sposób zmuszany do "obcowania" z nimi, bo to nieprawda, ale dlatego, że w następstwie swego rozpowszechnienia i oddziaływania zaczynają być naturalnym elementem obowiązującego światopoglądu. Wtedy już możemy mieć trudności z uniknięciem konsekwencji wiary w horoskopy, zwłaszcza gdy na przykład okaże się, że ktoś, od kogo zależy nasz los, uzna, iż skoro one - zgodnie z owym powszechnym przekonaniem właśnie - diagnozują cechy osobowości i charakteru, można na ich podstawie oceniać przydatność ludzi do różnych dziedzin życia. Znane są przecież nie tylko przypadki opartego na tej zasadzie kojarzenia się par czy wybierania sobie przyjaciół zgodnie z kodem zodiakalnym, ale i przykłady tak przeprowadzanej selekcji pracowników lub kontrahentów - jedno z brytyjskich towarzystw ubezpieczeniowych zażądało od klientów urodzonych pod znakiem Bliźniąt składki o podwojonej wysokości (dyskryminacja owa, przez analogię do seksizmu, mogłaby się nazywać np. geminizmem, czy ogólniej: astrologizmem). I to już nie jest sprawa prywatna - gustów czy smaku - ale rzecz o nieco poważniejszym ciężarze gatunkowym.
Jeśli ktoś uważa, że takie praktyki mu nie przeszkadzają ani w niczym nie ograniczają jego wolności czy równości wobec prawa, może oczywiście w tym momencie przestać czytać ten tekst. Podejrzewam jednak, że sporo ludzi nawet nie wie, że opisane poniżej zjawiska w ogóle występują. Właśnie dlatego chcę w moim artykule zademonstrować, w jaki sposób narastający "terror bycia trendy" oraz rozpowszechniony handel prywatnością (a zwłaszcza taka jego odmiana, którą określiłbym jako sprzedaż "relacji z innymi ludźmi") podstępnie, bo w przebraniu zjawisk nieważnych, drugorzędnych, z zakresu niewinnej rozrywki - zagrażają naszej wolności, podmiotowości i prawom jednostki. Co gorsza, oba te zjawiska uprawomocniają pewien sposób uprzedmiotowującego postrzegania innych ludzi, co w konsekwencji stanowi zachętę do ich całkowicie instrumentalnego traktowania, a granica tego, co można w ramach takiego postępowania z nimi uczynić, cały czas niebezpiecznie się przesuwa i zaczyna obejmować obszary, które jeszcze parę lat temu uważane były za nietykalne.

3. Zacznę od sprawy, która od pewnego czasu coraz częściej daje o sobie znać w czasopismach (ale także w audycjach radiowych i telewizyjnych, zwłaszcza w stacjach komercyjnych). Chodzi o różnego rodzaju ocenianie, rankingowanie, nominowanie i decydowanie, co jest "na topie“, a co passé, co "trendy", "cool", "spoko" i "w porzo", co zaś przebrzmiało i musi odejść w niebyt - na zawsze lub do następnego sezonu . To nic nowego - zakrzyknie ktoś przytomny - tak było zawsze. To prawda, że popkultura od niemal pół wieku zdominowana jest przez różnego rodzaju listy i rankingi. Można by nawet powiedzieć, że w miejsce dekalogu popkultura oferuje swemu adeptowi "top ten", a więc uniwersalny spis dziesięciu obiektów, osób, przepisów, strategii - z jakichś powodów ekscytujących, modnych, najczęściej kupowanych, najbardziej godnych zapamiętania, admirowania, stosowania. Lista ta ma stanowić nieomylny drogowskaz na każdą okazję i remedium na wszystkie niedogodności naszego nieszczęsnego żywota na tym padole łez . Mamy więc dziesięciu najbardziej wpływowych biznesmenów na świecie (i od razu wiadomo, z kim robić interesy), dziesięć najbardziej seksownych pocałunków w filmach z zeszłego sezonu (i jasne już jak to robić z Karoliną), dziesięć najmodniejszych klubów do których koniecznie musisz zawitać, czy dziesięć najlepszych sposobów na zdobycie i utrzymanie pracy (więc dureń jesteś, jeśliś nadal bezrobotny). Wszystko jednak wskazuje na to, że takie - w gruncie rzeczy dobrotliwe - listy należą już do przeszłości. Dobrotliwe, bo cóż by mi szkodziło przeczytać na ten przykład książkę, która przedstawia nawet już nie dziesięć, ale sto najlepszych płyt psychodelicznych w historii rocka? Toż to niemal bezinteresowna informacja, nieszkodząca nikomu. Na jej podstawie mogę choćby dowiedzieć się, co znam, a czego jeszcze nie słuchałem. Jednak w dzisiejszych "listach przebojów" nie chodzi już tylko o kreowanie zwycięzców, ale także o piętnowanie pokonanych. To drugie nawet często staje się ważniejsze. Moloch najwyraźniej nie zadawala się objawami kultu, pragnie jeszcze ofiar i krwi. Tak więc - to wersja łagodna tego procederu - czasopismo X nie tylko premiuje zdjęciem i notką trzy osoby, którym się aktualnie wiedzie, a więc zwyżkują w rankingach (popularności? medialności? kariery?), ale równocześnie zamieszcza zdjęcie i notkę na temat osoby, która właśnie z jakichś powodów upada i - jak się zdaje - ma być to rodzaj napiętnowania czy ostracyzmu. Pani, nazwijmy ją X, w jednym z czasopism kobiecych przez długi czas prowadziła rubrykę, w której ze swadą opiniowała i wyjaśniała ciemnej gawiedzi, co jest aktualnie "hot", a co jest "not". Wyjaśniam, że "hot" oznacza coś, o co warto się zabijać lub ewentualnie zabić kogoś innego. Zaś "not", to coś, czemu pani X pokazała "czerwoną kartkę". Gdybyż to tylko było "coś". Ale - o horribile visu! - okazuje się, że "not" może być również znana osoba. Bo się przejadła, znudziła, przestała być modna - nieważne w końcu dlaczego. Bo na przykład jeździ nadal górskim rowerem zamiast zalecanym modelem holenderskim (niewybaczalne!). Ważne, że zainteresowanie nią, przyznawanie się do lubienia jej nie są już na czasie. Bowiem osoba - niczym potrawa, firma produkująca torebki czy drink - wypadła z obiegu. Być może na sezon, być może na zawsze. Jej pięć minut dobiegło końca i nikt nie może tego zakwestionować, bo pani X (i ci, którzy jej płacą) wydali werdykt. Roma locuta causa finita. Co ewentualnie czuje i myśli taka "zdyskwalifikowana" osoba? Czy podziela obiegową opinię: "nieważne, czy dobrze, czy źle, byle o mnie pisali"? Tego się już najczęściej nie dowiadujemy. Wykluczenie oznacza bowiem zazwyczaj także odebranie prawa głosu.
Powie ktoś: to przecież w gruncie rzeczy zabawa, coś do nieuważnego poczytania na plaży, błahostka, która pozwala uczestniczyć w życiu "towarzyskiej śmietanki". Nie da się jednak zaprzeczyć, że - przynajmniej na poziomie dyskursu - osoba oceniona w taki sposób staje się całkowicie uprzedmiotowiona, czy raczej ugadżetowiona, bo horyzontalnie wkomponowana pomiędzy sportowe propozycje pumy a buty dolce&gabana, przed torebkami od prady, ale już w tyle za holenderskimi rowerami. Co szczególnie istotne, tego rodzaju wykluczenia nie wiążą się zazwyczaj z jakimiś nagannymi, nieetycznymi czy przestępczymi czynami piętnowanej osoby: ona zostaje wykluczona dlatego tylko, że robi coś, co nie się podoba komuś, kto o niej pisze. I tyle. Takim spadającym kimś może być słynny aferzysta, ale może też być, ot tak po prostu Zbigniew Hołdys. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się, czy właśnie pod wpływem takiego tekstu nie zostaje on zagrożony utratą swojej pracy w MTV. Bo szef przyjdzie i powie: "Słuchaj, stary, tu napisali, że jesteś do bani i nie na czasie, z tego powodu twoja oglądalność katastrofalnie spada i reklamodawcy nie chcą dawać kasy. Więc sorry, Zbysiu, ale hasta la vista."

 

 1 /   2/   3 / następna strona »

 

Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona administrowana przez: Akrateia Inc.