|
Diagnozy
Nisza dla jakości
Tadeusz Lubelski
Jakie miejsce zajmuje dziś w kulturze polskiej kino? Czy odzyskało swoją wyrazistość i estetyczną autonomię? Czy jest szansa, by znów zdobyło taką rangę artystyczną, jaką miało choćby w latach siedemdziesiątych?
Tradycyjne narzekania na polskie kino nasiliły się w ostatnich sezonach. Po pierwsze dlatego, że nasze nowe filmy nie przebijają się do świata. Żale potęgują się zwykle na wiosnę, kiedy dowiadujemy się, że znów nie zakwalifikowano żadnego naszego filmu na festiwal w Cannes. Ostatnio wprawdzie Pornografia Jana Jakuba Kolskiego znalazła się w konkursie weneckim - i tak jednak rozległy się głosy rozczarowania, że nie dostała tam żadnej nagrody. Jesienią, z okazji festiwalu w Gdyni, zauważono, że również podbój krajowej widowni nie udaje się filmowcom. Przed rokiem pojawiły się sugestie, że dzieje się tak z winy "baronów", którzy zawłaszczają wielkie pieniądze na superprodukcje, uniemożliwiając debiuty młodym zdolnym. Co jakiś czas wreszcie odzywa się lament z powodu zamykania starych sal kinowych, przegrywających na rynku z multipleksami. W Krakowie na przykład, gdzie w ciągu dwóch kolejnych sezonów zamknięto dwa najstarsze i kwitnące do niedawna kina - "Wandę" i "Uciechę" - dyskutowano ostatnio, co zrobić, by ocalić przynajmniej pozostałe.
Z wszystkich tych sporów przebija - i słusznie - opinia o naszej wspólnej cząstce odpowiedzialności za taki stan rzeczy. Nie zdołaliśmy wszak - po politycznym przeobrażeniu - dopracować się systemu, który sprzyjałby pełnemu uzdrowieniu kinematografii. Wzory zachodnie tymczasem pouczają, że jej zdrowie także w zmienionych warunkach cywilizacyjnych wciąż jest możliwe. Nie znaczy to oczywiście, by możliwy był powrót do dawnego "kina Paradiso", gdzie - w wypełnionej po brzegi sali - wielka widownia przeżywa co wieczór wspólne uniesienia. To się skończyło: z filmów korzysta się dziś inaczej, radykalnie zróżnicowały się obiegi odbiorcze. Może więc przypomnienie, na czym to zróżnicowanie polega, ułatwi szukanie odpowiedzi na pytania postawione na wstępie.
Ryzykując uproszczenie, można powiedzieć, że mamy dziś do czynienia z czterema głównymi obiegami filmów: kinowym, festiwalowo-studyjnym, telewizyjnym i wideo. Gdyby użyć modnej pary terminów krytycznofilmowych, można by powiedzieć, że ów pierwszy, kinowy obieg pokrywa się mniej więcej z tzw. "kinem głównego nurtu"; drugi - z rozmaitymi "niszami", w których każdy ambitny filmowiec szuka dziś swojej, pokrewnej własnym upodobaniom publiczności. Reguły "kina głównego nurtu" narzucają od lat wielkie amerykańskie wytwórnie, co jakiś czas wszakże udaje się trafić do tego obiegu jakiemuś artyście z innego kręgu kultury. Trzeba też pamiętać, że poza globalnym "głównym nurtem" w różnych krajach istnieje też zapotrzebowanie na lokalny "główny nurt"; duża publiczność czeka na ogół na własne wersje "kina gatunków" formułowane w idiomie swojej kultury, choćby nie miały one wielkich szans na zaistnienie gdziekolwiek indziej. Obieg, który nazywam "festiwalowo-studyjnym", powinien być szerszy - ożywienie naszej widowni z okazji takich zdarzeń, jak letnie Nowe Horyzonty w Cieszynie czy październikowy Warszawski Festiwal Filmowy przypomina, że i u nas istnieje publiczność spragniona filmów dla siebie. W normalnych, zdrowych warunkach powinna ona jednak na co dzień wypełniać te "małe kina", o których trwałość upominali się ostatnio krakowscy dyskutanci. Warto przy tym pamiętać, że na obrzeżach widowni "głównego nurtu" mieszczą się potencjalni widzowie obiegu "niszowego" oraz że publiczność niszowa też lubi czasem obejrzeć coś wartościowego na największym ekranie.
Dwa pozostałe obiegi są z natury rzeczy bardziej jeszcze zróżnicowane. Zwłaszcza obieg wideo: tu na jednym biegunie są widzowie najbardziej leniwi, którzy dla kina nie mają cierpliwości, przyzwyczajeni do oglądania "na szybko" rozmaitego chłamu; na drugim - wykwintni miłośnicy arcydzieł, których gustu kino dzisiejsze nie zadowala, oglądający co jakiś czas w domu Felliniego czy Bergmana. Bardziej określona jest widownia telewizyjna, która coraz rzadziej wybiera dziś filmy fabularne, faworyzując telenowele i seriale, a także trudno dostępne gdzie indziej dokumenty.
Jak rysuje się udział polskich filmów na tak nakreślonej odbiorczej mapie i co jest jeszcze w tej mierze do zrobienia? Zacznijmy od końca, bo tu o diagnozę najłatwiej. Jak wiadomo, w obiegu wideo ukształtowała się u nas nowa hierarchia ocen, odmienna od tradycyjnych historycznofilmowych rankingów: najwyżej cenieni są autorzy "kultowi" - Bareja i Machulski, Rejs Piwowskiego i Sami swoi Chęcińskiego. Myślę jednak, że nie dość dużo robimy dla popularyzacji swojej filmowej klasyki. Niedawno na jednej z prywatnych uczelni w Warszawie pokazywałem studentom kulturoznawstwa fragment Eroiki Munka. W dwudziestokilkuosobowej grupie ani jedna osoba nie widziała dotąd tego filmu! Byli zachwyceni i pytali, gdzie go mogą zobaczyć. Za rzadko chyba uświadamiamy widzom, że nie tylko "Polak w nas", ale i "człowiek w nas" może liczyć przy oglądaniu tych filmów na swoją satysfakcję. Z największą wdzięcznością witam wobec tego takie wydarzenie na rynku wideo, jak pojawienie się nowej edycji Dekalogu Kieślowskiego (z dyskusjami fachowców po każdym odcinku).
O potencjale technicznym polskiej kinematografii świadczy fakt, iż tak wiele powstaje telenowel i że najlepsze z nich co najmniej nie przegrywają w konkurencji z zagranicznymi. Zaraz jednak trzeba dodać, że do zadań telewizji publicznej należy produkowanie dzieł możliwie najwartościowszych i pełne wykorzystywanie drzemiącego w krajowych artystach potencjału. O tym, że oni sami rozumieją wagę medium telewizyjnego, świadczy powodzenie takich przedsięwzięć, jak Bigda idzie! Andrzeja Wajdy albo świetny cykl Święta polskie, którego większość odcinków idealnie przystaje do specyfiki telewizyjnego medium. Tego rodzaju projektów realizuje się w naszej telewizji stanowczo za mało. Żałować także wypada, że nie wykorzystano ogromnego powodzenia "dokumentów codzienności", jakie pojawiły się w telewizji przed kilku laty, i że ten rodzaj twórczości nie rozwija się w pełni. Sukces wyprodukowanego przez Pawła Łozińskiego cyklu Nasz spis powszechny (jeden z filmów tego cyklu, Kraj urodzenia Jacka Bławuta, zwyciężył na ostatnim festiwalu krakowskim) podpowiada najwłaściwszy kierunek poszukiwań. W telewizyjnym programie powinno się znaleźć miejsce i dla takiego filmu jak Takiego pięknego syna urodziłam Marcina Koszałki i takiego jak Film życia - Paweł i Ewa Michała Rogalskiego (byle zawierały w sobie podobny ładunek prawdy).
Wszakże najżywsze tętno kina bije gdzie indziej: na przecięciu "głównego nurtu" i "obiegu niszowego". Niestety właśnie na tym decydującym obszarze popełniono u nas w ostatnich latach najwięcej błędów. Jeśli uświadomimy sobie, że jedyny film polskiego reżysera, jaki w ostatnich niespełna dwóch dekadach zaistniał wyraźnie w "głównym nurcie" kina światowego to Pianista Romana Polańskiego, zaś w "głównym nurcie" kina krajowego pojawiły się jeszcze w tym czasie dwa może utwory rzeczywiście wartościowe - Pan Tadeusz Andrzeja Wajdy i Dług Krzysztofa Krauzego, to wypada stwierdzić, że to i tak niezły wynik. Pomyłką okazało się natomiast stawianie na ów "główny nurt" jako na domenę, w której kino polskie powinno się spełniać. Niepowodzenie wszystkich od czasu Psów filmów Władysława Pasikowskiego oraz rosnące rozczarowanie, jakie przynosiły następne po Panu Tadeuszu "kasowe" adaptacje, pouczają, że szansą polskiego kina nie jest ani amerykanizacja, ani droga lektur szkolnych. Nie oznacza to, żeby nasza kinematografia nie mogła sobie od czasu do czasu pozwolić na porządny film gatunkowy albo na duże widowisko. Do stworzenia niektórych jest nawet zobowiązana. Z jednakową nadzieją oczekuję na film o zbrodni katyńskiej, jaki przygotowuje Andrzej Wajda, jak i na ten, o którego realizacji myśli Robert Gliński (powinny się znaleźć środki nawet na obydwa, jeśli obydwa będą rokować nadzieję na artystyczną prawdę). Chodzi mi jednak o co innego: powołaniem naszej kinematografii średniej wielkości, ale o ogromnych artystycznych tradycjach, nie jest zdobywanie dzisiejszej masowej widowni. Jej powołaniem jest szukanie oddanych widzów wśród tych miłośników, którzy pasjonują się dziś Jarmuschem, Almodóvarem, von Trierem i ciągle jeszcze Kieślowskim, a którzy do swego własnego kina odnoszą się wciąż nieufnie, bojąc się jego nieautentyczności.
Myślę, że taka szansa istnieje, a nawet jesteśmy całkiem blisko jej realizacji. Przy czym spór o polskie kino nie powinien być sporem pokoleniowym, ale sporem o jakość. Atak nie w "baronów" powinien być wymierzony, a w nieautentyczność i tandetę. Ubolewam, że nie udało się doprowadzić do realizacji pięknego i bardzo "młodzieńczego" scenariusza Dziewczyna z wystawy autorstwa siedemdziesięciokilkulatka Stanisława Różewicza, wyłożono zaś środki na nakręcenie fatalnego Billboardu debiutanta Łukasza Zadrzyńskiego. Z równie dobrą wolą kibicuję konsekwentnym zmaganiom z tematem współczesnym, które podejmuje pięćdziesięciolatek Jerzy Stuhr, co pokoleniowym wypowiedziom trzydziestolatka Łukasza Barczyka. Byle tylko nasza kinematografia dopuściła wreszcie do głosu tych, którzy mają coś do powiedzenia, a nauczyła się odrzucać tych, którzy fałszują. Nawet na "amerykanizację" się zgodzę, jeśli modelem, o którym myśli debiutant, będą nie krwawe jatki, a Jarmusch jak w Zmruż oczy Andrzeja Jakimowskiego. Kino widowiskowe? Jak najchętniej, jeśli efektem staną się takie obrazy, jakie wykreował Krzysztof Ptak w Edim Piotra Trzaskalskiego. Kino lektur? Proszę bardzo, jeśli zapomnimy o nowej ekranizacji Krzyżaków, a dopuścimy na ekran taką lekturę Sonetów krymskich, jaką zaproponował Marek Koterski w Dniu świra!
TADEUSZ LUBELSKI, ur. 1949, prof. dr hab. w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ. Ostatnio wydał: Nowa Fala. O pewnej przygodzie kina francuskiego (2000). Właśnie ukazała się Encyklopedia kina (2003) pod jego redakcją.
POCZĄTEK
STRONY |