Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LISTOPAD 2003 NUMER 582



Miesięcznik Znak, nr 582

Nasze złe emocje

 


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

 

Temat miesiąca

W czterech ścianach naszych lęków

Z Bogdanem de Barbaro rozmawia Krystyna Strączek


Tylko w cudzysłowie

Czy istnieje coś takiego jak złe emocje?

BOGDAN DE BARBARO: W mowie potocznej etykietkę "złej emocji" naklejamy, na przykład, na irytację i gniew. W terapii jednak określenie "złe emocje" jest nieużyteczne. Ja traktuję je jako ważny sygnał tego, co człowiek przeżywa. Zastanawiam się, czy dana emocja rani drugiego człowieka i czy rana ta wywołuje kolejną "złą" - cudzysłów jest tutaj istotny - emocję. W takich przypadkach dochodzi do błędnego koła zranień: ktoś, kto na przykład traktowany jest jak powietrze wybucha gniewem, na co partner reaguje płaczem. Z kolei pierwsza osoba nie toleruje płaczu, bo sama czuje się pokrzywdzona, i odpowiada gniewem. I tak dalej. Negatywny więc byłby dopiero skutek raniący. "Złe" emocje - choćby zazdrość - mogą też niszczyć tego, kto ich doświadcza.

Jeszcze inaczej można by odpowiedzieć tak: emocje określimy jako negatywne wtedy, gdy wchodzą w konflikt z wartościami, które cenimy. Jeśli cenimy rozwój, "negatywną" emocją okazać się może destruktywny lęk.

Można więc powiedzieć, że negatywne emocje zyskują znak ujemny w działaniu, w zależności od tego, na jaki czyn je przekujemy?

Możemy się tak umówić. Ale terapeuci unikają takich terminów, ponieważ oceniając, utrudniamy sobie i naszym klientom nawiązanie związku terapeutycznego. Jedno z najważniejszych zadań terapeuty polega na tym, żeby być zaciekawionym, paradoksalnie: nie wiedzieć. Jeśli wydaje mi się, że kogoś całkowicie rozumiem, powinno mnie to raczej zaniepokoić - pewność prowadzi do utraty wnikliwości. Mówimy: każdą swoją hipotezę musisz, będąc terapeutą, umieć zakwestionować.

Jednak powiedział Pan wcześniej, że nasze subiektywnie "słuszne" emocje mogą stawać się "złe", ponieważ ranią drugiego człowieka. Kiedy rani wspomniany już gniew?

Wszystko zależy od tego, jak komunikuję swoją złość. Mogę powiedzieć: "Gniewa mnie, że po raz piąty w ciągu miesiąca spóźniłaś się na spotkanie. Kiedy to robisz, czuję się nieszanowany". Ale o tym samym mogę też zakomunikować w następujący sposób: "Jesteś do niczego. Wszystko psujesz". Takie niesprawiedliwe uogólnienie nie zostanie jednak odebrane pozytywnie. Mogę wreszcie cisnąć ciężkim przedmiotem w kogoś, kto się spóźnił. Terapeuci uczą stosowania pierwszego z tych sposobów wyrażania uczuć. Umiejętność wyrażania "negatywnej" emocji tak, by z tego wynikało coś dobrego - na przykład większe otwarcie emocjonalne albo korekta zachowania - jest niezwykle istotna dla efektywności dialogu, w ogóle - dla bycia razem.

Zresztą, nawet Chrystus się gniewał, więc o tej emocji nie możemy złego słowa powiedzieć...

A zazdrość? Choćby między rodzeństwem...

Można sobie wyobrazić, że zazdrość wywołuje rywalizację, a ta z kolei prowadzi do rozwoju, sukcesu. Starsza siostra, żeby zaskarbić sobie miłość rodziców, przynosi ze szkoły same piątki, interesuje się historią wojen średniowiecznych. W efekcie wyrasta z niej znakomity naukowiec (czasem takie postępowanie może okazać się też pułapką, jeśli ta osoba poprzestanie na zaskarbianiu sobie miłości innych, bez dbania o swoje potrzeby). A jej ambicje zrodziły się z zazdrości. Tę emocję nazwałbym zresztą kuzynką miłości, więc choćby z tego powodu zasługuje ona na zrozumienie. Faktem jednak jest, że zazdrość czy rywalizacja bywają destruktywne, chociażby wtedy, gdy stają się osią życia...

A co z nienawiścią?

Kiedy byłem w Izraelu, rozmawiałem z kilkoma intelektualistami izraelskimi. Oni stwierdzili, że najcięższy zarzut, jaki stawiają Palestyńczykom, to ten, iż zostali przez nich zarażeni nienawiścią. Nienawiść bowiem to coś więcej niż emocja, to uczucie z całą pewnością toksyczne: rozprzestrzenia się niczym zarazek. Ogromną sztuką i cnotą jest nie dać się nią zarazić.

Oczywiście, w przypadku nienawiści rodzinnej wcale nie musi dochodzić do rękoczynów. Co więcej, znam mnóstwo ludzi, którzy nienawidzą, sami o tym nie wiedząc. Cały dramat polega na tym, iż w przypadku relacji rodzinnych znajdujemy się jakby w pomieszczeniu bez drzwi, skąd nie ma ucieczki. Więzy rodzinne są niesłychanie silne, także wtedy gdy nie są wyrażane bezpośrednio. Niektóre relacje między rodzicem a dzieckiem można by opisać tak: jedna ręka trzyma dziecko w uścisku miłosnym, druga zadaje cierpienie. Tego typu sytuacja może okaleczyć na całe życie.

Czy usprawiedliwiłby Pan nienawiść dziecka do rodzica, który je krzywdzi?

Pani wciąż zaprasza mnie do oceny emocji, a terapeuci są w tej komfortowej sytuacji, że nie oceniają. Przyglądają się interakcjom, obserwują skutki, szukają źródeł. Mój instynkt podpowiada mi raczej, co robić, gdy pojawiają się uczucia, o których mówimy.

Nie wchodząc w moralny osąd, odpowiem więc: ważna jest i przyczyna i skutek pojawienia się nienawiści. Może ona być uczuciem konstruktywnym, jeśli okaże się impulsem do wizyty u terapeuty czy w ośrodku interwencji kryzysowej. Natomiast przystąpienie do walki, która zakończy się zniszczeniem siebie i przeciwnika, to rozwiązanie destruktywne. Podobnie jak unikanie walki, prowadzące do autodestrukcji - bo gdy nie ośmielamy się adresować swej nienawiści na zewnątrz, istnieje zagrożenie, że znienawidzimy samych siebie.

Jednak w pewnych sytuacjach nawet terapeuta ma przecież obowiązek powiedzieć wyraźnie: "postępujesz źle".

Oczywiście, neutralność terapeuty ma pewne granice. Jeśli jestem świadkiem przemocy, nie mogę pozostać obiektywnym obserwatorem. Muszę stwierdzić: "Tak nie wolno. Nie zgadzam się". Gdy czyny pacjentów łamią kodeks karny, mam prawo oświadczyć im, że nie godzę się być biernym uczestnikiem przestępstwa. Gdy mają miejsce przypadki choćby wykorzystywania seksualnego dzieci, terapeuta jest zobowiązany zgłosić to do prokuratury. Obowiązkiem lekarza jest wtedy przestać pomagać dorosłemu i zacząć chronić dziecko przed jego atakami.

W takim razie spytam inaczej: kiedy lęk, gniew, zazdrość czy irytacja stają się anomalią, złym sygnałem?

Jeśli w gabinecie terapeutycznym ktoś opowiada, że na widok młodszego rodzeństwa dostawał ataków płaczu, komentuję to i tłumaczę mu, że jego obawa o utratę miłości rodziców była naturalna. Z tego punktu widzenia emocje objawiające się, powiedzmy, poszturchiwaniem młodszego brata zasługują na zrozumienie jako wynikające z naszej psychicznej natury. Prawdziwy kłopot pojawia się wtedy, gdy ten typ emocjonalnej reakcji utrwala się i zaczyna być uczuciowym stylem bycia: wówczas z zasady nie lubimy ludzi i traktujemy ich jak wrogów. Doświadczenie z dzieciństwa rozpanoszyło się w człowieku do tego stopnia, że ufundowało postawę: "ludziom nie można ufać" albo "jeśli nie użyjesz siły, przegrasz". Rozmaite tego rodzaju formuły mogą się w nas umocnić i stają się tytułem naszej wewnętrznej opowieści.

Tworzymy w ten sposób pewne schematy emocjonalne.

Co gorsza, schematy emocjonalno-poznawcze. W takim przypadku, niestety, mamy w sobie nie tylko schemat reakcji, ale negatywne nastawienie i odbiór innych. Zanim dobrze poznam drugiego człowieka, już zakładam, że źle mi życzy, i by się obronić, używam przemocy. Tak powstają uprzedzenia.



Gdybym był filozofem...

Parę lat temu modny był termin "toksyczni rodzice". Czy, Pana zdaniem, toksyczni rodzice istnieją?

Znam pacjentów, którzy są wypisz, wymaluj toksycznymi rodzicami: tworzą właśnie ów wspomniany układ jednoczesnego przyciągania i krzywdzenia. Lecz to pojęcie, rzeczywiście "chwytliwe" i dosyć szeroko rozpowszechnione (zarówno wśród terapeutów, jak i osób spoza tego kręgu), spowodowało pewne szkody. Doprowadziło bowiem do osądów typu: "Moi rodzice zatruli mi życie i są winni moim kłopotom". To pułapka. Po pierwsze, takie przekonanie odbiera młodemu człowiekowi poczucie sprawstwa. Osobiście wierzę, że znacznie lepiej zdoła on poradzić sobie z własnymi problemami, gdy założy, iż jego życie zależy od niego samego. Kategoria "toksycznych rodziców" wprawdzie doraźnie daje pokrzywdzonemu ulgę (myśli on: "moje porażki nie wynikają z mojej winy"), ale na dłuższą metę go osłabia. Po drugie, posługując się tym terminem, zrzucamy całą winę na rodziców, a to wydaje się niesprawiedliwe. Można przecież zauważyć, że oni wychowali dziecko tak, jak sami byli wychowywani i najlepiej jak potrafili. Dopiero takie postawienie sprawy daje pewną szansę na gniew - w pierwszym odruchu - ale później także na zrozumienie, wybaczenie i twórczy dialog.

Staram się nie stosować pojęcia "toksyczni rodzice". Określenie to nie jest mi przydatne jako terapeucie, pojawia się raczej w momentach gniewu i poczucia bezradności. Gdybym miał pomysł, jak pomóc pacjentce, nie nazywałbym jej matki ani jej - osobą toksyczną...

Na czym dokładnie polega proces wielopokoleniowego dziedziczenia wzorców emocjonalnych w rodzinie?

Weźmy przykład rodziny, w której wszyscy mężczyźni są surowi, bo taki w niej obowiązuje wzorzec męskości. Kto ujawnia emocje inne niż gniew, jest słabeuszem. Model ten dziedziczy się społecznie: syn naśladuje ojca, aby zyskać akceptację, jest lojalny względem rodzica, a właściwie - względem rodzinnego wzorca. Sytuacja nie będzie konfliktorodna, gdy ów surowy kawaler spotka pannę wychowaną w podobnej rodzinie. Stworzą układ komplementarny. Taki sam model przekażą swym dzieciom. Kłopot zaczyna się, gdy zejdzie się dwoje ludzi o odmiennym doświadczeniu i wychowanych w odmiennych rodzinach. Jeśli kobieta miała ojca nie uważającego ujawniania emocji za brak męskości, surowość męża będzie odbierała jako brak miłości, nie jako "dziedzictwo".

Mężowi zaś będzie się wydawało, że okazuje żonie miłość w należyty sposób.

Właśnie. Jej pretensje uzna za krzywdzące i niezrozumiałe. Pod warstwą szorstkości rzeczywiście może kryć się miłość do niej, jednak zewnętrzny styl zachowania i komunikacji męża wprowadza w błąd żonę i staje się źródłem problemów. Takie pary często trafiają do terapeutów rodzinnych, będąc na pograniczu rozwodu. Jednocześnie żal im się rozwodzić, gdyż się kochają.

Terapeuci rodzinni starają się w procesie leczenia odkodować tego typu mechanizmy emocjonalne, poznanie takich "ukrytych lojalności" wobec poprzednich pokoleń stanowi klucz do udzielenia pomocy.

A jak konflikty między rodzicami wpływają na dzieci? Rodzice często sądzą, że dzieci nic nie wiedzą o ich problemach.

To naiwne przekonanie, że da się przed dziećmi ukryć kłopoty małżeńskie. Dziecko zwykle wie więcej niż sami rodzice. Nawet jeśli nie jest bezpośrednio niszczone, na konflikty reaguje lękiem przed rozejściem się matki i ojca. Przeżywa ogromny stres, gdy dwa podstawowe źródła poczucia bezpieczeństwa są zagrożone. To tak, jakby mieszkało w domu, który zaczyna nagle drżeć w posadach. Trudno się nie bać. "Złe" emocje, wyrażane w rodzinie bezpośrednio i pośrednio - nawet przez samo milczenie albo brak gestów czułości między rodzicami - dziecko wykrywa jak najczulszy barometr. Co gorsza, dzieci będące w takiej sytuacji czują się odpowiedzialne i winne za rodzinne napięcia.

Czy należy więc za wszelką cenę chronić dzieci przed negatywnymi doświadczeniami?

Sztuka polega na zachowaniu proporcji między ochroną a wystawianiem na ryzyko. Potrzebna jest równowaga między poczuciem bezpieczeństwa, jakie dajemy dziecku, a dopuszczaniem nowych sytuacji pozwalających mu wykształcić w sobie cnotę męstwa. Oczywiście, skrajnością jest niekontrolowane hartowanie dziecka, "wychowanie przez podwórko". Z kolei dziecko wychowywane "pod kloszem" w życiu dorosłym będzie bojaźliwe, niezdolne do podjęcia inicjatywy.

Z czego może wynikać taka nadopiekuńczość?

Niektórzy psychoterapeuci podejrzewają, że ma ona swoje źródło w niezwiązanych z dzieckiem lękach rodzica. Inni postrzegają to jako proces spiralny: niemowlę akurat wymaga opieki, a tym samym wyzwala nadopiekuńczość matki, która to postawa z kolei utwierdza dziecko w bojaźliwości i niezaradności. Istnieje wreszcie pogląd, że niektóre matki są potencjalnie nadopiekuńcze jeszcze przed narodzeniem dziecka. W nadopiekuńczości psychoterapeuci upatrują przyczyny wielu problemów rozwojowych.

Wygląda na to, że problemy emocjonalne ulegają eskalacji z pokolenia na pokolenie.

Badacze snuli tego typu domysły. Na przykład amerykański psychiatra Murray Bowen uważał, że dziedziczy się głównie emocjonalność, nie zaś racjonalność. Proces dziedziczenia nabiera rozpędu, gdyż osoby, u których sfera irracjonalna dominuje, mają skłonność do wchodzenia w związki z partnerami o podobnej strukturze osobowości. Emocji przybywa z pokolenia na pokolenie, aż w końcu wymykają się one spod kontroli rozumu i dochodzi do psychozy. Bowen dopatrywał się w tym przyczyn schizofrenii. Ta ciekawa, inspirująca koncepcja nie do końca sprawdza się jednak w praktyce.

Z naszej rozmowy wynika dość niepokojący wniosek, że rodzina, w której się wychowywaliśmy, determinuje nas emocjonalnie. Czy tak jest rzeczywiście?

Ależ nie! Terapeuta ma do czynienia z tymi, którzy sobie nie radzą i dlatego może sprawiać czasem wrażenie kogoś, kto pracując zawsze w nocy, stwierdza: "Jakiż ten świat ciemny". Przecież to nieprawda. Mnóstwo osób potrafi wybrnąć z nieprawdopodobnie trudnych sytuacji. Ja zresztą nieraz nawet podczas spotkań w gabinecie terapeutycznym jestem pod wrażeniem tego, jak wiele możliwości twórczych tkwi w człowieku. Sposobność ich "podglądania" uważam za jedną z głównych korzyści bycia terapeutą. Ale my mówimy tutaj wyłącznie o problemach, a przecież społecznie dziedziczy się chociażby zdolności...

...i, chcąc nie chcąc, również dobre cechy rodziców. Jednym słowem: dzieci nie muszą popełniać małżeńskich i wychowawczych błędów rodziców, zakładając własne ognisko domowe?

Powiem tak: powinniśmy być jak nowożeńcy, którzy, dostawszy mnóstwo prezentów ślubnych, nie muszą wszystkich zabrać do nowo wybudowanego domu, ale dokonują ich przeglądu. Gdy człowiek zastanawia się nad swym dziedzictwem, ma większe szanse poradzić sobie z nim, a jeśli bierze wszystko, co dają, szybko pojawią się kłopoty. Łatwiej unikną błędów osoby otwarte, które nie boją się szczerej rozmowy o sobie. Najbardziej bowiem w mówieniu o własnych uczuciach przeszkadza lęk.

Czyżby podstawą "negatywnych" emocji był właśnie lęk?

Jest w każdym razie niedaleko nich. Często mówi się na przykład, że ktoś jest agresywny, ponieważ się boi. To niekoniecznie musi być lęk bezpośrednio, w danym momencie odczuwany. Lęk jest w ogóle podstawową emocją: wszystko, co robimy, robimy w znacznej mierze po to, by się nie bać. Wiele na ten temat napisał Antoni Kępiński. Od samego początku, już jako niemowlęta, przeżywamy lęk biologiczny: boimy się śmierci w razie utraty piersi matki. Z czasem pojawiają się inne przyczyny...

Nasza egzystencja zasadza się na lęku?

Gdybym był filozofem, mógłbym chyba powiedzieć, że w znacznym stopniu tak. Może nurt naszego życia określają właśnie próby uniknięcia lęku. Ale z tego wynika także wiele twórczych rzeczy. Choćby: dziecko uczy się sikać do nocnika, bo nagrodą jest uśmiech rodzica, a ono boi się nie otrzymać tej nagrody lub - mówiąc inaczej - obawia się odrzucenia.

U źródeł znajduje się lęk rozumiany nie jako emocja paraliżująca....

... ale siła stymulująca. Otóż to.



Łzy wejdą w ciebie

Schematy kulturowe i religijne nakazują nam wyłącznie miłość i szacunek względem najbliższych. Jak więc wyrażać złość, zazdrość, irytację odczuwane w stosunku do matki, syna, żony?

Rzeczywiście, chrześcijaństwo, które podaje raczej wzorce łagodności i nakłania do tłumienia emocji, ma z tym dziś pewien kłopot. Kultura z kolei podsuwa rozmaite sposoby rozwiązywania tego typu problemów: sport, muzyka młodzieżowa, "odreagowanie". Czy są to sposoby skuteczne? Niektórzy uważają je raczej za nakręcające spiralę agresji. Warto tu jednak zaznaczyć, że agresja to siła, którą można spożytkować pozytywnie. Natomiast duże niebezpieczeństwo, jeśli chodzi o rozładowywanie napięcia emocjonalnego, stanowi tzw. przemieszczenie agresji. Mamy z tym do czynienia choćby w przypadku męża, który bije żonę pod byle pozorem, podczas gdy rzeczywistym powodem jego wściekłości była reprymenda szefa.

Problem właściwego wyrażania negatywnych emocji wiąże się z używanym w psychoterapii pojęciem sporu konstruktywnego: są bowiem kłótnie destruktywne i kłótnie niezbędne, które w ostatecznym bilansie mogą stymulować rozwój. Psychoterapeuci uczą pacjentów, że kłótnia nie powinna zmierzać do wzajemnego poniżania się i bezmyślnego ranienia.

Czyli kłótnia jako uwalnianie emocji może odnieść pewien pozytywny skutek?

Pod warunkiem, że na rozładowywaniu złości się nie kończy. Znam wielu ludzi, którzy kłócą się i, wydawałoby się, nie osiągają porozumienia, ale po jakimś czasie przyznają się do błędu. Trzeba mieć w sobie siłę, by powiedzieć przepraszam.

Do czego w relacjach rodzinnych prowadzi tłumienie "złych" emocji?

Może ono mieć złe skutki dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, kto dusi w sobie emocje, zaczyna sam siebie pustoszyć, dokonuje autodestrukcji. Jest takie powiedzenie: jeśli nie wylejesz łez, one wejdą w ciebie. Psychosomatycy uważają, że "narządy płaczą". Po drugie, osoby tłumiące emocje tworzą pewien rodzaj interakcyjnej ciszy w dialogu, co może budzić lęk oraz oddalenie. Pozostawia też przestrzeń na projekcje drugiego: jeśli nie powiem, co czuję, partner zacznie się domyślać i znajdzie odpowiedź wyimaginowaną, a nie powód rzeczywisty. Najłagodniejszy negatywny skutek milczenia to wzajemne rozmijanie się.

Umiejętność wyrażania emocji - i "dobrych", i "złych" - w sposób cywilizowany jest w ogóle zasadnicza dla powodzenia związku. Co istotne, jest to rodzaj umiejętności nabywalnej: tak jak uczymy się języków obcych, tak też możemy nauczyć się konstruktywnie mówić o swoich uczuciach. (Faktem jest, że w obu dziedzinach jedni są bardziej, inni - mniej zdolni.) Rozmowa bardzo zbliża, gdy jest sygnałem otwarcia. Podobnie, część więzi emocjonalnej między terapeutą a pacjentem bierze się właśnie z tego, że pacjent opowiada o swoich przeżyciach. Często zresztą denerwuje go brak podobnych zwierzeń ze strony terapeuty.

A jak z kolei reagować na negatywne emocje przejawiane przez członków rodziny?

W żargonie terapeutów mówimy: "Masz obowiązek dbać o siebie". Kiedy spotykam się z pacjentką emocjonalnie terroryzowaną przez męża, staram się ją przede wszystkim przekonać, żeby zadbała o siebie. W końcu jej mężowi także opłaca się mieć zdrową żonę. To sprzężenie zwrotne - dbałość o higienę emocjonalną (zarówno w relacji małżeńskiej, jak i w relacji rodzic-dziecko) leży w obustronnym interesie. Po prostu: w rodzinie wszyscy płyną na jednej łódce i niezależnie od tego, gdzie pojawi się dziura, jeżeli nie będą umieli sobie z nią poradzić, wszyscy się utopią.

Jak reagować? Przede wszystkim starać się zrozumieć, co kryje się, na przykład, za złością. I zależnie od wniosków działać: czasem trzeba uciec, czasem złość "odkodować" w rozmowie, czasem właśnie utulić złośnika. Często okazuje się, że przyczyną awantur jest poczucie nieakceptacji, niedostatku miłości u jednej ze stron. Równie istotną rzeczą jest nie dać się ranić. Krzywdzony partner skupia się na obronie przed kolejnym ciosem, a tym samym wdaje się w pojedynek.

Czasem zaś mamy do czynienia z wrogością bezinteresowną (mąż był poniżany przez ojca i skumulował w sobie złość, którą teraz odreagowuje na żonie), wtedy wręcz obowiązkiem atakowanego partnera względem samego siebie jest zablokować tę siłę. Taka rada oczywiście nie bardzo pasuje do ewangelicznej zasady nadstawiania drugiego policzka czy wręczania chleba zamiast kamienia.

Jak Pan rozumie te zasady?

One dotyczą, moim zdaniem, reakcji, za którymi domyślamy się ukrytych emocji pozytywnych, ale obudowanych lękiem. Natomiast gdy ktoś bije mnie dla własnej przyjemności i zamierza tę praktykę kontynuować - tym gorliwiej, im bardziej ja okazuję bezbronność - mam prawo wycofać się z takiej relacji. Nie uważam, żeby to postępowanie było niechrześcijańskie, gdyż mieści się ono w ramach przykazania "nie zabijaj". Jeśli rozumieć je szeroko, jest z nim zgodne zarówno dbanie o bezpieczeństwo, nietykalność i zdrowie drugiego, jak i moje własne.



Dyrektor i eksperci

Są momenty, w których poszukujemy pomocy. Wtedy możemy sięgać na przykład do popularnych publikacji psychologicznych w rodzaju Molestowania moralnego autorstwa Marie-France Hirigoyen, książki swego czasu kreowanej na wydarzenie medialne, czy choćby pozycji Daniela Golemana. Co sądzi Pan o poradnikach psychologicznych?

Molestowanie moralne zostało napisane przez wybitnego fachowca. Dotyczy wspomnianego pytania o granicę zgody na dialog i o użyteczność polityki rozumienia drugiego. Bowiem kogoś, kto czerpie przyjemność z robienia drugiemu krzywdy, postawa uległości może do krzywdzenia zachęcać. Związek taki staje się niebezpiecznie spolaryzowany: jedna osoba jest coraz głębiej raniona, a druga coraz bardziej rani. Książka wskazuje skuteczne metody mówienia "stop" przemocy. To jej wielka zaleta.

Moje doświadczenie z poradnikami dowodzi, że mogą otwierać czytelnikom oczy, trzeba jednak dobrać książkę odpowiednią dla siebie. Teraz mamy poradniki dla każdej części ciała i każdej emocji i to jest już pewna przesada. Ale jeżeli traktujemy poradniki jako podpowiedź, inspirację do samodzielnego wyjścia z pułapki - czyli nie jak rybę, lecz jak wędkę - mogą być nieocenione. Należy z nich korzystać, o ile pozostaje się "dyrektorem" własnego życia. Dyrektor może zasięgnąć opinii eksperta, ale decyzje podejmuje sam.

Gdzie ma się więc udać ktoś, kto nie radzi sobie z problemami emocjonalnymi w rodzinie?

Najpierw na rozmowę z sobą samym, później z własną rodziną, następnie do przyjaciół i poradników. Mógłbym powiedzieć: obowiązkowo powinien pójść do terapeuty rodzinnego, ale tak nie jest: nie zawsze jest to konieczne. Czasem wystarcza po prostu konsultacja. Wspomniałbym też księży, gdyby byli oni dobrze przeszkoleni w tym zakresie, z tym jednak w Polsce wciąż są kłopoty. Dla kontrastu: w Stanach Zjednoczonych duchownych szkoli się nieraz dłużej i bardziej wszechstronnie niż terapeutów. Istnieje tam poradnictwo religijne, czyli psychoterapia pod skrzydłami Kościoła.

Przywiązuje Pan więc dużą wagę do samoświadomości?

Tak, bo ogromnie ważną rzeczą jest rozumieć własne emocje. Nie tylko wiedzieć, że się przeżywa gniew czy lęk, ale też pojmować je jako proces - choćby łączyć objaw somatyczny z doświadczaną emocją. Na przykład: ból głowy ze stłumionym gniewem na szefa. Osoby cierpiące na aleksytymię nie są w ogóle w stanie rozpoznać i nazwać swoich przeżyć, tak jak daltoniści nie rozróżniają niektórych kolorów. Jeśli nie są tego świadomi, niekoniecznie muszą cierpieć, ale gdy trafią do terapeuty, nauka języka emocji jest bardzo żmudna. A umiejętność odczytywania własnych - i drugiego - przeżyć jest naprawdę niezwykle istotna w relacjach z innymi.

Oczywiście, pasjonowanie się swymi emocjami to również przesada. Skłonność do tego mogą mieć psychoterapeuci, których obowiązkiem zawodowym jest rozumieć emocje własne i pacjenta. Terapeutów posądza się nawet o to, że umieją odczytać więcej, niż rozmówca by sobie życzył. Z takich mitów czy przesądów płyną lęki przed wizytą w gabinecie terapeutycznym...


BOGDAN DE BARBARO, ur. 1949, dr hab. med., psychiatra, psychoterapeuta, kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ. Wydał: Możesz pomóc (wraz z Krystyną Ostoją-Zawadzką, 1992), Wprowadzenie do systemowego rozumienia rodziny (red., 1994), Pacjent w swojej rodzinie (1997), Schizofrenia w rodzinie (red., 1999).

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i M. Samka