|
Zdarzenia-książki-ludzie
Skarb
i łachmany
Ewa Bieńkowska
Krzysztof Dorosz, Sztuka wolności, Wydawnictwo Znak,
Kraków 2002, ss. 191
Jako czytelnik "Znaku", zapoznawałam się z esejami,
które tworzą tę książkę, stopniowo, w miarę jej powstawania. Miałam
jeszcze dodatkowy przywilej, bo mogłam rozmawiać z autorem, widzieć
z bliska rozwój jego myśli. W bardzo wielu kwestiach byliśmy zgodni
i mówiliśmy o tym, że zbliżył nas zapewne długi pobyt za granicą
(Anglia, Francja), który znacząco zmienił nasz punkt widzenia. W
jaki sposób? Spojrzenie Krzysztofa Dorosza na problemy religii,
zwłaszcza we współczesnym świecie, skorzystało na perspektywie porównawczej.
Na tym, co nazywa się pluralizmem religijnym (i światopoglądowym)
jako czymś nie będącym ani dziwactwem, ani degeneracją Zachodu,
lecz codziennością wielokulturowych społeczeństw. Przez stulecia
istnienie jednej religii i jednego wyznania obok jakichś innych
było w Europie najpierw zgorszeniem, a potem niezaleczoną raną.
Raną, do której uzdrowienia należy jednak dążyć, jak pewnie myślą
jeszcze niektórzy watykańscy dostojnicy.
Sytuacja logicznie wydaje się beznadziejna. Więc ci inni, nieszczęśni,
błądzą, żyją i umrą w grzechu, a łaska (przynajmniej jako członkom
innych wspólnot) nie będzie im dana? Więc brną w błędzie, podczas
gdy tuż obok mają jedyne źródło prawdy? Zostaną religijnie przekreśleni,
choćby świat ich zaakceptował? A jeśli to nie tak - pojawia się
straszna myśl a jeśli i oni mają dostęp do prawdy, a prawda nie
jest jedna jedyna? Jest taka i taka, tu bądź tam, wielopostaciowa,
nie dopuszczająca ujednolicenia? A jeśli i bezbożnicy mają jakąś
cząstkę prawdy (w sensie religijnym), a ich postawa nie jest czystą
negatywnością? Wtedy pada groźne słowo: relatywizm, od którego już
nie ma odwołania. Rzeczywiście, tak się sprawy mają - pojawiło się
społeczeństwo, które swoim prawodawstwem i obyczajowością uprawomocnia
odrzucenie absolutnych wartości i próbuje organizować współżycie
ludzi o różnych koncepcjach prawdy.
Będąc wewnątrz Kościołów chrześcijańskich, można dokonać co najmniej
jednego z dwóch wyborów. Albo uznać, że jest to okoliczność z gruntu
zła, zdrada chrześcijańskich korzeni tej cywilizacji; albo że nie
jest to tak beznadziejne, a nawet może stąd wynikać jakaś korzyść
dla samej wiary. Zauważmy, że rozwiązanie pośrednie (bezradne pogodzenie
się z dzisiejszym społeczeństwem) nie jest zasługą narzuciła je
po prostu rzeczywistość. Pod groźbą popełnienia (społecznego i moralnego)
harakiri, jak w społeczności biskupa Lefébvrea, we wzorcowym przykładzie
katolickiej (?!) sekty. Krzysztof Dorosz opowiada się za poglądem,
że z owego pluralizmu wynika coś ważnego dla dzisiejszych postaw
religijnych. Ważnego i pozytywnego w historycznej drodze chrześcijaństwa
otwiera się oto pewna faza, której nie wolno brać w nawias.
Odnoszę wrażenie, że perspektywa Dorosza jest bardziej historyczna,
niż to sam autor w rozważaniach ujawnia. To punkt widzenia człowieka
świadomie żyjącego dzisiaj, w ramach cywilizacji nie tylko zachodniej,
lecz również globalnej, w której kultury i religie innych kontynentów
są obecne już nie jako kontrabanda dostępna elitom (jak było w XIX
wieku), lecz składniki dzisiejszej świadomości. Niektórzy wielcy
pisarze chrześcijańscy, przede wszystkim mistycy, dawno odsłonili
tę stronę wiary, która wymyka się jakimkolwiek systemom - ponad
językiem, ponad pojęciami, ponad bytem. Ale były to odkrycia dla
Kościoła niezręczne, ponieważ z założenia rozporządza on słowami,
symbolami, twierdzeniami. Dlaczego mistycy pozostają ważni dla Krzysztofa
Dorosza? Ponieważ przebijając się przez konwencje, w jakie ubierało
się chrześcijaństwo ich czasów, sięgali do sedna. Dla autora książki
jest to wskazówka - więc i tak, przede wszystkim tak, należy widzieć
sprawy wiary. Nie poprzez formuły-tłumaczenia, lecz w oryginale,
jako radykalną transcendencję upoważniającą wielość opisów, czy
też (co na jedno wychodzi) unieważniającą wszystkie opisy.
Ta postawa spotyka się z duchem współczesności, która od dołu
odkrywa to, co mistycy odkrywali od góry - wielość języków, wyznań,
bogactwo (formuł) prawdy. Mistrz Eckhart, św. Jan od Krzyża pomagają
człowiekowi współczesnemu zaakceptować religijną wielość jako rzecz
samozrozumiałą, nieuchronną i pozytywną. Zdejmują absurd z faktu
rozmaitości kultur, z konfliktu rozumu i religii, z szokującego
relatywizmu wartości. Można wyobrazić sobie życie chrześcijanina
zdającego sobie sprawę z nieabsolutności prawd, które przyjmuje
jako swoje - ale w poczuciu, że to jego wybór: związany i z cywilizacją,
w jakiej tkwi, i z osobistym uznaniem siły przekonywającej symboli,
za którymi się opowiada. Od razu trzeba podkreślić, że w postawie
Krzysztofa Dorosza rzeczywiste zwyrodnienia cywilizacji (która skądinąd
przez swą wielość umożliwiła mu uznanie względności języków wiary)
są kategorycznie odepchnięte i nie należy ich zapisywać na konto
jego wyboru. To, co nazywamy materializmem czy naturalizmem, jest
mu nie tylko obce - tendencje te uznaje za rzeczywistych nieprzyjaciół
człowieka. A jeśli mu powiemy, że to nie przypadek, że wraz z relatywizacją
formuł wiary nastąpiła masowa secesja od tejże wiary, być może odpowie,
że inaczej być nie mogło. To cena odkrywania autentyczności wiary.
To zresztą ciekawe zjawisko. W XIX wieku uważano, że wrogiem religii
jest nauka. Dziś nie mamy takiego wrażenia. Niechętny, ślepy na
transcendencję jest raczej masowy dobrobyt otwierający przed milionami
dostęp do dóbr materialnych, których posiadanie jak się zdaje
- wypycha z horyzontu tęsknoty duchowe. To najbardziej przykra lekcja
współczesności: łatwa rezygnacja ludzi z godności synów Króla
(jak mówi Miłosz.) Zmysł metafizyczny, budowniczy znakomitych dzieł
kultury, wszedł w fazę uśpienia? Więc jeszcze raz brudna materia
staje w poprzek duchowym przeznaczeniom człowieka? Dlaczego tak
właśnie potoczyły się losy cywilizacji chrześcijańskiej? Czy pomimo
wspaniałości renesansu, oświecenia nie zrodziła ich diabelska logika?
Trudno nam sobie wyobrazić jakąś teologię historii, która uporałaby
się z tą zagadką - z pytaniem nie tyle dlaczego?, lecz po co?
Ale to nie znaczy, że nie jest ona możliwa. Krzysztof Dorosz uważa,
że współczesność to czas uwolnienia religii uwolnienia z więzów
narzuconych przez jedną epokę, jedną kulturę. Nie tylko dzisiaj
Bóg jest ukryty On jest zawsze schowany w swojej transcendencji;
jest również schowany w Objawieniu, które do nas kieruje - to znaczy,
że Objawienie chrześcijańskie nie jest Prawdą absolutną, lecz jednym
z jej ubrań.
Takie stwierdzenie prowadzi w dwóch kierunkach. Ku pytaniu, dlaczego
właśnie wybieram raczej tę niż inną szatę prawdy (konkretne wyznanie
religijne); i ku odkryciu, że nie ma wyższych racji, aby to czy
inne sformułowanie religijne przyjmować mocą zwyczaju czy autorytetu,
choćby od rodziców, bez osobistego przekonania. Złośliwiec powiedziałby,
że w takich ciemnościach wszystkie koty są bure i nie warto im się
przyglądać zbyt uważnie. Oczywiście nie uważa tak autor naszej książki.
Ale byłoby ciekawie uzupełnić ją o jeszcze jeden rozdział, w którym
wybory jednostki klarują się - dlaczego raczej chrześcijaństwo niż
hinduizm, dlaczego na przykład protestantyzm, a nie katolicyzm.
Domyślam się, że Krzysztof Dorosz nie zamierzał wplatać elementów
zbyt subiektywnych do refleksji ogólnej - obchodziło go pole otwartych
przed człowiekiem możliwości. Ale czujemy, że książka ta nie byłaby
do pomyślenia, gdyby nie osobisty stosunek autora do Tego, kto stanowi
oś chrześcijaństwa, do Chrystusa.
Nie chcę zgubić z oczu problemu, który stanowi - by tak rzec -
jawny temat książki: problemu wolności. Wiemy, że wezwanie chrześcijaństwa,
Dobrej Nowiny, to wezwanie do wolności. Do uwolnienia się od bożyszcz,
którymi są i pogańscy bogowie, i wszechwładne państwo, i ideologie,
i sama instytucja Kościoła w historycznej realizacji. Do zdolności
uwolnienia się nawet od dogmatów, nawet od historycznego faktu Objawienia.
Pomimo pomocy kultury, instytucji, wobec Transcendencji zawsze jesteś
sam. Czymś nie dającym się zobiektywizować jest tu przeżycie (i
jego owoce): zdolność do oporu względem idoli i praktykowanie dobra,
na ile to jest w naszej mocy. Zachowanie wolności wewnętrznej, która
przejawia się i w postawie Hioba, i w eppur si muove Galileusza,
i w walce Woltera o rehabilitację protestanta Calasa (oskarżonego
przez katolików o morderstwo). I - niestety - w haśle Woltera, tak
przykro, lecz nie niesprawiedliwie brzmiącym dla naszych uszu: écrasez
l'infâme!.
W książce Dorosza wolność to nie tylko kwestia godności, autentyczności
ludzkiej, praktykowanie wolności sumienia w szerokich dziedzinach
życia, w egzystencjalnych i społecznych wyborach - wolność to znak
synostwa Bożego. To również otwarcie przed umysłem pola poznawczego,
obalenie konwencjonalnych przeszkód uniemożliwiających jasne widzenie
istoty wiary. Autor przekazuje skrótowo myśli współczesnych teologów
protestanckich i filozofów wyrosłych z tejże tradycji religijnej.
Tych, którzy idąc konsekwentnie za zasadą suwerenności Boga (względem
naszych określeń i naszych oczekiwań) i wolności człowieka, odsłaniają
głębię doświadczenia Transcendencji i jej obalającą siłę wobec wszelkich
ludzkich religii. Rozważania Tillicha, Bartha, Jaspersa (filozofa
bez wyznania wyjątkowo trafnie uchwytującego naturę i wiary, i religii)
należą już do wspólnego bogactwa chrześcijan (i nie tylko). Jeśli
do tego pamiętamy o olbrzymim skarbcu dzieł teologicznych i mistycznych
przeszłości, niezależnie od tego, skąd przychodzą, zdawałoby się,
że człowiek dysponuje takim bogactwem narzędzi, tak skuteczną pomocą,
iż nie powinien błądzić na swojej drodze. A przecież tak nie jest.
Błądzą, popadają w idolatrię i fanatyzm jednostki, całe narody,
instytucje. Za mało czytają pism mistycznych, nie potrafią myśleć,
wyciągać wniosków? Wchodzą tu w grę pasje i ambicje tak mocno związane
z naturą człowieka, że to raczej opór wobec bałwochwalstwa wydaje
się graniczyć z cudem.
Tutaj otwiera się inny temat, niemniej wyrazisty, choć w książce
poruszany bardziej dyskretnie niż zagadnienie wolności. To dramat
człowieka wiary. Bo stoi on wobec zaćmienia Boga i słyszy na co
dzień o śmierci Boga, i rzeczywiście nie wie, jak uzgodnić racjonalizm
naukowy i tajemnice wiary; jak myśleć o świecie pod władzą Boga,
gdy Wcielenie i Zmartwychwstanie, niebo i piekło w tradycyjnym znaczeniu
nie mają żadnych umocowań w umyśle. Żeby tylko w umyśle! Być może
jeszcze ważniejsza jest niezdolność do przedstawienia ich sobie
przez wyobraźnię, która spontanicznie organizuje rzeczywistość i
przeciw której żadne dogmatyczne formuły nic nie wskórają. Przyjąć
Transcendencję jako Niebyt (jak u Tillicha) niewiele nam pomoże
na drodze życia - chyba że rozpuścimy nasze człowieczeństwo w kontemplacji
zespalającej z Bogiem jako jedynej rzeczy, która nas interesuje.
Jednak same wierzchołki nie wystarczają. Aby być w historii, w społeczeństwie,
w kulturze, rodzinie, zawodzie, potrzeba czegoś w średnim rejestrze.
A tymczasem - jak streszcza autor książki - chrześcijaństwo ustami
najbardziej czystych i radykalnych nauczycieli mówi: gdy chcesz
być chrześcijaninem, masz wierzyć, w co wierzyć niepodobna, masz
być tym, kim wcale nie jesteś! Jak na takiej podstawie budować własne
życie? Ile załamań musi towarzyszyć takim ambicjom, ile rozpaczliwych
decyzji, że wobec tego lepiej odejść niż symulować życie chrześcijańskie?
Uderza mnie podobieństwo tego postawienia sprawy do laickiego
prometeizmu - twoja istota, człowiecze, jest nie w tobie, lecz przed
tobą i osiągniesz ją, niszcząc w sobie to, czym dotąd byłeś. Rzeczywiście,
tak myślało wielu mistyków i odnajdowało swoją istotę, zaprzeczając
(przelotnie) swemu statusowi stworzenia. Ale czy to dla mnie, dla
Ciebie, Czytelniku?... Skądinąd sama koncepcja, że naszą głęboką
prawdę mamy dopiero przed sobą, ma w sobie coś z egzaltacji XX-wiecznego
egzystencjalizmu - ciągłe zdobywanie siebie w decyzji, wyborze.
Czy nie jest to myślenie, które rozcieńcza i ostatecznie unicestwia
ontologiczną gęstość ludzkiego świata w majakach aktywizmu bez zakorzenienia?
Prometeizm, nawet religijny, może niekiedy stanowić wezwanie nieprzyjazne
życiu, jest wyjątkiem, a nie regułą, granicą, a nie polem pracy.
Trzeba pamiętać o tym, że jesteśmy wzywani zawsze dalej, poza zamkniętą
przestrzeń świata, ale niepodobna przy tej myśli obstawać dzień
i noc. To też pytania, które można sobie postawić.
Wspaniałą cechą książki Krzysztofa Dorosza jest jej myślowa jasność
i głębia, otwierająca wiele perspektyw i pobudzająca do ważnych
pytań. Korzystam z tego, by zatrzymać się przy eseju, który już
po pierwszym czytaniu w miesięczniku obudził we mnie odczucie umysłowego
niezadowolenia, jak gdyby została naruszona jakaś bariera zdrowego
zmysłu. To pierwszy rozdział zatytułowany Ortodoksja moja miłość.
Żeby dobrze uchwycić własną myśl, muszę wyjść od tego, że rozumiem
i moralnie aprobuję ideę tego bardzo osobistego tekstu. Autor opowiada,
jak na wielkim współczesnym targowisku koncepcji religijnych najpierw
przejął się głoszoną przez filozofów ideą wiary czystej i źródłowej,
fundamentalistycznej, widząc w niej jedyną odpowiedź na myślowy
zamęt i taniochę współczesności. I jak stopniowo ta idea, nazwana
ortodoksją, ukazała mu się jako starucha oschłego serca, przechowująca
w worku łachmany, które jej wydają się skarbami. Hm..... coś tu
się wyraźnie nie zgadza (w moich oczach). Być może zwiodła Krzysztofa
jego alegoria - zgodnie z nią szuka w świecie pięknej młodej kobiety,
pragnąc ofiarować jej miłość, a znajduje starą wiedźmę, która nie
spełnia nawet warunku zawartego w bajce: za dnia wiedźma, w nocy
przemienia się w piękną dziewczynę. Rozumiem go - nie chce być więźniem
przeszłości, formuł skonstruowanych przed setkami lat i do dziś
strzeżonych zazdrośnie przez instytucje kościelne. Chce realizować
przyrodzoną człowiekowi wolność i nie mówić tak niczemu, czego
w głębi serca nie odczuwa jako słuszne. Bo ortodoksja, dziś zwłaszcza
w katolicyzmie, to nie tylko wspaniałe budowle symboli i myśli,
liturgii i wskazań moralnych. To również apel do wzięcia za nie
odpowiedzialności, do zobowiązania siebie; to surowa reguła wszystko
albo nic, która brzmi niekiedy jak podzwanianie więziennego łańcucha.
Przyjrzyjmy się obrazowi worka z łachmanami. Autor nie będzie protestował,
gdy zaczniemy przywoływać to, co stanowi rzeczywisty skarb staruchy-ortodoksji:
myślowy, symboliczny, wyobraźniowy. Niewiele jest w kulturze duchowych
zbiorów o równej sile oddziaływania i długotrwałej płodności. Dalej
wchodzę na teren, gdzie jeszcze nie wiem, czy będę miała zgodę autora.
Otóż sądzę, że ten zbiór (jak by go nazwać: makrosystem?...) nie
jest wcale skansenem, kolekcją osobliwości szacowną przez sam czas,
jaki ma za sobą. Żyje i trwa, choć istotnie na innej zasadzie niż
idee świeckie działające na ludzi epoki nowożytnej. Inaczej niż
filozofie, prawodawstwo, literatura, sztuka, w których odczytujemy
zainteresowanie naszymi problemami - ludzi rzuconych w niebywałą
ewolucję tej cywilizacji. Przecież nie zestarzał się Skład Apostolski
stanowiący o tożsamości chrześcijaństwa, nie stało się przeżytkiem
zgromadzenie ludzi wokół ołtarza, by przeżywać ofiarę Ukrzyżowania.
Nie zestarzały się główne koncepcje chrystologii i eklezjologii,
nie zestarzał się Dekalog. Na niższym piętrze myśl Tomasza z Akwinu
i wielu innych scholastyków pozostaje ciągle znaczącym sposobem
patrzenia na rzeczywistość. By już nie mówić o muzyce i malarstwie
tworzonych wokół ortodoksji, które dla ludzi wrażliwych pozostają
czymś więcej niż pięknym ordynkiem tonów czy kolorów.
Domyślam się, że worek z łachmanami nie zamyka tego skarbca, lecz
zawiera interpretacje i ekstrapolacje, przepisy, nakazy i potępienia,
które się do niego dołączyły w ziemskim życiu instytucji; całą pragmatykę
i kazuistykę, w jakie musi obrastać organizacja tak gigantyczna,
obejmująca takie masy ludzkie. Dramat polegał na tym, że te instytucjonalne
nawisy były lokowane na tym samym poziomie co sam skarb i w społeczeństwie,
które wyszło ze swego kształtu tradycyjnego, prowokowały konflikt
sumień i zerwania. Tutaj, tak jak pragnie autor, zasada autorytetu
w znaczeniu ślepej akceptacji powinna być mierzona miarą sumienia
- głoszoną przez kardynała Newmana, a dziś już dość szeroko przyjętą.
To drogowskaz dla jednostki. Byłoby źle, gdyby jej odejście zawisło
od rzeczy drugorzędnych, choćby nawet nieuznawanych za takie przez
instytucję. Wszyscy wiemy, że łatwiej takie rzeczy pisać niż urzeczywistniać
- w zawiłej strukturze Kościoła panuje lęk przed siłą odśrodkową,
która może uderzyć z równą mocą w rzeczy mniej istotne i najważniejsze.
Ponieważ (czy tego chcemy, czy nie) świadomość i umysły dzisiejszych
chrześcijan nie są takie same jak w XIII wieku, najczęściej cnota
posłuszeństwa wyraża się w przemilczaniu i odzwyczajaniu od myślenia.
Ale czy ma to dużo wspólnego z ortodoksją w rdzennym sensie? Ze
staruchą, która się łudzi, że posiada coś cennego? A może to młody
rycerz, wyruszając na podbój skarbu, nie dostrzegł, że to nie tylko
łachmany?
Wiele jeszcze rozważań dałoby się wysnuć na ten temat. O słuchu
historycznym, który zachowujemy, gdy zostaniemy przy starej kobiecie
zamiast biegać za młódkami (Krzysztofie, przebacz, teraz mnie poniosła
Twoja metafora!). O fenomenalnym zmyśle wzrostu, trwałości w zmianach,
nauce o człowieku, jaką dysponuje ortodoksja, o darach wyobrażania
i konstruowania; o mocnym wyczuciu cielesności, towarzyszącym duchowym
aspiracjom, o świadomości, że jednak ład i pewna hierarchizacja
są niezbędne ludzkiej zbiorowości, nawet gdy obrazuje ona Ciało
mistyczne. O nauce o powściąganiu subiektywności, o tym, że zmiana
(w każdym sensie) musi być poprzedzona badaniem, jak można odmłodzić
(w myśli i wyobraźni) to, co stare.
Niechcący prawie sporządziłam inne wyznanie pt. Ortodoksja moja
miłość. To nie tak. Nie chciałabym i nie mogłabym być (brak kompetencji)
autorką takiej deklaracji. Nie jestem wcale pewna, czy prymat sumienia
jest faktycznie w sytuacjach konfliktu respektowany w Kościołach
przyznających się do jakiegoś rodzaju ortodoksji. Starodawny obraz
pasterza i owczarni nie jest łatwy do porzucenia, nawet w kwestiach
nienajważniejszych. Rzeczywiście nie bardzo chcemy ani potrafimy
poczuć się owieczkami. I to wcale nie musi znaczyć, że pragniemy
pobiec na inne pastwiska.
I jeszcze jedna sprawa, już całkiem przyziemna. W Sztuce wolności
występuje określony bohater. To samotny intelektualista poszukujący
rozjaśnienia problemów religii i wiary, który wychodzi jak gdyby
(to rodzaj świadomej fikcji metodologicznej) od punktu zero. Co
więcej, w swych badaniach nie jest niczym skrępowany. W książce
pojawia się zdanie protestanckiego teologa, które zapada w pamięć:
religia jest również po to, by chronić człowieka przed Bogiem. Kiedyś
ta funkcja ochrony wydawała mi się miałka, żenująca odrzucałam
łatwe podpórki, chciałam żyć duchowo niebezpiecznie. Jak narrator
książki Dorosza: z maksymalnymi wymaganiami, ścigając to, co nie
podpada pod żadne wątpliwości - i co zarazem ściśle moje. Zmieniłam
się w międzyczasie? Wiem, że ochrona człowieka przed cierpieniem,
niespełnieniem, lękiem śmierci to nie to, z czego drwili XIX-wieczni
ateusze: ze strachu człowiek wymyślił sobie Boga. Przeciwnie, to
wysoka funkcja metafizyczna, świadectwo życia pod spojrzeniem Boga
żywego.
Książki w rodzaju Sztuki wolności są w naszym kraju bardzo rzadkie.
Ludzie nie przywykli, by w taki sposób mówić im o wierze. Zbiór
esejów z ich jasnym i przyjaznym językiem zwróconym do innych
- przychodzi w samą porę. Inaczej niż w tylu publikacjach teologów
i duszpasterzy dobrej woli tutaj wyczuwam ton, stosunek do odbiorcy,
którego z pewnością spragnionych jest wielu czytelników Znaku.
EWA BIEŃKOWSKA, nota 576.
POCZĄTEK
STRONY |