Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

PAŹDZIERNIK 2003 NUMER 581



Miesięcznik Znak, nr 576

Posłuszeństwo Bogu czy Kościołowi?

 


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

 

Zdarzenia-książki-ludzie

Skarb i łachmany

Ewa Bieńkowska

Krzysztof Dorosz, Sztuka wolności, Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, ss. 191

Jako czytelnik "Znaku", zapoznawałam się z esejami, które tworzą tę książkę, stopniowo, w miarę jej powstawania. Miałam jeszcze dodatkowy przywilej, bo mogłam rozmawiać z autorem, widzieć z bliska rozwój jego myśli. W bardzo wielu kwestiach byliśmy zgodni i mówiliśmy o tym, że zbliżył nas zapewne długi pobyt za granicą (Anglia, Francja), który znacząco zmienił nasz punkt widzenia. W jaki sposób? Spojrzenie Krzysztofa Dorosza na problemy religii, zwłaszcza we współczesnym świecie, skorzystało na perspektywie porównawczej. Na tym, co nazywa się pluralizmem religijnym (i światopoglądowym) jako czymś nie będącym ani dziwactwem, ani degeneracją Zachodu, lecz codziennością wielokulturowych społeczeństw. Przez stulecia istnienie jednej religii i jednego wyznania obok jakichś innych było w Europie najpierw zgorszeniem, a potem niezaleczoną raną. Raną, do której uzdrowienia należy jednak dążyć, jak pewnie myślą jeszcze niektórzy watykańscy dostojnicy.

Sytuacja logicznie wydaje się beznadziejna. Więc ci inni, nieszczęśni, błądzą, żyją i umrą w grzechu, a łaska (przynajmniej jako członkom innych wspólnot) nie będzie im dana? Więc brną w błędzie, podczas gdy tuż obok mają jedyne źródło prawdy? Zostaną religijnie przekreśleni, choćby świat ich zaakceptował? A jeśli to nie tak - pojawia się straszna myśl – a jeśli i oni mają dostęp do prawdy, a prawda nie jest jedna jedyna? Jest taka i taka, tu bądź tam, wielopostaciowa, nie dopuszczająca ujednolicenia? A jeśli i bezbożnicy mają jakąś cząstkę prawdy (w sensie religijnym), a ich postawa nie jest czystą negatywnością? Wtedy pada groźne słowo: relatywizm, od którego już nie ma odwołania. Rzeczywiście, tak się sprawy mają - pojawiło się społeczeństwo, które swoim prawodawstwem i obyczajowością uprawomocnia odrzucenie absolutnych wartości i próbuje organizować współżycie ludzi o różnych koncepcjach prawdy.

Będąc wewnątrz Kościołów chrześcijańskich, można dokonać co najmniej jednego z dwóch wyborów. Albo uznać, że jest to okoliczność z gruntu zła, zdrada chrześcijańskich korzeni tej cywilizacji; albo że nie jest to tak beznadziejne, a nawet może stąd wynikać jakaś korzyść dla samej wiary. Zauważmy, że rozwiązanie pośrednie (bezradne pogodzenie się z dzisiejszym społeczeństwem) nie jest zasługą – narzuciła je po prostu rzeczywistość. Pod groźbą popełnienia (społecznego i moralnego) harakiri, jak w społeczności biskupa Lefébvre’a, we wzorcowym przykładzie katolickiej (?!) sekty. Krzysztof Dorosz opowiada się za poglądem, że z owego pluralizmu wynika coś ważnego dla dzisiejszych postaw religijnych. Ważnego i pozytywnego – w historycznej drodze chrześcijaństwa otwiera się oto pewna faza, której nie wolno brać w nawias.

Odnoszę wrażenie, że perspektywa Dorosza jest bardziej historyczna, niż to sam autor w rozważaniach ujawnia. To punkt widzenia człowieka świadomie żyjącego dzisiaj, w ramach cywilizacji nie tylko zachodniej, lecz również globalnej, w której kultury i religie innych kontynentów są obecne już nie jako kontrabanda dostępna elitom (jak było w XIX wieku), lecz składniki dzisiejszej świadomości. Niektórzy wielcy pisarze chrześcijańscy, przede wszystkim mistycy, dawno odsłonili tę stronę wiary, która wymyka się jakimkolwiek systemom - ponad językiem, ponad pojęciami, ponad bytem. Ale były to odkrycia dla Kościoła niezręczne, ponieważ z założenia rozporządza on słowami, symbolami, twierdzeniami. Dlaczego mistycy pozostają ważni dla Krzysztofa Dorosza? Ponieważ przebijając się przez konwencje, w jakie ubierało się chrześcijaństwo ich czasów, sięgali do sedna. Dla autora książki jest to wskazówka - więc i tak, przede wszystkim tak, należy widzieć sprawy wiary. Nie poprzez formuły-tłumaczenia, lecz „w oryginale”, jako radykalną transcendencję upoważniającą wielość opisów, czy też (co na jedno wychodzi) unieważniającą wszystkie opisy.

Ta postawa spotyka się z duchem współczesności, która „od dołu” odkrywa to, co mistycy odkrywali „od góry” - wielość języków, wyznań, bogactwo (formuł) prawdy. Mistrz Eckhart, św. Jan od Krzyża pomagają człowiekowi współczesnemu zaakceptować religijną wielość jako rzecz samozrozumiałą, nieuchronną i pozytywną. Zdejmują absurd z faktu rozmaitości kultur, z konfliktu rozumu i religii, z szokującego relatywizmu wartości. Można wyobrazić sobie życie chrześcijanina zdającego sobie sprawę z nieabsolutności prawd, które przyjmuje jako swoje - ale w poczuciu, że to jego wybór: związany i z cywilizacją, w jakiej tkwi, i z osobistym uznaniem siły przekonywającej symboli, za którymi się opowiada. Od razu trzeba podkreślić, że w postawie Krzysztofa Dorosza rzeczywiste zwyrodnienia cywilizacji (która skądinąd przez swą wielość umożliwiła mu uznanie względności języków wiary) są kategorycznie odepchnięte i nie należy ich zapisywać na konto jego wyboru. To, co nazywamy materializmem czy naturalizmem, jest mu nie tylko obce - tendencje te uznaje za rzeczywistych nieprzyjaciół człowieka. A jeśli mu powiemy, że to nie przypadek, że wraz z relatywizacją formuł wiary nastąpiła masowa secesja od tejże wiary, być może odpowie, że inaczej być nie mogło. To cena odkrywania autentyczności wiary.

To zresztą ciekawe zjawisko. W XIX wieku uważano, że wrogiem religii jest nauka. Dziś nie mamy takiego wrażenia. Niechętny, ślepy na transcendencję jest raczej masowy dobrobyt otwierający przed milionami dostęp do dóbr materialnych, których posiadanie – jak się zdaje - wypycha z horyzontu tęsknoty duchowe. To najbardziej przykra lekcja współczesności: łatwa rezygnacja ludzi z godności „synów Króla” (jak mówi Miłosz.) Zmysł metafizyczny, budowniczy znakomitych dzieł kultury, wszedł w fazę uśpienia? Więc jeszcze raz „brudna” materia staje w poprzek duchowym przeznaczeniom człowieka? Dlaczego tak właśnie potoczyły się losy cywilizacji chrześcijańskiej? Czy pomimo wspaniałości renesansu, oświecenia nie zrodziła ich diabelska logika?

Trudno nam sobie wyobrazić jakąś teologię historii, która uporałaby się z tą zagadką - z pytaniem nie tyle „dlaczego?”, lecz „po co?” Ale to nie znaczy, że nie jest ona możliwa. Krzysztof Dorosz uważa, że współczesność to czas uwolnienia religii – uwolnienia z więzów narzuconych przez jedną epokę, jedną kulturę. Nie tylko dzisiaj Bóg jest ukryty – On jest zawsze schowany w swojej transcendencji; jest również schowany w Objawieniu, które do nas kieruje - to znaczy, że Objawienie chrześcijańskie nie jest Prawdą absolutną, lecz jednym z jej ubrań.

Takie stwierdzenie prowadzi w dwóch kierunkach. Ku pytaniu, dlaczego właśnie wybieram raczej tę niż inną szatę prawdy (konkretne wyznanie religijne); i ku odkryciu, że nie ma wyższych racji, aby to czy inne sformułowanie religijne przyjmować mocą zwyczaju czy autorytetu, choćby od rodziców, bez osobistego przekonania. Złośliwiec powiedziałby, że w takich ciemnościach wszystkie koty są bure i nie warto im się przyglądać zbyt uważnie. Oczywiście nie uważa tak autor naszej książki. Ale byłoby ciekawie uzupełnić ją o jeszcze jeden rozdział, w którym wybory jednostki klarują się - dlaczego raczej chrześcijaństwo niż hinduizm, dlaczego na przykład protestantyzm, a nie katolicyzm. Domyślam się, że Krzysztof Dorosz nie zamierzał wplatać elementów zbyt subiektywnych do refleksji ogólnej - obchodziło go pole otwartych przed człowiekiem możliwości. Ale czujemy, że książka ta nie byłaby do pomyślenia, gdyby nie osobisty stosunek autora do Tego, kto stanowi oś chrześcijaństwa, do Chrystusa.

Nie chcę zgubić z oczu problemu, który stanowi - by tak rzec - jawny temat książki: problemu wolności. Wiemy, że wezwanie chrześcijaństwa, Dobrej Nowiny, to wezwanie do wolności. Do uwolnienia się od bożyszcz, którymi są i pogańscy bogowie, i wszechwładne państwo, i ideologie, i sama instytucja Kościoła w historycznej realizacji. Do zdolności uwolnienia się nawet od dogmatów, nawet od historycznego faktu Objawienia. Pomimo pomocy kultury, instytucji, wobec Transcendencji zawsze jesteś sam. Czymś nie dającym się zobiektywizować jest tu przeżycie (i jego owoce): zdolność do oporu względem idoli i praktykowanie dobra, na ile to jest w naszej mocy. Zachowanie wolności wewnętrznej, która przejawia się i w postawie Hioba, i w „eppur si muove” Galileusza, i w walce Woltera o rehabilitację protestanta Calasa (oskarżonego przez katolików o morderstwo). I - niestety - w haśle Woltera, tak przykro, lecz nie niesprawiedliwie brzmiącym dla naszych uszu: „écrasez l'infâme!”.

W książce Dorosza wolność to nie tylko kwestia godności, autentyczności ludzkiej, praktykowanie wolności sumienia w szerokich dziedzinach życia, w egzystencjalnych i społecznych wyborach - wolność to znak synostwa Bożego. To również otwarcie przed umysłem pola poznawczego, obalenie konwencjonalnych przeszkód uniemożliwiających jasne widzenie istoty wiary. Autor przekazuje skrótowo myśli współczesnych teologów protestanckich i filozofów wyrosłych z tejże tradycji religijnej. Tych, którzy idąc konsekwentnie za zasadą suwerenności Boga (względem naszych określeń i naszych oczekiwań) i wolności człowieka, odsłaniają głębię doświadczenia Transcendencji i jej obalającą siłę wobec wszelkich ludzkich religii. Rozważania Tillicha, Bartha, Jaspersa (filozofa bez wyznania wyjątkowo trafnie uchwytującego naturę i wiary, i religii) należą już do wspólnego bogactwa chrześcijan (i nie tylko). Jeśli do tego pamiętamy o olbrzymim skarbcu dzieł teologicznych i mistycznych przeszłości, niezależnie od tego, skąd przychodzą, zdawałoby się, że człowiek dysponuje takim bogactwem narzędzi, tak skuteczną pomocą, iż nie powinien błądzić na swojej drodze. A przecież tak nie jest. Błądzą, popadają w idolatrię i fanatyzm jednostki, całe narody, instytucje. Za mało czytają pism mistycznych, nie potrafią myśleć, wyciągać wniosków? Wchodzą tu w grę pasje i ambicje tak mocno związane z naturą człowieka, że to raczej opór wobec bałwochwalstwa wydaje się graniczyć z cudem.

Tutaj otwiera się inny temat, niemniej wyrazisty, choć w książce poruszany bardziej dyskretnie niż zagadnienie wolności. To dramat człowieka wiary. Bo stoi on wobec „zaćmienia Boga” i słyszy na co dzień o „śmierci Boga”, i rzeczywiście nie wie, jak uzgodnić racjonalizm naukowy i tajemnice wiary; jak myśleć o świecie pod władzą Boga, gdy Wcielenie i Zmartwychwstanie, niebo i piekło w tradycyjnym znaczeniu nie mają żadnych umocowań w umyśle. Żeby tylko w umyśle! Być może jeszcze ważniejsza jest niezdolność do przedstawienia ich sobie przez wyobraźnię, która spontanicznie organizuje rzeczywistość i przeciw której żadne dogmatyczne formuły nic nie wskórają. Przyjąć Transcendencję jako Niebyt (jak u Tillicha) niewiele nam pomoże na drodze życia - chyba że rozpuścimy nasze człowieczeństwo w kontemplacji zespalającej z Bogiem jako jedynej rzeczy, która nas interesuje. Jednak same wierzchołki nie wystarczają. Aby być w historii, w społeczeństwie, w kulturze, rodzinie, zawodzie, potrzeba czegoś w średnim rejestrze. A tymczasem - jak streszcza autor książki - chrześcijaństwo ustami najbardziej czystych i radykalnych nauczycieli mówi: gdy chcesz być chrześcijaninem, masz wierzyć, w co wierzyć niepodobna, masz być tym, kim wcale nie jesteś! Jak na takiej podstawie budować własne życie? Ile załamań musi towarzyszyć takim ambicjom, ile rozpaczliwych decyzji, że wobec tego lepiej odejść niż symulować życie chrześcijańskie?

Uderza mnie podobieństwo tego postawienia sprawy do laickiego prometeizmu - twoja istota, człowiecze, jest nie w tobie, lecz przed tobą i osiągniesz ją, niszcząc w sobie to, czym dotąd byłeś. Rzeczywiście, tak myślało wielu mistyków i odnajdowało swoją istotę, zaprzeczając (przelotnie) swemu statusowi stworzenia. Ale czy to dla mnie, dla Ciebie, Czytelniku?... Skądinąd sama koncepcja, że naszą głęboką prawdę mamy dopiero przed sobą, ma w sobie coś z egzaltacji XX-wiecznego egzystencjalizmu - ciągłe zdobywanie siebie w decyzji, wyborze. Czy nie jest to myślenie, które rozcieńcza i ostatecznie unicestwia ontologiczną gęstość ludzkiego świata w majakach aktywizmu bez zakorzenienia? Prometeizm, nawet religijny, może niekiedy stanowić wezwanie nieprzyjazne życiu, jest wyjątkiem, a nie regułą, granicą, a nie polem pracy. Trzeba pamiętać o tym, że jesteśmy wzywani zawsze dalej, poza zamkniętą przestrzeń świata, ale niepodobna przy tej myśli obstawać dzień i noc. To też pytania, które można sobie postawić.

Wspaniałą cechą książki Krzysztofa Dorosza jest jej myślowa jasność i głębia, otwierająca wiele perspektyw i pobudzająca do ważnych pytań. Korzystam z tego, by zatrzymać się przy eseju, który już po pierwszym czytaniu w miesięczniku obudził we mnie odczucie umysłowego niezadowolenia, jak gdyby została naruszona jakaś bariera zdrowego zmysłu. To pierwszy rozdział zatytułowany Ortodoksja moja miłość.

Żeby dobrze uchwycić własną myśl, muszę wyjść od tego, że rozumiem i moralnie aprobuję ideę tego bardzo osobistego tekstu. Autor opowiada, jak na wielkim współczesnym targowisku koncepcji religijnych najpierw przejął się głoszoną przez filozofów ideą wiary czystej i źródłowej, fundamentalistycznej, widząc w niej jedyną odpowiedź na myślowy zamęt i taniochę współczesności. I jak stopniowo ta idea, nazwana ortodoksją, ukazała mu się jako starucha „oschłego serca, przechowująca w worku łachmany, które jej wydają się skarbami”. Hm..... coś tu się wyraźnie nie zgadza (w moich oczach). Być może zwiodła Krzysztofa jego alegoria - zgodnie z nią szuka w świecie pięknej młodej kobiety, pragnąc ofiarować jej miłość, a znajduje starą wiedźmę, która nie spełnia nawet warunku zawartego w bajce: za dnia wiedźma, w nocy przemienia się w piękną dziewczynę. Rozumiem go - nie chce być więźniem przeszłości, formuł skonstruowanych przed setkami lat i do dziś strzeżonych zazdrośnie przez instytucje kościelne. Chce realizować przyrodzoną człowiekowi wolność i nie mówić „tak” niczemu, czego w głębi serca nie odczuwa jako słuszne. Bo ortodoksja, dziś zwłaszcza w katolicyzmie, to nie tylko wspaniałe budowle symboli i myśli, liturgii i wskazań moralnych. To również apel do wzięcia za nie odpowiedzialności, do zobowiązania siebie; to surowa reguła „wszystko albo nic”, która brzmi niekiedy jak podzwanianie więziennego łańcucha.

Przyjrzyjmy się obrazowi worka z łachmanami. Autor nie będzie protestował, gdy zaczniemy przywoływać to, co stanowi rzeczywisty skarb staruchy-ortodoksji: myślowy, symboliczny, wyobraźniowy. Niewiele jest w kulturze duchowych zbiorów o równej sile oddziaływania i długotrwałej płodności. Dalej wchodzę na teren, gdzie jeszcze nie wiem, czy będę miała zgodę autora. Otóż sądzę, że ten zbiór (jak by go nazwać: makrosystem?...) nie jest wcale skansenem, kolekcją osobliwości szacowną przez sam czas, jaki ma za sobą. Żyje i trwa, choć istotnie na innej zasadzie niż idee świeckie działające na ludzi epoki nowożytnej. Inaczej niż filozofie, prawodawstwo, literatura, sztuka, w których odczytujemy zainteresowanie naszymi problemami - ludzi rzuconych w niebywałą ewolucję tej cywilizacji. Przecież nie zestarzał się Skład Apostolski stanowiący o tożsamości chrześcijaństwa, nie stało się przeżytkiem zgromadzenie ludzi wokół ołtarza, by przeżywać ofiarę Ukrzyżowania. Nie zestarzały się główne koncepcje chrystologii i eklezjologii, nie zestarzał się Dekalog. Na niższym piętrze myśl Tomasza z Akwinu i wielu innych scholastyków pozostaje ciągle znaczącym sposobem patrzenia na rzeczywistość. By już nie mówić o muzyce i malarstwie tworzonych wokół „ortodoksji”, które dla ludzi wrażliwych pozostają czymś więcej niż pięknym ordynkiem tonów czy kolorów.

Domyślam się, że worek z łachmanami nie zamyka tego skarbca, lecz zawiera interpretacje i ekstrapolacje, przepisy, nakazy i potępienia, które się do niego dołączyły w ziemskim życiu instytucji; całą pragmatykę i kazuistykę, w jakie musi obrastać organizacja tak gigantyczna, obejmująca takie masy ludzkie. Dramat polegał na tym, że te instytucjonalne „nawisy” były lokowane na tym samym poziomie co sam skarb i w społeczeństwie, które wyszło ze swego kształtu tradycyjnego, prowokowały konflikt sumień i zerwania. Tutaj, tak jak pragnie autor, zasada autorytetu w znaczeniu ślepej akceptacji powinna być mierzona miarą sumienia - głoszoną przez kardynała Newmana, a dziś już dość szeroko przyjętą. To drogowskaz dla jednostki. Byłoby źle, gdyby jej odejście zawisło od rzeczy drugorzędnych, choćby nawet nieuznawanych za takie przez instytucję. Wszyscy wiemy, że łatwiej takie rzeczy pisać niż urzeczywistniać - w zawiłej strukturze Kościoła panuje lęk przed siłą odśrodkową, która może uderzyć z równą mocą w rzeczy mniej istotne i najważniejsze. Ponieważ (czy tego chcemy, czy nie) świadomość i umysły dzisiejszych chrześcijan nie są takie same jak w XIII wieku, najczęściej cnota posłuszeństwa wyraża się w przemilczaniu i odzwyczajaniu od myślenia. Ale czy ma to dużo wspólnego z „ortodoksją” w rdzennym sensie? Ze staruchą, która się łudzi, że posiada coś cennego? A może to młody rycerz, wyruszając na podbój skarbu, nie dostrzegł, że to nie tylko łachmany?

Wiele jeszcze rozważań dałoby się wysnuć na ten temat. O słuchu historycznym, który zachowujemy, gdy zostaniemy przy starej kobiecie zamiast biegać za młódkami (Krzysztofie, przebacz, teraz mnie poniosła Twoja metafora!). O fenomenalnym zmyśle wzrostu, trwałości w zmianach, nauce o człowieku, jaką dysponuje „ortodoksja”, o darach wyobrażania i konstruowania; o mocnym wyczuciu cielesności, towarzyszącym duchowym aspiracjom, o świadomości, że jednak ład i pewna hierarchizacja są niezbędne ludzkiej zbiorowości, nawet gdy obrazuje ona Ciało mistyczne. O nauce o powściąganiu subiektywności, o tym, że zmiana (w każdym sensie) musi być poprzedzona badaniem, jak można odmłodzić (w myśli i wyobraźni) to, co stare.

Niechcący prawie sporządziłam inne wyznanie pt. Ortodoksja moja miłość. To nie tak. Nie chciałabym i nie mogłabym być (brak kompetencji) autorką takiej deklaracji. Nie jestem wcale pewna, czy prymat sumienia jest faktycznie w sytuacjach konfliktu respektowany w Kościołach przyznających się do jakiegoś rodzaju „ortodoksji”. Starodawny obraz pasterza i owczarni nie jest łatwy do porzucenia, nawet w kwestiach nienajważniejszych. Rzeczywiście nie bardzo chcemy ani potrafimy poczuć się owieczkami. I to wcale nie musi znaczyć, że pragniemy pobiec na inne pastwiska.

I jeszcze jedna sprawa, już całkiem przyziemna. W Sztuce wolności występuje określony bohater. To samotny intelektualista poszukujący rozjaśnienia problemów religii i wiary, który wychodzi jak gdyby (to rodzaj świadomej fikcji metodologicznej) od punktu zero. Co więcej, w swych badaniach nie jest niczym skrępowany. W książce pojawia się zdanie protestanckiego teologa, które zapada w pamięć: religia jest również po to, by chronić człowieka przed Bogiem. Kiedyś ta funkcja ochrony wydawała mi się miałka, żenująca – odrzucałam łatwe podpórki, chciałam żyć duchowo niebezpiecznie. Jak narrator książki Dorosza: z maksymalnymi wymaganiami, ścigając to, co nie podpada pod żadne wątpliwości - i co zarazem ściśle moje. Zmieniłam się w międzyczasie? Wiem, że ochrona człowieka przed cierpieniem, niespełnieniem, lękiem śmierci to nie to, z czego drwili XIX-wieczni ateusze: ze strachu człowiek wymyślił sobie Boga. Przeciwnie, to wysoka funkcja metafizyczna, świadectwo życia pod spojrzeniem „Boga żywego”.

Książki w rodzaju Sztuki wolności są w naszym kraju bardzo rzadkie. Ludzie nie przywykli, by w taki sposób mówić im o wierze. Zbiór esejów – z ich jasnym i przyjaznym językiem zwróconym do innych - przychodzi w samą porę. Inaczej niż w tylu publikacjach teologów i duszpasterzy dobrej woli tutaj wyczuwam ton, stosunek do odbiorcy, którego z pewnością spragnionych jest wielu czytelników „Znaku”.

EWA BIEŃKOWSKA, nota 576.

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i M. Samka