|
ZDARZENIA
- KSIĄŻKI - LUDZIE
Wędrowanie
po śladach obecności,
Adam Hernas
Barbara Skarga, Ślad i obecność, Wydawnictwo
Naukowe PWN, Warszawa 2002, ss. 249
Czy możliwa jest metafizyka bez pojęcia obecności? Czy współczesne
myślenie filozoficzne może się obejść bez owej głębokiej, od wieków
przechowywanej intuicji o tym, że poznaniu dostępna jest pewna szczególna
źródłowa forma istnienia "tu i teraz", które daje się
w sposób bezpośredni i bez ryzyka błędu uchwycić wprost? A zatem,
czy myślenie to może się obejść bez pewnego minimum oczywistości,
bez choćby jednego punktu, który nie jest dotknięty wątpieniem?
Współczesna filozofia, kierując cały swój krytyczny impet przeciwko
kategorii obecności, przeciwko owemu największemu złudzeniu ludzkiej
myśli, ogłosiła schyłek metafizyki. Oto mamy przed sobą same tylko
ślady świadczące o nieobecności, grę różnic i zmiennych sensów,
które do niczego stałego się nie odnoszą, które nie pozwalają zatrzymać
się przy nich na dłużej. Oto ruchome piaski pustyni, po której możemy
swobodnie wędrować we wszystkich kierunkach. Nie ma dróg do przejścia,
nie ma wytyczonych szlaków, nie ma żadnego "dokąd" naszego
nomadycznego wędrowania.
Pytania te leżą od dawna u podstaw refleksji prof. Barbary Skargi,
podjętej niejako na nowo w zbiorze esejów Ślad i obecność, który
niedawno dostaliśmy do ręki. Znając poglądy Autorki, można by się
spodziewać gorliwej obrony myślenia metafizycznego przeciw wszelkim
"modom ponowoczesności" jako wyrazu tych niezbywalnych
dążeń, bez których człowiek nie mógłby być dalej człowiekiem, a
zatem obrony pewnej powagi i stanowczości przeciw intelektualnej
woltyżerce bez względu na jej kunszt i stopień wyrafinowania.
Książka nie jest jednak tylko zbiorem publikowanych wcześniej esejów
w obronie metafizyki obecności. Jej wewnętrznym zamysłem jest przejście
pewnej drogi, drogi możliwie najkrótszej, poniekąd także drogi na
skróty, pomijającej wszystkie te odnogi i możliwe przejścia, które
zapowiadają jedynie dodatkowe kluczenie, choćby nawet odsłaniały
nowe, zachwycające pejzaże, nie prowadząc jednak ku zdecydowanym
rozstrzygnięciom. Oto metoda uprawianej tu refleksji - przemyśleć
to, co najważniejsze, i tylko w takim zakresie, w jakim służy to
osiągnięciu przekonania, że tego, co najważniejsze, rzeczywiście
się dotknęło. Stąd też książka nie jest ciągiem akademickich analiz.
Nie ma w niej systematycznego wykładu poszczególnych twierdzeń przeciwników
i zwolenników poglądu Autorki. Nie ma tej licytacji argumentów potwierdzonych
odpowiednimi przypisami, której zwieńczeniem byłby ostateczny bilans
mocujący tezy autora. Refleksja przybiera tu natomiast formę wędrówki
po śladach, wędrówki po śladach obecności.
Droga Autorki to chodzenie po śladach w potrójnym sensie. Myślenie,
które idzie po śladach, doświadcza obecności także w tym potrójnym
znaczeniu.
Po pierwsze, śladami na drodze są filozofowie - ich myśli, w których
dotknęli "istoty sprawy". Jednak nie wszyscy uznani filozofowie
i nie wszystkie ich poglądy. Pani Profesor biegle rozróżnia tezy
ważne w sprawie i dające się akceptować od pomyłek i nadużyć - bez
względu na to, o kogo chodzi. Spierając się z Derridą, przyjmuje
zasadniczą linię jego krytyki Husserla. Idąc za Lévinasem czy Heideggerem,
odrzuca bez litości tezy wątpliwe, nawet jeśli mają one duże znaczenie
w ramach ich szerokiej wizji świata. Badając warunki tożsamości
indywidualnej postaci księcia z portretu, podważa istotne twierdzenia
Ingardena ze Sporu o istnienie świata.
Po drugie, śladami są pewne ważne doświadczenia, które niejako
wskazują na niewidzialną obecność, na obecność minioną albo na obecność,
która dopiero nastanie, która jest motywem dążenia.
Po trzecie, same ślady są ewidencją obecności jako tu właśnie naocznie
i namacalnie istniejące, bezpośrednio dostępne - a zatem ślady jako
obecność śladów, jako to, co niewątpliwe nawet wówczas, gdy zakwestionuje
się jakąkolwiek ich referencyjność. Ślad pusty, którego odniesień
nie sposób rozpoznać, jest ciągle jeszcze ostatecznie czymś, co
mamy przed sobą, na czym się to nasze wątpienie w samą jego referencyjność
opiera. Czy jest on rzeczywiście jeszcze śladem czy jedynie pewną
efemerydą sensu, to sprawa oddzielna.
Jest jeszcze jedno znaczenie obecności, które wyłamuje się z owej
logiki śladu. Jest to niewątpliwa obecność człowieka filozofa prowadzącego
całą tę refleksję, obecność żyjącego myśliciela, warunkująca niejako
samą możliwość albo i niemożliwość filozofii, ale także obecność
zwyczajnego człowieka, który codziennie od nowa przeżywa własną
egzystencję. Chodzi więc o taką obecność, która wcale nie przypomina
niewzruszonej, abstrakcyjnej struktury kartezjańskiego "ego
cogito" albo formy transcendentalnego ja Edmunda Husserla zatopionego
w strumieniu wewnętrznej świadomości, ale daje o sobie znać dopiero
w szczególnych i wyjątkowych doświadczeniach, na przykład bezpośrednio
doznanego cierpienia albo autentycznego spotkania z innym, pozostając
do tej pory niejako tylko w ukryciu lub w uśpieniu. Nie przesądzając
wcale, jak tę obecność należałoby rozumieć, trzeba przyznać, że
o tym jednym współcześni krytycy myślenia źródłowego rzeczywiście
chcieli zapomnieć.
Już z tego ujęcia widać wyraźnie, że rozumienie zarówno obecności,
jak i śladu ma tutaj charakter ontologiczny, a nie epistemologiczny.
Stąd to ścisłe złączenie śladu z obecnością i obecności ze śladem.
Ślad nie jest prostym znaczeniem, ale transcendencją znaku i pojęcia.
Rozległość metafory śladu świadczy tylko o tym, jak wiele różnych
postaci może przybrać obecność, oraz jak wiele różnych odcieni obecności
kryje się za śladem, który próbujemy rozpoznać i zidentyfikować.
DDDDroga po śladach obecności nie prowadzi zatem przez odludzia,
lecz wdziera się w gęsto zabudowane dzielnice, gdzie mają swoje
domy wielcy myśliciele Europy, od Sofoklesa i Arystotelesa, przez
Kanta i Hegla po współczesnych - Bergsona, Husserla, Heideggera,
Lévinasa czy Tischnera, a także Derridę i Foucaulta. Ich domy są
przystankami na drodze myślenia, na których znajduje ono istotne
wskazówki niezbędne do rozumienia swego wędrowania. Napotykane ślady
różnią się między sobą swym czasowym charakterem, jedne odnoszą
się do przeszłości, znacząc obecność minioną, inne zapowiadają przyszłość,
otwierając przestrzeń oczekiwania, jednak wszystkie mają swoje miejsce
w tym samym ludzkim wnętrzu - w pamięci, w umyśle, w duszy. Autorka
rozróżnia trzy symptomatyczne odmiany wewnętrznego śladu - "piętno",
"bliznę" i "wezwanie". Piętno jest znamieniem
pewnego wydarzenia w czasie albo przed czasem, które budzi nieustanne
poczucie winy. Chodzi tu zarówno o wspomnienie niegodnego czynu,
którego kiedyś się dopuściliśmy, jak i o ideę grzechu pierworodnego,
niezależnego od woli jednostki, oraz o pierwotne poczucie bycia
winnym w wersji Heideggera. Innym rodzajem piętna jest nasze poczucie
odpowiedzialności za całe zło dziejące się obok nas, któremu się
nie przeciwstawiamy i przeciw któremu nie potrafimy otwarcie protestować.
Jest to więc piętno odpowiedzialności za
Blizna to pamięć cierpienia zlokalizowanego w konkretnym czasie
przeszłości. Bliznę nosi się jak traumatyczny lęk przed bólem, który
może się zawsze powtórzyć, albo jak wspomnienie utraty, które powoduje
ból także w teraźniejszości. Szczególną odmianą blizny jest pamięć
wygnania, wspomnienie utraconego domu i opuszczonej ziemi.
Wszystkie te ślady uobecniające przeszłość są czymś, czego nie
możemy się pozbyć mimo wszelkich wysiłków. Ciąży na nich widmo jakiegoś
fatalizmu. Dlatego z perspektywy człowieka zanurzonego w teraźniejszości
i obciążonego taką ciemną historią najważniejszym śladem jest ten,
który go wyprowadza z zamkniętego koła, który otwiera mu przyszłość,
który w nim budzi nadzieje. To ślad-wezwanie, przybierający dwie
najbardziej znane formy: twarzy u Lévinasa i prześwitu u Heideggera.
W nim znajduje punkt oparcia ludzkie pragnienie, pragnienie nieznanej,
lecz zapowiedzianej i ukrywającej się obecności.
Ślady nosi się w sobie niczym genetyczne cechy własnej osobowości,
dlatego każdy człowiek ma dyspozycję do odbycia własnej wędrówki
w stronę obecności.
I jak nam się zdaje, sprawą zasadniczą jest właśnie to, że w książce
ostatecznie chodzi o obecność człowieka. Jest to ważne w kontekście
filozoficznego sporu, którego przedmiotem była szeroko rozumiana
niepowątpiewalna podstawa każdego istnienia, a więc pewne trwałe
tu i teraz, opierające się destrukcyjnemu działaniu czasu, na przykład
byt. W tym zakresie bowiem Autorka przyjmuje tezy krytyków tak szeroko
i uniwersalnie rozumianej obecności, zwłaszcza tezę Heideggera.
Jak jednak pokazuje, z pola tej słusznej krytyki zupełnie wypadł
zwyczajny człowiek, nie jako abstrakcyjne, uniwersalne bycie lub
jako Inny, będący odmiennym imieniem Nieskończoności i Boga, ale
jako konkretna obecność, wobec której nie można się w ogóle zdystansować,
której nie można zatem również poddać właściwej, teoretycznej refleksji.
Taka zwyczajna ludzka obecność przejawia się zarówno w postaci
faktyczności otaczającego mnie świata: "nic nie zmieni faktu,
że żyję wtedy właśnie, gdy są obecne takie, a nie inne wydarzenia,
takie zjawiska, takie sytuacje. Mogę zamknąć na nie oczy, ale one
po prostu są, są obecne" (s. 50); w postaci mojego ciała, zwłaszcza
jako rozkosz i ból: "Zmysłowość jest tu i teraz, ma bowiem
to do siebie, że pozostaje rzeczą pośród rzeczy, jednocześnie te
rzeczy odczuwa. Odczuwam zaś to, pośród czego obecnie przebywam"
(s. 51); "W bólu już nie mam czasu, ból jest tu, całkowicie
mnie zagarnia, jest obecny i tej obecności nie jestem w stanie odrzucić,
zdystansować się do niej, ujrzeć jej z daleka. Podobnie jest też
w rozkoszy" (s. 52); jako inny, którego spotykam w szczególnych
sytuacjach życia: "Obecność innego może mi się stać droga,
może być niemożliwa do zniesienia. Spotkanie z katem jest tak samo
wstrząsające, jak z kochankiem. I te spotkania tkają nić naszego
życia, znacząc w naszym czasowaniu się momenty obecności" (s.
53); upomina się także o nas jako potrzeba obecności wówczas, gdy
doświadczamy lęku przed nicością, kiedy siebie rozpoznajemy w swej
skończoności.
Taka obecność człowieka jest za blisko, aby mogła zostać zobaczona.
Próba porządnej analizy filozoficznej prowadzi do tego, że sama
żywa obecność przemienia się w stałą strukturę czegoś, co trwa,
a zatem w jakąś skamielinę, w martwy i nieruchomy przedmiot poznania,
w kategorię myślenia. Przestaje być wtedy obecnością.
W tej sprawie trzeba się z Panią Profesor całkowicie zgodzić. Konkretna
obecność człowieka nie mogła być rzeczywistym przedmiotem filozoficznego
sporu, jeśli nie mieściła się w ramach owej uniwersalnej zasady
poznania. Należy jednak przyjąć, że wniosek ten stanowi nie tyle
punkt dojścia i cel owej wędrówki po śladach, ile raczej oznacza
założenie ostatniego obozu w trudnym, ale kluczowym miejscu, obozu,
z którego będzie się wychodzić dalej w tamte rejony, gdzie żadne
nowe ślady nie mogą nam już służyć pomocą.
Takim właśnie wyjściem w trudny i niepoznany rejon jest zarys myślenia
o dobru, które nie posiłkuje się żadną teologią, które nie ma za
sobą silnych, religijnych przeświadczeń ani wyższych przedrozumień.
Nawiązując do słynnej agatologii księdza Tischnera, Autorka podejmuje
próbę rozumienia dobra z perspektywy doczesności człowieka, a więc
bada warunki, jakie muszą zostać spełnione ze strony ludzkiego bycia,
aby dobro mogło się w nim pojawić: "W tej zatem agatologii
naczelną kategorią byłoby nie zbawienie, lecz odsłonięcie zarówno
powagi dobra, jak i siebie, i dochodzenie, jeśli da się ono w ogóle
zrealizować, tutaj tak po Heglowsku, do coraz pełniejszej samowiedzy,
do pełni w myśleniu, o którym mówiłam już w innym eseju, czyli do
mądrości, a ta zawsze jest związana z wartościami etycznymi. To
odsłonięcie prowadziłoby nie ku zbawieniu, gdyż myśleć o nim trudno,
lecz jedynie ku możliwemu godnemu spełnieniu życia" (s. 221).
Kierunek to zatem odwrotny do tego, w jakim zmierzały agatologiczne
refleksje Tischnera. Według Pani Profesor to nie dobro wybiera człowieka
i przychodzi do niego z góry, ale to on sam musi w sobie obudzić
pragnienie czynu, wolę wyjścia z monadycznej izolacji. "Dobro
uobecnia się tylko w nas i przez nas" (s. 233); "Tylko
z tej szczerej woli, z tej chwili odsłonięcia może się narodzić
człowiek agatologiczny, a więc człowiek zwrócony ku dobru. Oto zamknięta
monada nagle swe okna otwiera nie na wezwanie innego, lecz bez wezwania,
z własnego pragnienia, by coś dać, ofiarować, w czymś pomóc, w czymś
usłużyć, zaczyna iść po śladach dobra i czyni wszystko, by się ku
niemu zbliżyć" (s. 233).
Pierwszym symptomem obecności dobra miałoby być jednak poczucie
winy i rodzący się z niego wstyd. Pragnienie czegoś innego nie jest
więc ślepym odruchem sprzeciwu wobec pewnego doznanego zła, w którym
ma się ten, uwłaczający poczuciu ludzkiej godności, udział, ale
od początku kieruje się ku czemuś obecnemu, i to obecnemu "ponad".
Mówi o tym Autorka bardzo wyraźnie, kiedy wskazuje na radykalną
różnicę ontologiczną między dobrem a złem, których nie można sprowadzać
do tego samego porządku. "Dobro jest ponad, tak jakby pochodziło
z innego ontycznego wymiaru, z przestrzeni metafizycznej" (s.
224). Pragnienie to, podobnie jak u Lévinasa, jest metafizycznym
pragnieniem Dobra, Dobra, którego wprawdzie się nie zna, ale które
się realnie przeczuwa jako obecne, a nie tylko jako ślad Dobra.
Sprawy te są oczywiście bardzo trudne do nazywania, jeśli chce się
uniknąć języka mitów albo fachowych pojęć teologii, a zabiegi nieustannego
precyzowania sformułowań na niewiele się tutaj zdają. Nie można
jednak w tym miejscu nie zadać następujących pytań:
Skąd w człowieku to pragnienie i ta "szczera wola", które
potrafią przemienić zamkniętą monadę, skąd siła wzbudzania tak przemożnych
aktów? Skąd w nim wiedza o Dobru, które przejawia się poprzez ślady?
Czy mimo wielu zastrzeżeń, jakie spotykamy w tekście na każdym kroku,
nie dochodzi tu do głosu ukryta wielka wiara w człowieka i w dobro,
które jest w człowieku obecne, tym razem już nie jako ślad, ale
jako realny okruch Dobra samego? Czy zatem to, co zostało nazwane
chodzeniem po śladach dobra, nie jest zaiste po prostu doznawaniem
dobra, a nade wszystko jego czynieniem, o czym zresztą także tekst
całkiem wyraźnie mówi ("Każdy bowiem dar dobra jest następstwem
czynu, nie biernością", s. 233)? Czy agatologia Pani Profesor
Skargi nie jest po prostu wyrazem takiej wiary w ludzkie dobro?
Powiedzenie, że mamy przed sobą mądrą książkę, świadectwo drogi,
jaką niespokojna myśl przechodzi ciągle na nowo, byłoby zarówno
truizmem, jak i z naszej strony nietaktem wobec Autorki. Książka
nie jest przewodnikiem na drodze, którą czytelnik przechodzi i powinien
przejść pod okiem mistrza, a więc nie jest jakimś intelektualnym
vademecum. Mamy natomiast przed sobą zapis wyznania filozofa, który
z tragicznych doświadczeń XX wieku, jakie nie ominęły go przecież
osobiście, wyprowadza twierdzenia tak inne od rozpowszechnionych
we współczesnym myśleniu. Doświadczenie traumatycznego cierpienia,
wygnania i prześladowania, doświadczenie spotkania z innym - z katem
albo z kochankiem - prowadzą go wprost ku refleksji o dumie. "Duma
wszakże - i co do tego nie mam wątpliwości - nie jest przywilejem
niektórych, nie jest dla wybranych, jest ona bowiem nierozerwalnie
związana z godnością, a godność z uznaniem, tym Heglowskim uznaniem,
o którym mówiłam, dla siebie i dla innego człowieka. Nie wiem, czy
każdy człowiek tę godność siebie posiada i czy jest świadom, że
posiadać ją może. Nie wiem, czy każdy ją sobie ceni, czy kpi sobie
z niej, czy traktuje jako przestarzałą kategorię z dawnych moralistycznych
pouczeń. Boję się jednak takiego świata, w którym umarłaby duma
człowiecza, albowiem wraz z nią zanikłoby uznanie godności ludzkiej,
godności nie tylko dla artystów, myślicieli, twórców kultury, ale
przede wszystkim zwykłego szarego człowieka" (s. 246).
Nie idzie tu więc o trudną apologię człowieka wbrew temu wszystkiemu,
co przeciw człowiekowi krzyczy dziś bezspornym oskarżeniem, ale
o te cierpliwie formułowane wnioski, które myślenie wyprowadza na
własną odpowiedzialność ze śladów w nim samym odciśniętych - ze
swych blizn, bólów, spotkań i pragnień. Czyż nie to właśnie nazywamy
mądrością?
ADAM HERNAS, ur. 1964, prawnik, filozof. Publikował w "Znaku",
"Logosie i Ethosie", "Kwartalniku Filozoficznym".
Mieszka w Krakowie.
POCZĄTEK
STRONY |