ZNAK logo

Sekularyzm i zanikająca transcendencja

Brak transcendencji, brak wzięcia jej pod uwagę sprawia, że nieśmiała diagnoza Taylora staje się redukcjonistycznie jednowymiarowa. Jest to wizja socjologiczna: interesuje się jedynie ludzkimi opiniami, korzyściami i zapatrywaniami oraz procesami, jakim poddane są dzieje człowieka.

Od czasu ukazania się monografii A Secular Age pozostaję w wewnętrznym sporze z jej autorem. Tutaj ograniczę się jednak do krótkiego komentarza do tekstu drukowanego w tym numerze Znaku. Zanim przejdę do konkretów, muszę zauważyć, iż myślenie Taylora przedstawione w jego wypowiedzi powoduje we mnie pewnego rodzaju niepokój co do jego metodologicznych założeń.

Największy problem to rozumienie wiary i religii, jakie leży u podstaw Taylorowskiej koncepcji sekularyzacji. Taylor zdaje się dostrzegać i podkreślać jedynie subiektywną stronę religii. Jego religia to swego rodzaju autopozycja podmiotu. W tekście Taylora brakuje mi zupełnie odniesienia do jakiejś obiektywności pozapodmiotowej. Religia wszak jest fundamentalną więzią z Bogiem i z drugim człowiekiem. Więź z Bogiem jest jednak uprzednia w stosunku do więzi wspólnotowej (wspólnota powstaje dzięki tej pierwszej więzi). Religia jest spotkaniem: w przypadku chrześcijaństwa jest to spotkanie osoby z osobą (dokładniej Osób z osobą/osobami). Brak transcendecji, brak wzięcia jej pod uwagę sprawia, że nieśmiała diagnoza Taylora staje się redukcjonistycznie jednowymiarowa1. Jest to wizja socjologiczna: interesuje się jedynie ludzkimi opiniami, korzyściami i zapatrywaniami oraz procesami, jakim poddane są dzieje człowieka. Rozumiem, że Taylora nie interesują dzieje nowożytnego, teologicznego pojmowania wiary i religii, ale jedynie drogi, jakie do nich prowadzą człowieka. Jego pytanie porusza się wewnątrz ludzkich spraw stanowiących ludzki świat (paradygmatu antropocentrycznego w rozumieniu religii). Czy jednak nawet aby odpowiedzieć na tak postawiony problem, nie należy wziąć pod uwagę owej drugiej strony aktu wiary, owego transcendentnego kresu, ku któremu wiara – jako ludzki akt – nieustannie się porusza? Zdaję sobie sprawę, że większość nowożytnych ujęć religii robiła wszystko, aby zredukować ją jedynie do zagadnień ludzkiej wyobraźni, psychologii czy socjologii. Wszystko, co nie biologiczno-fizjologiczno-socjologiczne, uważane było za „bezsensowne”. Kiedy ktoś zadaje pytanie o sekularyzację, człowieka i jego wiarę oraz religię, nie może ograniczyć się jedynie do płaszczyzny socjologicznej czy filozoficznej. Nie można pytać o religię jedynie na jednej płaszczyźnie, redukując punkt widzenia teologii (czyli samorozumienia danej religii). Teologia powinna studiować pilnie dane socjologii, socjologia zaś do swoich badań i potrzebnych im metodologicznych przedzałożeń powinna uwzględniać doktrynalne samorozumienie danej religii, a nie tylko kontekstualne perypetie, w które jest ona nieustannie i z konieczności uwikłana. Podobnie tak zwana „filozofia religii” jeśli w ogóle ta ma się zajmować poszczególnymi religiami, jak chce fenomenologia religii badająca religię przez pryzmat jej kategorialnych ucieleśnień.

Zobacz także

Komentarze

ban712

Facebook

Newsletter

Zapisz się do newslettera
i odbierz kod rabatowy!

Najpopularniejsze