ZNAK logo

Miasta – maszyny produkujące niezwykłość

Koncepcja klasy i miejsc kreatywnych Richarda Floridy budzi etyczny sprzeciw i lekceważy zdrowy rozsądek. Krzysztof Nawratek rozmontowuje ideę amerykańskiego badacza i szuka bardziej adekwatnego rozumienia kategorii kreatywności w kontekście miasta. Czy ideę miasta kreatywnego można ocalić? Jak będą wyglądać miasta przyszłości?

Czytanie Floridy. Od zachwytu do wstydu

W filmie Mike’a Leigh Another Year oglądamy angielską rodzinę z klasy średniej – dobrą, kochającą się i wrażliwą na problemy świata. Rozsiadamy się wygodnie w kinowym fotelu i w błogości współodczuwania radujemy się widokiem dobrych ludzi czyniących dobro. Po pewnym czasie zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort i uświadamiamy sobie, że owi dobrzy ludzie celebrują swą dobroć, zasycając ją do wewnątrz swego domu, pozostawiając za drzwiami zło i cierpienie. Wówczas przestajemy czuć się tak dobrze i błogo, a co wrażliwsi spośród nas mogą nawet mieć wyrzuty sumienia. Trochę podobnie jest z recepcją książek i idei Richarda Floridy.

Jego Narodziny klasy kreatywnej pochodzą z 2000 roku i wielu ludziom wystarczyło te jedenaście lat, by nie tylko zwątpić w jego idee, ale by zacząć się po prostu wstydzić, że kiedykolwiek wydawały im się atrakcyjne. Chociaż wciąż jest wielu gotowych wydać czterysta funtów, by uczestniczyć w jego wykładzie!

Jak żartują niektórzy brytyjscy akademicy, jednym z kreatywnych pomysłów, na którym Florida mógłby zarobić jeszcze więcej pieniędzy, mogłyby być zajęcia odwykowe od jego własnych idei. Wstydliwy aspekt kreatywnego miasta, dokładnie jak w filmie Mike’a Leigh, znajduje się poza wyidealizowanym światem klasy średniej – mianowicie ktoś tym wszystkim artystom, dizajnerom, programistom komputerowym sprząta domy, niańczy dzieci i wynosi śmieci. Im liczniejsza klasa kreatywna, tym więcej potrzeba przedstawicieli „podklasy”, ludzi wykonujących najprostsze, lecz przecież niezbędne prace. Idea klasy i miasta kreatywnego jest kontrowersyjna nie tylko z etycznego punktu widzenia – wszak można wierzyć (technoutopia wiecznie żywa!), że kiedyś wszyscy będziemy artystami, a sprzątać za nas będą automaty. Problem z ideą miasta kreatywnego polega na tym, że takie miasto po prostu nie działa.

Pomysł Floridy nie jest tak naprawdę nowy i na dobrą sprawę, można by cofnąć się aż do Arystotelesa i jego tezy, że miasto nie może być społecznie homogeniczne i że jedynie różnorodność jest stanem naturalnym. Florida jest oczywiście znacznie bardziej wyrafinowany (ponad dwa tysiące lat czyni różnicę) i proponuje splot trzech „t”: talentu, technologii oraz tolerancji. Dwa pierwsze „t” są bezdyskusyjne i nie budzą żadnych emocji. Natomiast oryginalność Floridy ujawnia się w tym trzecim „t”. Przekonanie, że tolerancja jest niezbędna do rozwoju, jest tym czynnikiem, który wywołuje błogość wszystkich wrażliwych liberałów i niektórych ludzi lewicy. To, że ani autorytarny charakter Singapuru, ani konserwatywny charakter Monachium nie przeszkadzają im w rozwoju, o którym wiele „cool and chic” miast mogłoby pomarzyć, umyka ich uwadze lub tłumaczą ich sukces po prostu ich specyfiką.

Kultura motorem rozwoju?

W recepcji idei „kreatywności” przekonanie o związku pomiędzy tolerancją a rozwojem gospodarczym zaowocowało polityką wspierania działań kulturalnych oraz sztuki. W poprzemysłowym zachodnim mieście ekonomiczna przyczyna jego istnienia zniknęła. Pozostała turystyka i instytucje zajmujące się spekulacjami finansowymi (ile może być miejsc takich jak londyńskie City czy nowojorska Wall Street?). Stąd kultura i sztuka wydawały się dla miast rozwiązaniem najlepszym, a do tego jakże spektakularnym.

To przecież oczywiste, że muzeum sztuki nowoczesnej wygląda znacznie atrakcyjniej niż lokalne centra kultury, szkoły czy budownictwo socjalne. Przykład Bilbao zdawał się potwierdzać tę tezę i działał wszystkim mocno na wyobraźnię (a że nikomu sukcesu tego miasta powtórzyć się nie udało? Cóż... indywidualni nieudacznicy). Moim ulubionym przykładem widowiskowej klęski jest Narodowe Centrum Muzyki Popularnej w Sheffield wybudowane w 1999 roku za niebagatelną kwotę piętnastu milionów funtów, a zamknięte rok później.

W promocję kultury i sztuki zaangażowali się bezpośredni beneficjenci takiej polityki – artyści, dziennikarze, mieszczańscy aktywiści, architekci. Jeśli główną funkcją klasy średniej jest manipulacja językiem i – szerzej – kulturą (w interesie klas wyższych), to ostatnie dwadzieścia lat było okresem jej podwyższonej aktywności. Trzy „t” Floridy i koncepcja miasta kreatywnego Charlesa Landry’ego (o kreatywnym mieście pisał w książce The Creative City) zredukowano do polityki, która opiera się na festiwalach artystycznych i budowie nowych muzeów.

W Polsce książka Floridy ukazała się niedawno i wzbudziła entuzjazm niektórych polityków – głównie za sprawą ekscytacji Euro 2012 oraz konkursem o miano europejskiej stolicy kultury 2016. Również w naszym kraju rozwój poprzez kulturę i sztukę staje się powszechnie wyznawanym dogmatem. Pojawiają się już jednak heretycy podważający ideały „kreatywnego miasta”. Polska nie jest samotną wyspą i wielu Polaków bierze czynny udział – nawet jeśli tylko jako konsumenci – w światowej wymianie myśli. Na przykład na jednym z pierwszych spotkań promujących książkę Floridy w Poznaniu nikt jej nie chciał kupić. Nie tyle brak zainteresowania czytelników, ile zadłużenie polskich miast i nieuchronny kryzys fiskalny w 2013 roku prawdopodobnie odeślą idee miast kreatywnych na śmietnik. Mimo wszystko – szkoda.

Uprzemysłowienie kultury

Idee Richarda Floridy najwięcej złego wyrządziły, ekonomizując kulturę. Wbrew tradycyjnemu poglądowi, zgodnie z którym kultura jest spoiwem społeczeństw, idee Floridy umieściły ją wewnątrz świata finansowych zysków i strat, obok kopalń, hut, fabryk, banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Co gorsza – idee miasta kreatywnego sprowadzono w ich odczytaniu przez polityków do pomysłu, by muzea zastąpiły kopalnie. Najlepszym przykładem takiego myślenia jest strategia przyjęta przez Katowice, w której zamiast eksponować swą przemysłową, a zatem w domyśle wstydliwą przeszłość, postawiono na koncepcję miasta ogrodów.

Problem z krytyką Floridy polega przede wszystkim na tym, że wspomniane wcześniej przekonanie o niekomercyjnym znaczeniu kultury dziś, zgodnie z profetycznym przekonaniem Marksa, że wszystko, co święte, zostanie przez kapitalizm zniszczone, już nie obowiązuje. Jakakolwiek debata na dowolny niemal temat musi prędzej czy później kończyć się na księgowości. Popularność teorii Floridy bierze się bezpośrednio z kapitulacji lewicy przed wolnym rynkiem. W Polsce przecież nawet „żelazny kanclerz” Leszek Miller dostaje nagrody od przedsiębiorców i głosi: „There is no alternative”. Margaret Thatcher może być dumna. Świat, w którym homoseksualizm to specyficzna nisza rynkowa, a bieda jest jednostkową przypadłością nieudaczników, jest światem w którym tryumf Floridy jest oczywisty. Nie ma nic poza gospodarką, głupku!

Co zachować z idei miasta kreatywnego?

Floridę łatwo więc ośmieszyć, pokazując po prostu, że jego idee nie działają, że miasta o wysokiej koncentracji klasy kreatywnej, jak Barcelona czy Berlin, są zadłużone po uszy i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała się nagle zmienić. Pytanie dziś brzmi raczej – czy coś z idei miasta kreatywnego i klasy kreatywnej można ocalić?

Nie ulega wątpliwości, że współczesna gospodarka jest i będzie oparta na wiedzy i innowacjach. Bez znaczenia jest, czy kapitalizm przetrwa, czy też przejdziemy w fazę jakiegoś postkapitalizmu (moim zdaniem już w niej jesteśmy), by poradzić sobie ze zmianami klimatycznymi, niedoborem surowców, starzeniem się społeczeństw Zachodu, głodem i innymi problemami. Będziemy potrzebowali nowych rozwiązań i technologii. Kapitalizm w późnej fazie konsumpcyjnego rozpasania (konsumpcji, a nie akumulacji) wciąż jest głodny nowości. Kreatywność i zdolność tworzenia innowacji są i będą warunkiem przetrwania. O jakich jednak innowacjach, o jakiej kreatywności mówimy? I jaki jest związek pomiędzy kreatywnością a miastem?

Wielbiciele miast – nie tylko Florida, ale również Edward Glaeser, Sharon Zukin, Saskia Sassen, Jane Jacobs czy klasyk myśli socjologicznej Georg Simmel podkreślali, że kreatywność i miejskość są pojęciami niemal tożsamymi. Miasto ze swoją społeczną różnorodnością, w którym nadprodukuje się informację i impulsy, stymuluje innowacje i prowadzi do zmian. Jeszcze trzydzieści lat temu taki pogląd wydawał się oczywisty – miasto było jedynym środowiskiem o tak gęstych międzyludzkich interakcjach. Dziś już tak nie jest. Pojawił się Internet i spowodował wykształcenie się nowej przestrzeni komunikacji, w której powstają innowacje.

Około trzydziestu lat temu narodził się również inny fenomen, który zakwestionował niezbędność miasta w produkcji innowacji – Dolina Krzemowa, która stała się w latach osiemdziesiątych fenomenem na skalę światową (powstała w początkach dwudziestego wieku) i jest ikoną miejsca, gdzie nowe technologie są opracowywane i produkowane. To właśnie Dolina Krzemowa doprowadziła do rozwoju idei klastra technologicznego – miejsca całkowicie odrębnego od miasta.

Kreatywność poza miastem

Najciekawszą, moim zdaniem, krytykę niezbędności miasta znaleźć można w pracach szwedzkiego geografa, Bjørna Asheima. Badacz ten zajmuje się przede wszystkim klastrami i interesują go mechanizmy wytwarzania wiedzy, transmisji informacji i produkcji opartej na wiedzy. Używa on dość prostej typologii wiedzy użytecznej dla gospodarki, wymienia: wiedzę analityczną, syntetyczną i symboliczną. Przedstawię ich charakterystykę w wielkim skrócie, Wiedza analityczna jest najłatwiejsza do kodyfikacji i transmisji, gdyż są to głównie dane liczbowe, produkowane i przetwarzane przez ośrodki badawcze. Miasto nie jest im do niczego potrzebne. Wiedza syntetyczna jest wiedzą powstającą w trakcie eksperymentowania, tworzenia i budowania. Jest to wiedza inżynierska, która jest generowana i użytkowana w klastrach technologicznych. Wreszcie wiedza symboliczna, tworząca się przede wszystkim poprzez relacje międzyludzkie, związana z produkcją kultury – jako jedyna potrzebuje do swojego rozwoju miasta.

Analizy Asheima pozwalają zrozumieć desperację pomysłów Floridy i Landry’ego. Rzeczywiście – miasto to miejsce, gdzie można napisać piosenkę, scenariusz, nakręcić film, ale nie jest niezbędne, by prowadzić badania nad syntezą termojądrową czy nanotechnologią.

Potwierdzeniem tego punktu widzenia mogą być intuicje Edwina Bendyka, który przewiduje poważne problemy największych polskich miast po roku 2012. Trudności związane z nieracjonalnymi inwestycjami przy okazji Euro 2012 i w konsekwencji poważnymi dziurami w miejskich budżetach. Natomiast w jasnych barwach Bendyk maluje przyszłość mniejszych ośrodków miejskich, takich jak Rzeszów i Białystok.

Otóż właśnie Rzeszów wraz z Doliną Lotniczą, czyli klastrem firm związanych z przemysłem lotniczym, może stać się potwierdzeniem, że Asheim ma rację, a Florida i Landry się mylą. Oczywiście należy być ostrożnym, zanim zacznie się wieszczyć kolejny cud gospodarczy. Niemal na cały przemysł Doliny Lotniczej składają się fragmenty globalnych korporacji, co z jednej strony łatwo i skutecznie łączy go ze światową gospodarką, jednakże nie zakorzenia mocno w określonej lokalności.

Mimo zastrzeżeń przykład Doliny jest ważny, ponieważ pokazuje, że innowacyjność w gospodarce i sukces ekonomiczny wcale nie potrzebują dużych miast i niekoniecznie muszą mieć związek z kreatywnością w rozumieniu Charlesa Landry’ego ani z klasą kreatywną opisywaną przez Richarda Floridę. Przykład Rzeszowa wskazuje przede wszystkim na znaczenie powiązań między poszczególnymi strukturami społeczno-gospodarczymi oraz politycznymi i pokazuje, że innowacja bierze się ze wzrostu skomplikowania układu, a nie z jego dekompozycji polanej marketingowo-artystycznym sosem.

Obrońcy znaczenia miasta

W wydanej niedawno książce Triumph of the City Edward Glaeser usiłuje bronić idei miasta, powołując się właśnie na Dolinę Krzemową oraz na jej indyjski odpowiednik – Bangalore. Glaeser usiłuje przekonać czytelnika, że sukces tych miejsc bierze się z możliwości fizycznego spotkania w pracy, którego sposobność zawsze będzie wygrywała z telepracą. To prawda. Natomiast problem polega na tym, że warunkiem spotykania co dzień kilkunastu czy kilkudziesięciu współpracowników na pewno nie jest zamieszkanie w wielomilionowej aglomeracji.

Ciekawa jest analiza stylów życia pracowników firm, które można uznać za należące do sektora kreatywnego w Polsce. Ze wstępnych wyników trwających badań, wyłania się dość przewidywalny obraz, który dobrze znamy – pracownicy ci to ciężko pracujący, najczęściej młodzi ludzie, spędzający wolny czas w modnych klubach, knajpach i jeżdżący na wakacje za granicę. Przyjaźnią się przede wszystkim z ludźmi z podobnych grup społecznych i tworzą zamknięte, elitarne środowisko. Miasto potrzebne jest im przede wszystkim jako scenografia i niekoniecznie jest to polskie miasto, w którym żyją i pracują. Mimo posiadania setek przyjaciół na Facebooku, społeczno-przestrzenna sfera ich aktywności jest o wiele mniejsza niż ta oferowana im przez miasta i zupełnie się z miastem nie pokrywa.

Oczywiście olbrzymie miasta wciąż istnieją i ich znaczenie nie maleje. Problem w tym, że te miasta, przede wszystkim w Azji, Ameryce Południowej czy Afryce, to miasta bardziej przypominające dziewiętnastowieczne europejskie miasta przemysłowe niż wyśnione przez Amerykanów i Europejczyków post-przemysłowe miasta kreatywne. Wciąż rosną również Londyn czy Nowy Jork, z niczego powstał Dubaj. I rzeczywiście są to miasta będące do pewnego stopnia dowodami na słuszność tez Glaesera, Floridy czy Sharon Zukin. Takich miast jest jednak bardzo niewiele – ich fenomen polega przede wszystkim na tym, że są one kluczowe dla światowych centrów spekulacji finansowych. Razem tworzą swego rodzaju gospodarczą stolicę świata. Miejsca na więcej stolic finansowych już raczej nie ma. Natomiast nadal jest miejsce na stolice regionalne, których przykładami są Hongkong, Frankfurt czy Tokio.

Miasta przyszłości

Jak więc miałoby wyglądać miasto przyszłości, miasto, w którym produkuje się kulturę i innowacje? Miasto, które rzeczywiście jest węzłem sieci przyszłego świata? Wydaje się, że wciąż cechą konstytutywną miasta pozostanie gęstość fizycznych międzyludzkich interakcji. Musi być jednak przezwyciężony plemienny ekskluzywizm ludzi zamykających się w swoich wyjątkowych stylach życia, wśród swoich przyjaciół i współpracowników. Prawdziwie kreatywne miasto to miasto otwarte na niespodziankę.

Termin „augmented reality” [rozszerzona rzeczywistość, czyli świat rzeczywisty połączony z tym generowanym komputerowo; przyp. red.] już przeniknął do teorii miejskiej i prawdopodobnie dobrze opisuje przyszłe miasto. Wielkoprzemysłowa produkcja prędzej czy później ustąpi w końcu pola produkcji na małą skalę bądź produkcji niszowej – z kolei taka fragmentaryzacja produkcji wymusi wzrost liczby projektantów opracowujących poszczególne, krótkie i unikalne serie. Taki model produkcji wymusi również nowe metody transportu i dystrybucji towarów.

Miasto kreatywne przyszłości będzie więc niezwykle gęstą, wielowymiarową strukturą przestrzeni na małą skalę. Innowacje nie biorą się jednak jedynie z błyskotliwych umysłów – kluczowy jest kontekst – infrastruktura społeczna i technologiczna. Najważniejszym elementem tej infrastruktury jest, po pierwsze, wykształcenie – nie tylko uniwersyteckie (Dolina Krzemowa nigdy nie powstałaby bez Uniwersytetu Stanforda w bliskiej odległości), ważne są również bardzo dobre szkoły na poziomie podstawowym i średnim, które uczyłyby interdyscyplinarnej perspektywy przyswajania informacji.

Równie ważne są efektywne instytucje miejskie, które zapewniłyby bezpieczeństwo – zarówno w sensie dosłownym, jak i socjalnym, czego dobrym przykładem jest Singapur. Niezbędnym dopełnieniem społecznej infrastruktury jest otwarcie na innowacje społeczno-polityczne, a tu z kolei możemy uczyć się od miast Ameryki Południowej, z Kurytyby, Bogoty czy Porto Alegre. Największym wyzwaniem pozostaną elementy infrastruktury transportowej.

W filmie Rema Koolhaasa o Lagos jest scena, w której przez targowisko przejeżdża pociąg. Okazuje się bowiem, że znajduje się ono na torowisku i obszarze do niego przyległym. Ponieważ pociągi kursują w regularnych odstępach, w czasie pomiędzy jednym a drugim przejazdem przestrzeń torowiska wykorzystywana jest do innych celów. I gdybym miał wskazać coś, czego moglibyśmy nauczyć się od Lagos, to właśnie ta scena jest wskazówką – potrzebujemy hiperefektywnego wykorzystywania przestrzeni.

Oszczędność energii i czasu wymusi zgęszczenie tkanki urbanistycznej – przestrzeń stanie się bardziej elastyczna, tak by mogła być wykorzystywana przez wciąż nowe funkcje i aktywności. Muszą jednak pozostać w niej przerwy, a być może wręcz wymuszane „przebicia”, które zakłócałyby płynność i przewidywalność miejskiego życia i technologicznych procesów. Miasto przetrwa i rozkwitnie jako rodzaj biologicznej maszyny produkującej niezwykłość.

KRZYSZTOF NAWRATEK, architekt, urbanista, teoretyk miasta. Wykładowca na University of Plymouth w Wielkiej Brytanii, autor książek Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji, Miasto jako idea polityczna. W przygotowaniu Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji

 

Zobacz także

Komentarze

ban709-1

Facebook

Newsletter

Zapisz się do newslettera
i odbierz kod rabatowy!

Najpopularniejsze