|
KRZYSZTOF PAŁYS
Michale
i Kubo!
Choć pomiędzy mną a Orwellowskim
rokiem tytułującym Waszą rubrykę jest pięć lat różnicy, po przeczytaniu
Waszych tekstów musiałem stwierdzić, że praktycznie tymi samymi
oczami patrzymy na jedno zjawisko.
Żeby pisać o "pokoleniu
urodzonych w 1984" jak umownie zostało ono nazwane " wcale,
jak sądzę, nie trzeba wprowadzać rozróżnienia na dresów, blokersów
(pamiętam, jak razem z "kumplami z osiedla" śmialiśmy się z tej
idiotycznej dla nas wówczas nazwy) i tych lepszych w domyśle "
nas. Różnimy się punktami, z których startujemy, i możliwościami,
które w większym lub mniejszym stopniu są zależne od nas. W podejściu
do życia nie dostrzegam jednak wyraźnych różnic.
Sprowokowany, postanowiłem
podzielić się więc swoimi spostrzeżeniami, co do mojego (naszego)
pokolenia. Pokolenia tekstowych komunikatorów, internetu, wideoklipu
i symulowanego na ekranie obrazu, ale też pokolenia przywiązanego
do wielu wartości, może i czasem naiwnych, ale dla nas ważnych.
Zagubienie.
Teraz nie jest inaczej
niż wówczas, gdy ja kończyłem liceum. Ludzie zarówno z mojego, jak
i Waszego rocznika, tak samo boją się życia, siebie nawzajem, ale
też odrzucenia, krytyki i śmieszności. Tak naprawdę nie mamy odwagi
pokazać, co nas naprawdę boli, przyznać się, że często zupełnie
nie wiemy, co zrobić ze swoim życiem, pomimo tych tak niby wielu
otwartych przed nami drzwi. Jesteśmy ambitni, zdolni, wygadani,
błyskotliwi, ale nawet jeśli mamy jakieś ideały i cele, wewnątrz
czujemy trudną do określenia monotonię i samotność. (Tak, zgadzam
się z Kubą, to pokolenie samotne.) Ile razy z wspólnych imprez,
pełnych śmiechu i nowych znajomych, wracaliśmy smutni i z poczuciem
pustki? Jesteśmy wśród "swoich", wiedząc, że nasza obecność tak
naprawdę niewiele znaczy. Nierzadko opuszczamy takie spotkania z
roześmianą twarzą, lecz jeszcze bardziej świadomi osamotnienia,
niż kiedy szliśmy na fantastyczny "melanż".
Pytanie o sens.
Kultowy już zespół Kaliber
44 w swojej modlitwie ateisty wołał:
Może te słowa za małe są
Przecież jestem tylko łzą, przecież jestem tylko wszą
(...) Odpowiedz mi, powiedz
Przecież ja nie jestem pewien, może oni łżą
(...) No i podaj mi dłoń i podaj mi rękę...
Podaj mi dłoń
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma?
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma?
Bądź, a klęknę!
Magik, najbardziej ceniona
postać polskiej sceny rapu, perfekcjonista w układaniu rymów, będący
"jak określano go" "klasą samą w sobie", jakiś
czas po powstaniu tego utworu popełnia samobójstwo, skacząc z dziewiątego
piętra. Miał zaledwie 22 lata, zostawił jednak żonę z dzieckiem.
Wciąż wołamy o sens tego wszystkiego, sens świata, w którym przyszło
nam żyć, a którego nie rozumiemy.
Michał, ogłosiłeś konkurs
na imię naszego boga. Pomysł bardzo mi się spodobał, więc proponuję
swoją nazwę. Jest nią "neurotyczna szczęśliwość". Nasze pokolenie
to pokolenie samonapędzające się sloganami, które mają wskazać drogę
do szczęścia. Ścieżki, które tam oficjalnie nie wiodą, są wyśmiewane,
rzuca się na nie śmieci. Tę generację obudowaliśmy nakazami: musisz
robić to i to. Jeśli to robisz, jesteś szczęśliwy, jesteś "swój".
Jeśli tego nie robisz, jesteś nieudacznikiem, jesteś odrzucany.
Lęk i osamotnienie, które nosimy w sobie, nie pozwalają się przyznać,
że kiedy towarzysko błyszczymy, to wewnątrz naszych dusz pada deszcz,
a do oczu cisną się łzy. Rywalizacja, kto będzie "naj". Kto najwięcej
wypije, kto ma najmocniejszą głowę, robi najszybszą karierę, ma
największe powodzenie, najszybciej się uczy, ma najwięcej znajomych,
przyjaciół, najskuteczniej rozpycha się łokciami. W tym wszystkim
czujemy się jak Mario Bros " dokoła przesuwa się tło, lecz my stoimy.
Najsłabsi odpadną, takie są zasady, my jednak nie możemy się do
nich zaliczać, nie jesteśmy nieudacznikami. Odgrywamy więc dalej
nasze role, mając już nową, serdeczną paczkę.
Kiedyś Dziki, dźwiękowiec
Armii, powiedział, że można udawać twardziela, a w nocy ryć w poduszkę.
Każdy z nas boi się odrzucenia, dlatego chce wciąż nakładać na siebie
ochronną powłokę, by nie zostać skrzywdzonym. Co więcej, jak mówi
Fromm, człowiek nawet oddaje swoją wolność, przekazując ją innym,
byle tylko być szanowanym, uznawanym, akceptowanym. Chce uniknąć
społecznej dezaprobaty, więc boi się pójść pod prąd. Nasza generacja
to właśnie ci twardziele z zajebardzo mocną psyche, którzy zwijają
się w bólu swojego poczucia bezsensu i samotności. W dzień należy
przykleić na twarz plastik, by przypadkiem przyjaciele nie spostrzegli
naszej słabości. Że nie jest cool. Że nie czujemy się trendy. Że
nie jesteśmy spoxx. I tak wymuszamy na sobie szczęście, jak ta zakonnica
z anegdoty: " Siostra to musi być w zakonie szczęśliwa! " Tak, muszę.
POCZĄTEK
STRONY |
|
Nonkonformizm.
W świecie uśmiechniętych
bilbordów i maksymalnie pięknych twarzy nie powinniśmy pytać, czy
jesteśmy szczęśliwi, ale czy czujemy się wolni. I nie mam tu na
myśli powierzchownie pojętej swobody, tolerancji polegającej na
myśleniu, jak myśli reszta, z obawy przed odrzuceniem. Mówię nie
tyle o wolności związanej z sytuacją społeczną i materialną, ile
o wolności, którą nosi się w sobie i której nikt nie może nam odebrać
bez naszej zgody. Za taką wolnością moje pokolenie tęskni, ale i
boi się jej.
Kiedy nagle okazuje się,
że mamy marzenia zupełnie inne niż reszta otoczenia, zdajemy sobie
sprawę, że pójście za nimi wiąże się z zostawieniem za sobą tego,
czym żyliśmy do tej pory. I nagle wszystko zaczyna nas przerastać,
a my coraz bardziej nie pasujemy do tej układanki. Outsiderzy są
w cenie, ale tylko w znanym kawałku Pidżamy Porno. Bo choć niby
wiemy, że warto podążać swoją własną drogą, jednak przeraża nas
cena, jaką przychodzi za to zapłacić " samotność. Kogo tak naprawdę
stać na to, by płacić samotnością? Tak więc wciąż "jesteśmy sobą",
a w rzeczywistości " tacy, jaki inni. Nikt nie chce być wtłoczony
w jednowymiarowy wzorzec, ale wychylanie się z szeregu też nie jest
w cenie. Letniość i miałkość.
"Nie zgrywaj agentury,
nie bądź zbytnio towarzyski, bądź bliski dla bliskich" " rymuje
WWO. Przyjaźń? Owszem, pod warunkiem, że nie godzi w nasze poczucie
wolności. Z przyjaźnią jednak wiąże się wierność, która zmusza do
dawania swojego czasu, samych siebie. Przyjaźń zatem ogranicza wolność,
a to nie pozwala nam w pełni być sobą, być szczęśliwymi. Tak więc
zapętlamy się w górnolotnych hasłach, coraz mniej wierząc w to,
że mogą istnieć wartości niezmienne. Znaczenia słów są relatywne,
zmieniają się niczym ogłoszenia o pracy w gazetowej rubryce. Kiedy
ktoś opowiada dowcip, śmieją się nawet ci, którzy go nie usłyszeli.
Inaczej będą przecież wypchnięci na zewnątrz. Taki właśnie jest
nasz szacunek dla inności, w który tak mocno wierzymy.
To, co nas rzeczywiście
powstrzymuje przed podjęciem działania, to wcale nie możliwa porażka,
lecz sam lęk przed nią. I choć przybieramy pozy obojętności i dystansu,
większość z nas wciąż martwi się, co o nas powiedzą, pomyślą. Obawiamy
się, że zburzymy swój wizerunek, który musi mieć jak najmniej skaz.
W ten sposób dostosowujemy się do większości, bojąc się wyśmiania,
bojąc się wychylać.
Nazywamy kiczem muzykę,
literaturę, nawet zachowanie człowieka. Możemy się w końcu dowartościować
kosztem czegoś. Kogoś. Kręcimy więc głową, ze sceptycznym grymasem
na twarzy, na widok kolorowych tygodników, że banalne, głupie, naiwne.
Śmiejemy się z bojsbendów, że ustawiane i nic nie wnoszą do muzyki,
z komercyjnego Wiśniewskiego (ostatnio bardzo popularny chłopiec
do bicia), ze snobistycznego stylu życia. Najbezpieczniej stać pośrodku.
Nie być ani prawdziwym, ani fałszywym. W ten sposób krytyka, której
się tak boimy, nas ominie. Patron WSE, ks. Józef Tischner mawiał,
że być wolnym to być sobą u siebie. Śmiem twierdzić, że nasza generacja
tak naprawdę nie jest ani sobą, ani u siebie. Jest pomiędzy. "Nie
muszę być szanowaną osobą. Nie muszę akceptować wartości, które
wszyscy każą mi akceptować" " powtarza każdy z nas jak mantrę, tylko
że ta nasza niezależność nijak się ma do konformizmu wszechobecnego
w naszym własnym środowisku. Zjadamy więc swoje własne ogony, nawet
o tym nie wiedząc.
Myślę, że pisząc o swojej
generacji, nie sposób uniknąć uogólnień, poglądy każdego autora
zawsze będą spaczone subiektywizmem. Ktoś powie, że łatwo mi dystansować
się, pisać z perspektywy klasztornej celi. Zgoda. Jest łatwiej,
tylko że pisząc ten tekst miałem na myśli również siebie, gdyż mimowolnie
nadal jestem częścią tego pokolenia, pokolenia wciąż żebrzącego
o uznanie i akceptację. Może już czas otrzepać się ze styropianu?
PS. Wybacz, Michał, ale
w ateuszy w naszej generacji nie wierzę. Wierzę w bunt przeciw wypaczonej
religijności, obłudnej moralności, fałszywej wizji Boga. Ale ateistów
ja wśród nas po prostu nie potrafię znaleźć. Nie widziałem ich ani
wśród moich studenckich przyjaciół (a jak na ludzi poszukujących
przystało, zacieśnialiśmy więzy przyjaźni podczas wielu wspólnych
spotkań tak intensywnie, że zostałem dyscyplinarnie usunięty z mojego
akademika), ani też gdy obracałem się przez kilka lat w resocjalizacyjnych
klimatach. Śmiem nawet twierdzić, że pragnienie Absolutu jest w
nasze pokolenie wpisane. Tylko któż z nas się do tego przyzna?
PS.2. Gratuluję pomysłu
na rubrykę.
Krzysztof
Pałys OP, ur.1979.
|