Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MAJ 2004, NUMER 588



 

KRZYSZTOF PAŁYS

Michale i Kubo!

Choć pomiędzy mną a Orwellowskim rokiem tytułującym Waszą rubrykę jest pięć lat różnicy, po przeczytaniu Waszych tekstów musiałem stwierdzić, że praktycznie tymi samymi oczami patrzymy na jedno zjawisko.

Żeby pisać o "pokoleniu urodzonych w 1984" jak umownie zostało ono nazwane " wcale, jak sądzę, nie trzeba wprowadzać rozróżnienia na dresów, blokersów (pamiętam, jak razem z "kumplami z osiedla" śmialiśmy się z tej idiotycznej dla nas wówczas nazwy) i tych lepszych w domyśle " nas. Różnimy się punktami, z których startujemy, i możliwościami, które w większym lub mniejszym stopniu są zależne od nas. W podejściu do życia nie dostrzegam jednak wyraźnych różnic.

Sprowokowany, postanowiłem podzielić się więc swoimi spostrzeżeniami, co do mojego (naszego) pokolenia. Pokolenia tekstowych komunikatorów, internetu, wideoklipu i symulowanego na ekranie obrazu, ale też pokolenia przywiązanego do wielu wartości, może i czasem naiwnych, ale dla nas ważnych.

Zagubienie.

Teraz nie jest inaczej niż wówczas, gdy ja kończyłem liceum. Ludzie zarówno z mojego, jak i Waszego rocznika, tak samo boją się życia, siebie nawzajem, ale też odrzucenia, krytyki i śmieszności. Tak naprawdę nie mamy odwagi pokazać, co nas naprawdę boli, przyznać się, że często zupełnie nie wiemy, co zrobić ze swoim życiem, pomimo tych tak niby wielu otwartych przed nami drzwi. Jesteśmy ambitni, zdolni, wygadani, błyskotliwi, ale nawet jeśli mamy jakieś ideały i cele, wewnątrz czujemy trudną do określenia monotonię i samotność. (Tak, zgadzam się z Kubą, to pokolenie samotne.) Ile razy z wspólnych imprez, pełnych śmiechu i nowych znajomych, wracaliśmy smutni i z poczuciem pustki? Jesteśmy wśród "swoich", wiedząc, że nasza obecność tak naprawdę niewiele znaczy. Nierzadko opuszczamy takie spotkania z roześmianą twarzą, lecz jeszcze bardziej świadomi osamotnienia, niż kiedy szliśmy na fantastyczny "melanż".

Pytanie o sens.

Kultowy już zespół Kaliber 44 w swojej modlitwie ateisty wołał:

Może te słowa za małe są
Przecież jestem tylko łzą, przecież jestem tylko wszą
(...) Odpowiedz mi, powiedz
Przecież ja nie jestem pewien, może oni łżą
(...) No i podaj mi dłoń i podaj mi rękę...
Podaj mi dłoń
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma?
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma?
Bądź, a klęknę!

Magik, najbardziej ceniona postać polskiej sceny rapu, perfekcjonista w układaniu rymów, będący "jak określano go" "klasą samą w sobie", jakiś czas po powstaniu tego utworu popełnia samobójstwo, skacząc z dziewiątego piętra. Miał zaledwie 22 lata, zostawił jednak żonę z dzieckiem. Wciąż wołamy o sens tego wszystkiego, sens świata, w którym przyszło nam żyć, a którego nie rozumiemy.

Michał, ogłosiłeś konkurs na imię naszego boga. Pomysł bardzo mi się spodobał, więc proponuję swoją nazwę. Jest nią "neurotyczna szczęśliwość". Nasze pokolenie to pokolenie samonapędzające się sloganami, które mają wskazać drogę do szczęścia. Ścieżki, które tam oficjalnie nie wiodą, są wyśmiewane, rzuca się na nie śmieci. Tę generację obudowaliśmy nakazami: musisz robić to i to. Jeśli to robisz, jesteś szczęśliwy, jesteś "swój". Jeśli tego nie robisz, jesteś nieudacznikiem, jesteś odrzucany. Lęk i osamotnienie, które nosimy w sobie, nie pozwalają się przyznać, że kiedy towarzysko błyszczymy, to wewnątrz naszych dusz pada deszcz, a do oczu cisną się łzy. Rywalizacja, kto będzie "naj". Kto najwięcej wypije, kto ma najmocniejszą głowę, robi najszybszą karierę, ma największe powodzenie, najszybciej się uczy, ma najwięcej znajomych, przyjaciół, najskuteczniej rozpycha się łokciami. W tym wszystkim czujemy się jak Mario Bros " dokoła przesuwa się tło, lecz my stoimy. Najsłabsi odpadną, takie są zasady, my jednak nie możemy się do nich zaliczać, nie jesteśmy nieudacznikami. Odgrywamy więc dalej nasze role, mając już nową, serdeczną paczkę.

Kiedyś Dziki, dźwiękowiec Armii, powiedział, że można udawać twardziela, a w nocy ryć w poduszkę. Każdy z nas boi się odrzucenia, dlatego chce wciąż nakładać na siebie ochronną powłokę, by nie zostać skrzywdzonym. Co więcej, jak mówi Fromm, człowiek nawet oddaje swoją wolność, przekazując ją innym, byle tylko być szanowanym, uznawanym, akceptowanym. Chce uniknąć społecznej dezaprobaty, więc boi się pójść pod prąd. Nasza generacja to właśnie ci twardziele z zajebardzo mocną psyche, którzy zwijają się w bólu swojego poczucia bezsensu i samotności. W dzień należy przykleić na twarz plastik, by przypadkiem przyjaciele nie spostrzegli naszej słabości. Że nie jest cool. Że nie czujemy się trendy. Że nie jesteśmy spoxx. I tak wymuszamy na sobie szczęście, jak ta zakonnica z anegdoty: " Siostra to musi być w zakonie szczęśliwa! " Tak, muszę.

 

 

 

 

POCZĄTEK STRONY

 

 

 

Nonkonformizm.

W świecie uśmiechniętych bilbordów i maksymalnie pięknych twarzy nie powinniśmy pytać, czy jesteśmy szczęśliwi, ale czy czujemy się wolni. I nie mam tu na myśli powierzchownie pojętej swobody, tolerancji polegającej na myśleniu, jak myśli reszta, z obawy przed odrzuceniem. Mówię nie tyle o wolności związanej z sytuacją społeczną i materialną, ile o wolności, którą nosi się w sobie i której nikt nie może nam odebrać bez naszej zgody. Za taką wolnością moje pokolenie tęskni, ale i boi się jej.

Kiedy nagle okazuje się, że mamy marzenia zupełnie inne niż reszta otoczenia, zdajemy sobie sprawę, że pójście za nimi wiąże się z zostawieniem za sobą tego, czym żyliśmy do tej pory. I nagle wszystko zaczyna nas przerastać, a my coraz bardziej nie pasujemy do tej układanki. Outsiderzy są w cenie, ale tylko w znanym kawałku Pidżamy Porno. Bo choć niby wiemy, że warto podążać swoją własną drogą, jednak przeraża nas cena, jaką przychodzi za to zapłacić " samotność. Kogo tak naprawdę stać na to, by płacić samotnością? Tak więc wciąż "jesteśmy sobą", a w rzeczywistości " tacy, jaki inni. Nikt nie chce być wtłoczony w jednowymiarowy wzorzec, ale wychylanie się z szeregu też nie jest w cenie. Letniość i miałkość.

"Nie zgrywaj agentury, nie bądź zbytnio towarzyski, bądź bliski dla bliskich" " rymuje WWO. Przyjaźń? Owszem, pod warunkiem, że nie godzi w nasze poczucie wolności. Z przyjaźnią jednak wiąże się wierność, która zmusza do dawania swojego czasu, samych siebie. Przyjaźń zatem ogranicza wolność, a to nie pozwala nam w pełni być sobą, być szczęśliwymi. Tak więc zapętlamy się w górnolotnych hasłach, coraz mniej wierząc w to, że mogą istnieć wartości niezmienne. Znaczenia słów są relatywne, zmieniają się niczym ogłoszenia o pracy w gazetowej rubryce. Kiedy ktoś opowiada dowcip, śmieją się nawet ci, którzy go nie usłyszeli. Inaczej będą przecież wypchnięci na zewnątrz. Taki właśnie jest nasz szacunek dla inności, w który tak mocno wierzymy.

To, co nas rzeczywiście powstrzymuje przed podjęciem działania, to wcale nie możliwa porażka, lecz sam lęk przed nią. I choć przybieramy pozy obojętności i dystansu, większość z nas wciąż martwi się, co o nas powiedzą, pomyślą. Obawiamy się, że zburzymy swój wizerunek, który musi mieć jak najmniej skaz. W ten sposób dostosowujemy się do większości, bojąc się wyśmiania, bojąc się wychylać.

Nazywamy kiczem muzykę, literaturę, nawet zachowanie człowieka. Możemy się w końcu dowartościować kosztem czegoś. Kogoś. Kręcimy więc głową, ze sceptycznym grymasem na twarzy, na widok kolorowych tygodników, że banalne, głupie, naiwne. Śmiejemy się z bojsbendów, że ustawiane i nic nie wnoszą do muzyki, z komercyjnego Wiśniewskiego (ostatnio bardzo popularny chłopiec do bicia), ze snobistycznego stylu życia. Najbezpieczniej stać pośrodku. Nie być ani prawdziwym, ani fałszywym. W ten sposób krytyka, której się tak boimy, nas ominie. Patron WSE, ks. Józef Tischner mawiał, że być wolnym to być sobą u siebie. Śmiem twierdzić, że nasza generacja tak naprawdę nie jest ani sobą, ani u siebie. Jest pomiędzy. "Nie muszę być szanowaną osobą. Nie muszę akceptować wartości, które wszyscy każą mi akceptować" " powtarza każdy z nas jak mantrę, tylko że ta nasza niezależność nijak się ma do konformizmu wszechobecnego w naszym własnym środowisku. Zjadamy więc swoje własne ogony, nawet o tym nie wiedząc.

Myślę, że pisząc o swojej generacji, nie sposób uniknąć uogólnień, poglądy każdego autora zawsze będą spaczone subiektywizmem. Ktoś powie, że łatwo mi dystansować się, pisać z perspektywy klasztornej celi. Zgoda. Jest łatwiej, tylko że pisząc ten tekst miałem na myśli również siebie, gdyż mimowolnie nadal jestem częścią tego pokolenia, pokolenia wciąż żebrzącego o uznanie i akceptację. Może już czas otrzepać się ze styropianu?

PS. Wybacz, Michał, ale w ateuszy w naszej generacji nie wierzę. Wierzę w bunt przeciw wypaczonej religijności, obłudnej moralności, fałszywej wizji Boga. Ale ateistów ja wśród nas po prostu nie potrafię znaleźć. Nie widziałem ich ani wśród moich studenckich przyjaciół (a jak na ludzi poszukujących przystało, zacieśnialiśmy więzy przyjaźni podczas wielu wspólnych spotkań tak intensywnie, że zostałem dyscyplinarnie usunięty z mojego akademika), ani też gdy obracałem się przez kilka lat w resocjalizacyjnych klimatach. Śmiem nawet twierdzić, że pragnienie Absolutu jest w nasze pokolenie wpisane. Tylko któż z nas się do tego przyzna?

PS.2. Gratuluję pomysłu na rubrykę.

Krzysztof Pałys OP, ur.1979.


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.