|
geniusze bez teki
MACIEJ NOWAK
Czy można
w ogóle mówić o czymś takim jak "pokolenie", "generacja", "rocznik"?
Czy urodzeni w jednym roku, w jednym pięcioleciu czy nawet dziesięcioleciu
ludzie mają ze sobą dostatecznie dużo wspólnego? Czy może raczej
próby wyodrębniania wspólnych cech owych przypadkowych bądź co bądź
zbiorowości przypominają przepowiednie dla znaków Zodiaku?
Trudno
odpowiedzieć.
Z jednej
strony, rodzą się sceptyczne pytania. Cóż mieli wspólnego rewolucjoniści
polscy z Aleksandrem Wielopolskim? Dmowski z Piłsudskim? Gierek
z Janem Pawłem II?... Cóż ma wspólnego Dorota Masłowska z członkami
młodzieżowych Kół Przyjaciół Radia Maryja? Cisnąca się od razu na
usta odpowiedź: "niewiele" może być jednak zbyt prosta. A jeśli
rzeczywiście wielkie procesy polityczne, społeczne, ekonomiczne
jakoś specyficznie wpływają na charakter człowieka?
Honoriusz
Balzak, jeden z najlepszych znawców ludzkiej psychiki, stworzył
ogromny, alternatywny wobec rzeczywistego świat. Świat ów miał być
odbiciem Francji ponapoleońskiej. Ilustracją kilku - użyjmy tej
terminologii - pokoleń. I rzeczywiście: Rastignaca, Lucjana de Lubempre,
Bianchona, Feliksa, Rafaela coś łączy. Jakiś pęd do kariery, sukcesu.
Niektórzy co prawda "hamują się", mają zasady albo humory wpływające
na takie, a nie inne ich postępowanie. Jednakże zarówno nieudolny
Oskar z Pierwszych kroków, jak i młody Hulot z Ciotki Bietki w szczególny
sposób gonią za sławą i majątkiem. Pewnie ten wspólny im rys charakteru
czyni z nich właśnie "pokolenie".
Co zaś
czyni "pokolenie" z tych, co urodzili się w pierwszej połowie lat
osiemdziesiątych? Kiedy zaczęło się nasze życie obywatelskie? Może
przy Okrągłym Stole, kiedy relacje z obrad "wyrzucały" z ramówki
dobranocki? Może przy okazji pierwszych wyborów prezydenckich, gdy
w podstawówkach kontynuowaliśmy pierwsze w wolnej Rzeczypospolitej
polityczne spory? Powtarzaliśmy z ukontentowaniem nieraz obraźliwe
i jakże niesprawiedliwe rymowanki o kandydatach. Hmm, zapewne ciut
dojrzalej spojrzeliśmy na rzeczywistość w 1995, kiedy to Wałęsa
przegrał z Kwaśniewskim. Mniej więcej odtąd "jesteśmy". Ale znów:
jesteśmy różni. Jak całe społeczeństwo. Niektórzy z nas wielbią
Radio Maryja, inni przejmują się myślą ruchu z Taizé, jeszcze inni
pozują na młodych, wykształconych (ubranych w niebieskie koszule
i krawaty) liberałów... Duża część z nas to "imprezowicze", czyli
ciut odintelektualizowani skamandryci... Wyliczać można długo. Wymienić
da się w ten sposób dziesiątki różnorakich grup i grupek, często
zdecydowanie sobie niechętnych. Co je łączy?
Brak głębszych
zainteresowań? Diagnoza chyba nie do końca prawdziwa. Co prawda,
"posiadanie pasji" nie jest jakoś wybitnie "trendy", ale, z drugiej
strony, nie jest to grzech główny dzisiejszego świata. Tyle że "pasje"
- tak jak my sami - są "porozbijane". Często głęboko ukrywane. Nie
zgodzę się z tezą, że nasze pokolenie jest "pokoleniem jednostek,
indywidualistów". To prędzej pokolenie indywidualnych pasji. Albowiem
nasze pasje nie przeszkadzają nam w kontakcie z grupą, we wspólnym
życiu, w przyjaźniach, miłościach... Czasem, po dwóch piwach w pubie
ujawnimy je (ale mimochodem) najbliższym znajomym. Często niewiele
z tego wynika. Ale nie znaczy to, by istniał z tego powodu między
nami jakiś większy dystans niż między uczestnikami - dajmy na to
- pokolenia Adama Mickiewicza. Czy fakt, że Mickiewicz i Zan, Krępowiecki
i Worcell posiadali wspólne pasje, tak kolosalnie ich do siebie
zbliżał? Zachowajmy ostrożność w tym względzie. Prawda, nierzadko
się zamurowujemy, jak twierdzi Kuba Lubelski. Ale w murze celowo
zostawiamy bardzo dużo przerw, miejsc pustych. I chyba tylko dzięki
tym pustym miejscom - pisząc nieładnie: dziurom - posiadamy jakąkolwiek
szansę na "bycie szczęśliwymi ludźmi".
POCZĄTEK
STRONY |
|
Łączy też
nas zapewne "wyluzowanie". I tu poprawka. Nie wszystkich
i nie zawsze. Jednakże ci niedostatecznie "wyluzowani"
spotykają się z ostracyzmem ze strony innych. Podobnie jak przywołany
już Wielopolski prowokował masową niechęć swych rodaków w latach
60. XIX wieku. Jakiś syndrom Karenina, bohatera powieści Tołstoja.
Mimo tego, że "niedostatecznie wyluzowani" bywają często
wręcz złotymi ludźmi - jakoś podświadomie irytują nas. Prowokują
do złośliwości i mniej lub bardziej zakamuflowanych kpin. Jednakże
i my, owi dowcipni (buhaha:), kpiarze, natrafiamy na sytuacje, w
których też stajemy na miejscu swych ofiar. Pewne życiowe zdarzenia
mają więc silny wpływ na sposób bycia naszego "pokolenia".
Zdarzenia nierzadko jak najbardziej prozaiczne. Egzamin, kłótnia,
zwykłe zmęczenie... Tak, w przeciwieństwie do - mówmy dalej, porównując
- Rzeckich czy Kolumbów XX wieku, chodzimy mocniej po ziemi. Rozumiemy
lepiej Wokulskiego i Połanieckiego. Choć czasem budzi się w nas
fantazja. Ale nie fantazja romantyczna, nie fantazja Konrada. Raczej
fantazja Płoszowskiego z Bez dogmatu. A Płoszowski był "geniuszem
bez teki". Nasz dekadentyzm bardzo, bardzo rzadko bywa dekadentyzmem
"naukowym". Nie pamiętamy zbyt dobrze wierszy - dajmy
na to - Tetmajera. Ale lubimy czasem głęboko się wpatrzeć w jakiś
daleki, widzialny tylko dla nas punkcik i filozoficznie pomarudzić.
Ot, "Wejść na drzewo i patrzeć w niebo. Tak zwyczajnie"
- jak śpiewa jeden z popularnych wśród nas zespołów.
Wreszcie,
łączy nas niechęć wobec cudzych popisów, cudzych póz, samochwał
i w ogóle, nazbyt daleko idących dziwactw. Imć Zagłoba miałby w
naszych czasach większe problemy z tym, by stać się duszą towarzystwa.
Sokrates (proszę wybaczyć ów dziwaczny ciąg logiczny, ale lubimy
nieoczekiwane zmiany tematu) na pewno irytowałby swą ponadprzeciętnością.
Nasze pokolenie - rzecz jasna w sytuacji krańcowej - też by go skazało
na wypicie cykuty. Ale zapewne w uzasadnieniu tegoż wyroku nie napisano
by o "demoralizacji młodzieży". Wszakże ów Grek tak się
wymądrza, widać - czuje się lepszy od innych (nawet jeśli tego nie
mówi). Nasze pokolenie nie zrobi raczej żadnej rewolucji. Nie pójdzie
na barykady w imię tak "abstrakcyjnych" haseł, jak: "wolność",
"sprawiedliwość". Chętniej będziemy walczyli o "pracę
i chleb" i o byt własnej rodziny (jeśli ją zdołamy założyć).
Lepsi będziemy jako ojcowie, matki, mężowie, żony, pracownicy zarabiający
PIENIĄDZE, niż jako następcy doktora Judyma i Cezarego Baryki. Żeromski
załamałby ręce.
Pisząc
powyższe słowa, wciąż zastanawiałem się nad tym, czy przypadkiem
nie charakteryzuję wszystkich sobie współczesnych: zarówno starszych,
jak i młodszych... A może nawet opowiadałem o całej ludzkości? Albo
przynajmniej - o młodych, żyjących w każdych czasach... Tego dobrze
nie wiem. Tak jak moje rzekome "pokolenie", mam ciut więcej
niż dwadzieścia lat. Wkraczający w dorosły świat "rocznik"
obserwuję analitycznie po raz pierwszy. Ja sam jestem w owej masie.
Istnieje więc potężna niczym Władca pierścieni (kochamy Tolkiena!)
groźba mimowolnego subiektywizmu.
Odpowiem
ci, że ja / Do końca nie wiem sam...
Maciej
Nowak (ur. 1982) studiuje prawo i historię na Uniwersytecie Szczecińskim.
|