Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MAJ 2004, NUMER 588



 

geniusze bez teki

MACIEJ NOWAK

Czy można w ogóle mówić o czymś takim jak "pokolenie", "generacja", "rocznik"? Czy urodzeni w jednym roku, w jednym pięcioleciu czy nawet dziesięcioleciu ludzie mają ze sobą dostatecznie dużo wspólnego? Czy może raczej próby wyodrębniania wspólnych cech owych przypadkowych bądź co bądź zbiorowości przypominają przepowiednie dla znaków Zodiaku?

Trudno odpowiedzieć.

Z jednej strony, rodzą się sceptyczne pytania. Cóż mieli wspólnego rewolucjoniści polscy z Aleksandrem Wielopolskim? Dmowski z Piłsudskim? Gierek z Janem Pawłem II?... Cóż ma wspólnego Dorota Masłowska z członkami młodzieżowych Kół Przyjaciół Radia Maryja? Cisnąca się od razu na usta odpowiedź: "niewiele" może być jednak zbyt prosta. A jeśli rzeczywiście wielkie procesy polityczne, społeczne, ekonomiczne jakoś specyficznie wpływają na charakter człowieka?

Honoriusz Balzak, jeden z najlepszych znawców ludzkiej psychiki, stworzył ogromny, alternatywny wobec rzeczywistego świat. Świat ów miał być odbiciem Francji ponapoleońskiej. Ilustracją kilku - użyjmy tej terminologii - pokoleń. I rzeczywiście: Rastignaca, Lucjana de Lubempre, Bianchona, Feliksa, Rafaela coś łączy. Jakiś pęd do kariery, sukcesu. Niektórzy co prawda "hamują się", mają zasady albo humory wpływające na takie, a nie inne ich postępowanie. Jednakże zarówno nieudolny Oskar z Pierwszych kroków, jak i młody Hulot z Ciotki Bietki w szczególny sposób gonią za sławą i majątkiem. Pewnie ten wspólny im rys charakteru czyni z nich właśnie "pokolenie".

Co zaś czyni "pokolenie" z tych, co urodzili się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych? Kiedy zaczęło się nasze życie obywatelskie? Może przy Okrągłym Stole, kiedy relacje z obrad "wyrzucały" z ramówki dobranocki? Może przy okazji pierwszych wyborów prezydenckich, gdy w podstawówkach kontynuowaliśmy pierwsze w wolnej Rzeczypospolitej polityczne spory? Powtarzaliśmy z ukontentowaniem nieraz obraźliwe i jakże niesprawiedliwe rymowanki o kandydatach. Hmm, zapewne ciut dojrzalej spojrzeliśmy na rzeczywistość w 1995, kiedy to Wałęsa przegrał z Kwaśniewskim. Mniej więcej odtąd "jesteśmy". Ale znów: jesteśmy różni. Jak całe społeczeństwo. Niektórzy z nas wielbią Radio Maryja, inni przejmują się myślą ruchu z Taizé, jeszcze inni pozują na młodych, wykształconych (ubranych w niebieskie koszule i krawaty) liberałów... Duża część z nas to "imprezowicze", czyli ciut odintelektualizowani skamandryci... Wyliczać można długo. Wymienić da się w ten sposób dziesiątki różnorakich grup i grupek, często zdecydowanie sobie niechętnych. Co je łączy?

Brak głębszych zainteresowań? Diagnoza chyba nie do końca prawdziwa. Co prawda, "posiadanie pasji" nie jest jakoś wybitnie "trendy", ale, z drugiej strony, nie jest to grzech główny dzisiejszego świata. Tyle że "pasje" - tak jak my sami - są "porozbijane". Często głęboko ukrywane. Nie zgodzę się z tezą, że nasze pokolenie jest "pokoleniem jednostek, indywidualistów". To prędzej pokolenie indywidualnych pasji. Albowiem nasze pasje nie przeszkadzają nam w kontakcie z grupą, we wspólnym życiu, w przyjaźniach, miłościach... Czasem, po dwóch piwach w pubie ujawnimy je (ale mimochodem) najbliższym znajomym. Często niewiele z tego wynika. Ale nie znaczy to, by istniał z tego powodu między nami jakiś większy dystans niż między uczestnikami - dajmy na to - pokolenia Adama Mickiewicza. Czy fakt, że Mickiewicz i Zan, Krępowiecki i Worcell posiadali wspólne pasje, tak kolosalnie ich do siebie zbliżał? Zachowajmy ostrożność w tym względzie. Prawda, nierzadko się zamurowujemy, jak twierdzi Kuba Lubelski. Ale w murze celowo zostawiamy bardzo dużo przerw, miejsc pustych. I chyba tylko dzięki tym pustym miejscom - pisząc nieładnie: dziurom - posiadamy jakąkolwiek szansę na "bycie szczęśliwymi ludźmi".

 

 

 

 

 

POCZĄTEK STRONY

 

 

 

Łączy też nas zapewne "wyluzowanie". I tu poprawka. Nie wszystkich i nie zawsze. Jednakże ci niedostatecznie "wyluzowani" spotykają się z ostracyzmem ze strony innych. Podobnie jak przywołany już Wielopolski prowokował masową niechęć swych rodaków w latach 60. XIX wieku. Jakiś syndrom Karenina, bohatera powieści Tołstoja. Mimo tego, że "niedostatecznie wyluzowani" bywają często wręcz złotymi ludźmi - jakoś podświadomie irytują nas. Prowokują do złośliwości i mniej lub bardziej zakamuflowanych kpin. Jednakże i my, owi dowcipni (buhaha:), kpiarze, natrafiamy na sytuacje, w których też stajemy na miejscu swych ofiar. Pewne życiowe zdarzenia mają więc silny wpływ na sposób bycia naszego "pokolenia". Zdarzenia nierzadko jak najbardziej prozaiczne. Egzamin, kłótnia, zwykłe zmęczenie... Tak, w przeciwieństwie do - mówmy dalej, porównując - Rzeckich czy Kolumbów XX wieku, chodzimy mocniej po ziemi. Rozumiemy lepiej Wokulskiego i Połanieckiego. Choć czasem budzi się w nas fantazja. Ale nie fantazja romantyczna, nie fantazja Konrada. Raczej fantazja Płoszowskiego z Bez dogmatu. A Płoszowski był "geniuszem bez teki". Nasz dekadentyzm bardzo, bardzo rzadko bywa dekadentyzmem "naukowym". Nie pamiętamy zbyt dobrze wierszy - dajmy na to - Tetmajera. Ale lubimy czasem głęboko się wpatrzeć w jakiś daleki, widzialny tylko dla nas punkcik i filozoficznie pomarudzić. Ot, "Wejść na drzewo i patrzeć w niebo. Tak zwyczajnie" - jak śpiewa jeden z popularnych wśród nas zespołów.

Wreszcie, łączy nas niechęć wobec cudzych popisów, cudzych póz, samochwał i w ogóle, nazbyt daleko idących dziwactw. Imć Zagłoba miałby w naszych czasach większe problemy z tym, by stać się duszą towarzystwa. Sokrates (proszę wybaczyć ów dziwaczny ciąg logiczny, ale lubimy nieoczekiwane zmiany tematu) na pewno irytowałby swą ponadprzeciętnością. Nasze pokolenie - rzecz jasna w sytuacji krańcowej - też by go skazało na wypicie cykuty. Ale zapewne w uzasadnieniu tegoż wyroku nie napisano by o "demoralizacji młodzieży". Wszakże ów Grek tak się wymądrza, widać - czuje się lepszy od innych (nawet jeśli tego nie mówi). Nasze pokolenie nie zrobi raczej żadnej rewolucji. Nie pójdzie na barykady w imię tak "abstrakcyjnych" haseł, jak: "wolność", "sprawiedliwość". Chętniej będziemy walczyli o "pracę i chleb" i o byt własnej rodziny (jeśli ją zdołamy założyć). Lepsi będziemy jako ojcowie, matki, mężowie, żony, pracownicy zarabiający PIENIĄDZE, niż jako następcy doktora Judyma i Cezarego Baryki. Żeromski załamałby ręce.

Pisząc powyższe słowa, wciąż zastanawiałem się nad tym, czy przypadkiem nie charakteryzuję wszystkich sobie współczesnych: zarówno starszych, jak i młodszych... A może nawet opowiadałem o całej ludzkości? Albo przynajmniej - o młodych, żyjących w każdych czasach... Tego dobrze nie wiem. Tak jak moje rzekome "pokolenie", mam ciut więcej niż dwadzieścia lat. Wkraczający w dorosły świat "rocznik" obserwuję analitycznie po raz pierwszy. Ja sam jestem w owej masie. Istnieje więc potężna niczym Władca pierścieni (kochamy Tolkiena!) groźba mimowolnego subiektywizmu.

Odpowiem ci, że ja / Do końca nie wiem sam...




 

Maciej Nowak (ur. 1982) studiuje prawo i historię na Uniwersytecie Szczecińskim.


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.