Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MAJ 2004, NUMER 588



 

między młotem a kowadłem

MATEUSZ KOCUR

Stojąc w jednej z głównych krakowskich księgarni, patrzyłem sobie najzwyczajniej w świecie na nowości wydawnicze i nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zajrzeć do nowego "Znaku". Sądząc po rodzaju papieru rubryki "Rok 1984", z pewnością można uznać nas ( w końcu ma być o nas) za ekologicznie uświadomionych.

Od razu przyznaję się, że przeczytałem tylko tekst Michała - i to szybko, a tekst Jakuba znam tylko z jego relacji. W końcu, ileż można stać w przejściu i co chwilę wyginać się na grzeczne "przepraszam" osób próbujących przepchać się między mną a regałem...

Tak... z tekstu Michała ekologią i swojskością wieje niczym z Podlaskiej łąki wiosenną porą, gdzie trudno przejść suchą nogą w usilnych próbach ominięcia krowich placków. Mówiąc wprost, tekst ten przypomina karkołomne i w dodatku obłudne próby wyminięcia krowich placków wygodnego usprawiedliwiania się, wokół których tak naprawdę wszystko się kręci. Ujawnia się to już w samym tytule ("rzyganie"), można przecież uznać je za jedynie bardziej zhumanizowaną formę, paralelną do aktywności krów.

Wydaje się, że Jakub i Michał starają się odnieść nas jako część pokolenia, jak wnoszę z tekstu - lepszą, do całej masy niedookreślonej reszty - gorszych. Z pewnością nie da się sprowadzić dzisiejszych "okołodwudziestolatków" do nawet kilku wspólnych mianowników. Mimo to nasi bohaterowie znajdują takie sposoby. Pozostając w Michałowej terminologii, Jakub próbuje rozprawić się z blokersami, odrzucając ich totalnie, nie przyjmując ich, "czyszcząc się" z nich - czyli podług sposobu, który można by określić jako permanentną biegunkę kulturowej izolacji. Michał natomiast chce ich wciągnąć, zaprząc, zrównać, ugłaskać, przytulić i zatrzymać - jednym słowem: kulturalne zatwardzenie. Wprawdzie nie lubuję się w tego rodzaju fizjologicznych dyskursach, ale w chwili obecnej muszę wpaść w polemiczny ton, żebym przypadkiem nie okazał się nudziarzem, pisząc normalnie. Niemniej jednak do obskurnej latryny niskiego języka, ukrywającej się pod tanim blichtrem karnawałowego brokatu sprzeczności semantycznych spod znaku Wojewódzkiego, wchodzę tylko gdy potrzeba nagląca, a wokół brak ustronnych miejsc...

Doceniam diagnozę Jakubowego pióra - o braku autorytetów i moralnym zagubieniu i zgadzam się z nią zupełnie, ale nie podoba mi się (przynajmniej w relacji Michała tak to wygląda), że traktuje on "masy" z góry. Choć Jakub jest tu tylko znakiem, punktem odniesienia, prowokacją oglądu spraw, które spotykam bardzo często. Nie można uogólniać, sprowadzać całej reszty, która nie studiuje na uczelniach z pierwszych miejsc list rankingowych, do roli blokersów pociągających przy trzepaku browar. Nie jesteśmy tacy fajni - kto wie, czy nie mając szczęścia urodzenia się w rodzinach takich jak nasze, nie postępowalibyśmy gorzej. Być może wtedy, zamiast czytać Miłosza, podgrzewalibyśmy butapren na osiedlowym śmietniku, nerwowo szukając zapalniczki w lewej kieszeni dresu...

To kroczek, zaledwie kroczątko stąd.

Ekstra, że możemy się rozwodzić nad Arystotelesowską metafizyką, ale, doprawdy, po pierwsze nie jest tak, że jak ktoś nie zaczytuje się w Dialogach Platońskich, to jest imbecylem i nie nadaje się do niczego, a po drugie, wydaje mi się, że gościu tyrający przy maszynie mimo wszystko jest bardziej pożyteczny dla nas wszystkich, niż, dajmy na to, rozpatrywanie strukturalnych aspektów współczesnej fenomenologii. Poza tym, nie czarujmy się - z tymi autorytetami i poszanowaniem to różnie bywało w różnych okresach. Tak więc Jakuby - więcej swojskości!

 

 

 

POCZĄTEK STRONY

 

Co do tekstu Michała (ten już przeczytałem, więc sobie pofoolguję), to poza tym, że na początku zdeklaruję się jako niepalący i nierzygający (czyli jest nas już dwóch: ja i Jakub), zawołać muszę gromko: nie tędy droga! Jeśli chcesz Michale być taki równy koleżka, to szczerze wątpię, czy najlepszym sposobem są ostentacyjne wyznania o skutkach nocnych imprez, wyrażające Twój rzekomy nonkonformizm w stosunku do tej ohydnej, kołtuńskiej, drobnomieszczańskiej, zniewalającej i powszechnej szarzyzny, w której tkwią tylko nieuświadomieni, tępi goście, którzy jeszcze nie odkryli, że chodzenie do kościoła to najgorsza rzecz pod słońcem. Co więcej, śmieszna wydaje się próba pogodzenia Twojej "równowkowatości" ("rzygam jak inni"), z tymi patetycznymi peanami ku czci naszej nowej wspaniałej kultury, którą wprawdzie jeszcze nie teraz, ale - bez cienia wątpliwości - ot, już za chwileczkę, stworzymy. Więcej: podważasz spójność i kompletność systemów wartości, które odrzucasz, żeby Sam Sobie Swój Stworzyć (syndrom czterech "S").

Michały! Nie łudźcie się, że uda się Wam stworzyć swój własny system etyczny, który będzie czymś więcej niż sumą przypadkowych zdarzeń i nawyków. Nawet jeśli nie lubicie Matrixa, to nie możecie zaprzeczyć, że pewnych podstawowych elementów kultury za nic w świecie nie da się zmienić. Nawet jeśli nie wszystko nam się podoba, to przyjmuję, że jeśli przez setki lat jakoś to wszystko działało, nie wolno nam tego odrzucić - od tak. Poza tym, dziwna jest postawa negująca na przykład chodzenie do kościoła, bo to zniewala, ogłupia, kłamie, oszukuje, itp., itd., gdy tym czasem bez mrugnięcia okiem dajecie sobie wcisnąć reklamowy kit, fajcząc peta i, co najzabawniejsze, zdając sobie sprawę z idiotyzmu tej sytuacji. Michały! Macie alternatywę (jeśli nie cztery...), nie musicie z drwiącym uśmieszkiem udawać twardziela i zakuwać do rana, a żeby poczuć, że naprawdę żyjecie - nie musicie pociągnąć sobie z gwinta. Można przecież znaleźć wąską drogę między wystraszoną biegunką alergicznych Jakubów i Waszym zasiedziałym zatwardzeniem powrotu do źródeł. Oddawanie normalnego, regularnego stolca rozróżnienia kulturowego jest możliwe i nie trzeba wpadać w klaustrofobiczne odcinanie się od złych heretyków ani relatywizm spod znaku postmodernistycznej publicystycznej papki. Wszystkim nam przydałaby się dobra lekcja zdrowego rozsądku.

To prawda, zgadzam się - mamy się za dobrze, żyjąc w granicach własnych spraw, w gruncie rzeczy malutkich problemów, między knajpą a wykładem kostniejemy we własnym ślepym egoizmie. Jednak nie trzeba zostać dresem, żeby poczuć się naturalnie, wprawdzie świat zwariował, ale my nie musimy.

Jeżeli możemy się jakoś scharakteryzować, to te dwa teksty pokazują nasze - tzn. części pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków - rozdwojenie, zawieszenie między przyjmowaniem tradycji jako tarczy ochronnej przed kulturą ludzi ze świata Masłowskiej, a otwarciem, które sprowadza się do nudnego w gruncie rzeczy dekadentyzmu wypieszczonych młodzieniaszków. Moim zdaniem, to co możemy dziś sobą reprezentować, to coś pomiędzy. Próba tchnięcia naturalności w instytucje, które przyszło nam przyjąć bądź odrzucić. Obyśmy potrafili odnaleźć w nich autentyczność nie sprowadzającą się do płaskich gadek przy piwie albo równie dennych pseudointelektualnych bełkotów zerżniętych z tekstów omszałych uczonych. Naszą szansą jest to, że rok 1984 nie okazał się rokiem ludzi, którzy w dorosłość wejdą zdeterminowani systemem, ale i nie zdegenerowani od małego szaleństwem wolnego rynku. Przychodzi nam z pomocą stara dobra Gombrowiczowska formuła, w której w naszej zieloności możemy odnaleźć swą tożsamość, nawet gdyby okazało się, że równie dobrze można by napisać: łydki, łydki, łydki...

Czego, obok braku problemów z układem pokarmowym, Michałom, Jakubom, rubryce "Rok 1984" oraz sobie życzę.

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.