|
między młotem a kowadłem
MATEUSZ KOCUR
Stojąc
w jednej z głównych krakowskich księgarni, patrzyłem sobie najzwyczajniej
w świecie na nowości wydawnicze i nie wiem, co mnie podkusiło, żeby
zajrzeć do nowego "Znaku". Sądząc po rodzaju papieru rubryki "Rok
1984", z pewnością można uznać nas ( w końcu ma być o nas) za ekologicznie
uświadomionych.
Od razu
przyznaję się, że przeczytałem tylko tekst Michała - i to szybko,
a tekst Jakuba znam tylko z jego relacji. W końcu, ileż można stać
w przejściu i co chwilę wyginać się na grzeczne "przepraszam" osób
próbujących przepchać się między mną a regałem...
Tak...
z tekstu Michała ekologią i swojskością wieje niczym z Podlaskiej
łąki wiosenną porą, gdzie trudno przejść suchą nogą w usilnych próbach
ominięcia krowich placków. Mówiąc wprost, tekst ten przypomina karkołomne
i w dodatku obłudne próby wyminięcia krowich placków wygodnego usprawiedliwiania
się, wokół których tak naprawdę wszystko się kręci. Ujawnia się
to już w samym tytule ("rzyganie"), można przecież uznać je za jedynie
bardziej zhumanizowaną formę, paralelną do aktywności krów.
Wydaje
się, że Jakub i Michał starają się odnieść nas jako część pokolenia,
jak wnoszę z tekstu - lepszą, do całej masy niedookreślonej reszty
- gorszych. Z pewnością nie da się sprowadzić dzisiejszych "okołodwudziestolatków"
do nawet kilku wspólnych mianowników. Mimo to nasi bohaterowie znajdują
takie sposoby. Pozostając w Michałowej terminologii, Jakub próbuje
rozprawić się z blokersami, odrzucając ich totalnie, nie przyjmując
ich, "czyszcząc się" z nich - czyli podług sposobu, który można
by określić jako permanentną biegunkę kulturowej izolacji. Michał
natomiast chce ich wciągnąć, zaprząc, zrównać, ugłaskać, przytulić
i zatrzymać - jednym słowem: kulturalne zatwardzenie. Wprawdzie
nie lubuję się w tego rodzaju fizjologicznych dyskursach, ale w
chwili obecnej muszę wpaść w polemiczny ton, żebym przypadkiem nie
okazał się nudziarzem, pisząc normalnie. Niemniej jednak do obskurnej
latryny niskiego języka, ukrywającej się pod tanim blichtrem karnawałowego
brokatu sprzeczności semantycznych spod znaku Wojewódzkiego, wchodzę
tylko gdy potrzeba nagląca, a wokół brak ustronnych miejsc...
Doceniam
diagnozę Jakubowego pióra - o braku autorytetów i moralnym zagubieniu
i zgadzam się z nią zupełnie, ale nie podoba mi się (przynajmniej
w relacji Michała tak to wygląda), że traktuje on "masy" z góry.
Choć Jakub jest tu tylko znakiem, punktem odniesienia, prowokacją
oglądu spraw, które spotykam bardzo często. Nie można uogólniać,
sprowadzać całej reszty, która nie studiuje na uczelniach z pierwszych
miejsc list rankingowych, do roli blokersów pociągających przy trzepaku
browar. Nie jesteśmy tacy fajni - kto wie, czy nie mając szczęścia
urodzenia się w rodzinach takich jak nasze, nie postępowalibyśmy
gorzej. Być może wtedy, zamiast czytać Miłosza, podgrzewalibyśmy
butapren na osiedlowym śmietniku, nerwowo szukając zapalniczki w
lewej kieszeni dresu...
To kroczek,
zaledwie kroczątko stąd.
Ekstra,
że możemy się rozwodzić nad Arystotelesowską metafizyką, ale, doprawdy,
po pierwsze nie jest tak, że jak ktoś nie zaczytuje się w Dialogach
Platońskich, to jest imbecylem i nie nadaje się do niczego, a po
drugie, wydaje mi się, że gościu tyrający przy maszynie mimo wszystko
jest bardziej pożyteczny dla nas wszystkich, niż, dajmy na to, rozpatrywanie
strukturalnych aspektów współczesnej fenomenologii. Poza tym, nie
czarujmy się - z tymi autorytetami i poszanowaniem to różnie bywało
w różnych okresach. Tak więc Jakuby - więcej swojskości!
POCZĄTEK
STRONY |
|
Co do tekstu Michała (ten
już przeczytałem, więc sobie pofoolguję), to poza tym, że na początku
zdeklaruję się jako niepalący i nierzygający (czyli jest nas już
dwóch: ja i Jakub), zawołać muszę gromko: nie tędy droga! Jeśli
chcesz Michale być taki równy koleżka, to szczerze wątpię, czy najlepszym
sposobem są ostentacyjne wyznania o skutkach nocnych imprez, wyrażające
Twój rzekomy nonkonformizm w stosunku do tej ohydnej, kołtuńskiej,
drobnomieszczańskiej, zniewalającej i powszechnej szarzyzny, w której
tkwią tylko nieuświadomieni, tępi goście, którzy jeszcze nie odkryli,
że chodzenie do kościoła to najgorsza rzecz pod słońcem. Co więcej,
śmieszna wydaje się próba pogodzenia Twojej "równowkowatości" ("rzygam
jak inni"), z tymi patetycznymi peanami ku czci naszej nowej wspaniałej
kultury, którą wprawdzie jeszcze nie teraz, ale - bez cienia wątpliwości
- ot, już za chwileczkę, stworzymy. Więcej: podważasz spójność i
kompletność systemów wartości, które odrzucasz, żeby Sam Sobie Swój
Stworzyć (syndrom czterech "S").
Michały!
Nie łudźcie się, że uda się Wam stworzyć swój własny system etyczny,
który będzie czymś więcej niż sumą przypadkowych zdarzeń i nawyków.
Nawet jeśli nie lubicie Matrixa, to nie możecie zaprzeczyć, że pewnych
podstawowych elementów kultury za nic w świecie nie da się zmienić.
Nawet jeśli nie wszystko nam się podoba, to przyjmuję, że jeśli
przez setki lat jakoś to wszystko działało, nie wolno nam tego odrzucić
- od tak. Poza tym, dziwna jest postawa negująca na przykład chodzenie
do kościoła, bo to zniewala, ogłupia, kłamie, oszukuje, itp., itd.,
gdy tym czasem bez mrugnięcia okiem dajecie sobie wcisnąć reklamowy
kit, fajcząc peta i, co najzabawniejsze, zdając sobie sprawę z idiotyzmu
tej sytuacji. Michały! Macie alternatywę (jeśli nie cztery...),
nie musicie z drwiącym uśmieszkiem udawać twardziela i zakuwać do
rana, a żeby poczuć, że naprawdę żyjecie - nie musicie pociągnąć
sobie z gwinta. Można przecież znaleźć wąską drogę między wystraszoną
biegunką alergicznych Jakubów i Waszym zasiedziałym zatwardzeniem
powrotu do źródeł. Oddawanie normalnego, regularnego stolca rozróżnienia
kulturowego jest możliwe i nie trzeba wpadać w klaustrofobiczne
odcinanie się od złych heretyków ani relatywizm spod znaku postmodernistycznej
publicystycznej papki. Wszystkim nam przydałaby się dobra lekcja
zdrowego rozsądku.
To prawda,
zgadzam się - mamy się za dobrze, żyjąc w granicach własnych spraw,
w gruncie rzeczy malutkich problemów, między knajpą a wykładem kostniejemy
we własnym ślepym egoizmie. Jednak nie trzeba zostać dresem, żeby
poczuć się naturalnie, wprawdzie świat zwariował, ale my nie musimy.
Jeżeli
możemy się jakoś scharakteryzować, to te dwa teksty pokazują nasze
- tzn. części pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków - rozdwojenie,
zawieszenie między przyjmowaniem tradycji jako tarczy ochronnej
przed kulturą ludzi ze świata Masłowskiej, a otwarciem, które sprowadza
się do nudnego w gruncie rzeczy dekadentyzmu wypieszczonych młodzieniaszków.
Moim zdaniem, to co możemy dziś sobą reprezentować, to coś pomiędzy.
Próba tchnięcia naturalności w instytucje, które przyszło nam przyjąć
bądź odrzucić. Obyśmy potrafili odnaleźć w nich autentyczność nie
sprowadzającą się do płaskich gadek przy piwie albo równie dennych
pseudointelektualnych bełkotów zerżniętych z tekstów omszałych uczonych.
Naszą szansą jest to, że rok 1984 nie okazał się rokiem ludzi, którzy
w dorosłość wejdą zdeterminowani systemem, ale i nie zdegenerowani
od małego szaleństwem wolnego rynku. Przychodzi nam z pomocą stara
dobra Gombrowiczowska formuła, w której w naszej zieloności możemy
odnaleźć swą tożsamość, nawet gdyby okazało się, że równie dobrze
można by napisać: łydki, łydki, łydki...
Czego,
obok braku problemów z układem pokarmowym, Michałom, Jakubom, rubryce
"Rok 1984" oraz sobie życzę.
|