Strona główna Miesięcznika ZNAK

O co chodzi...

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MARZEC 2005, NR 598




 

bardolenie - czyli o bardów deficycie i globalizacji w rozkwicie

GRZEGORZ LEWICKI


"Jego palce z łatwością i lekkością ślizgały się po gryfie. Gdy śpiewał, wypływające z instrumentu dźwięki zdawały się rozlewać wokół i unosić zgromadzonych w wir pradawnej historii. Kiedy skończył ostatnie akordy refrenu, klienci tawerny wciąż stali w osłupieniu, wpatrując się w niego błędnym wzrokiem. - To było... piękne" - zdołał wydusić z siebie gospodarz i z wdzięcznością wcisnął w dłoń Owyna garść złotych monet" (por. Betrayal at Krondor, gra RPG, oparta na prozie fantasy Raymonda Feista).

Owyn, bohater powieści Raymonda Feista to znany z literatury fantasy archetyp charyzmatycznego barda - utalentowanego poety i pieśniarza, potrafiącego poruszyć i dosłownie oczarować słuchaczy. Wiele w życiu widział, zna się po trochu na wszystkim, a poznawanie świata interesuje go bardziej niż dbanie o pełną sakiewkę. Jest skarbnicą różnych opowieści, niezrównanym gawędziarzem znającym dawno zapomniane historie, dodającym otuchy swoim towarzyszom. Tradycyjnym instrumentem barda jest lutnia - instrument szarpany z pudłem rezonansowym w kształcie przepołowionej gruszki, spopularyzowany w Europie w średniowieczu, a wywodzący się z krajów arabskich. Czeczeńscy bojownicy, afgańscy talibowie czy egipscy bojówkarze wciąż posiadają swoich bardów, podczas gdy ponowoczesnym Europejczykom zaczyna ich brakować. Polska nie jest tutaj wyjątkiem - nie ma i w najbliższej przyszłości nie będzie mieć swojego barda. I nie jest to niczyja wina - deficyt bardów to jeden z tych deficytów, za powstanie których możemy winić nie siebie, lecz historię.

Proces historyczny, który zapoczątkował to zjawisko, ma swój początek w roku 1989, kiedy to Polska z rąk moskiewskich aparatczyków została przekazana w tłuste łapska architektów globalizacji. Lokalni krzewiciele patriotyzmu i idealiści ostrzegający przed moralnymi konsekwencjami postępowania byli potrzebni za komuny - w czasach represyjnych, gdy poczucie misji musiało być stale pielęgnowane przez wzgląd na skłonność jednostki do ulegania własnym słabościom. Bard był kowalem wykuwającym poczucie narodowej wspólnoty i historycznej ciągłości "Nam do obrony dany pamięci pancerz nasz; Więc choć za ciosem pada cios i wróg posiłki śle w konwojach, nas przed upadkiem chroni wciąż - zbroja" - śpiewał Jacek Kaczmarski. Po 1989, gdy zniknęło zagrożenie, ta zbroja z hartowanego sumienia przestała być potrzebna i pokolenie walczące z systemem najzwyczajniej w świecie ją zdjęło, z namaszczeniem odkładając w kąt.

A nam, obecnym dwudziestolatkom, zbroja nie była w ogóle potrzebna. W schyłkowym okresie komunizmu mieliśmy mniej więcej po 5-6 lat i nie pamiętamy dokładnie tamtych zdarzeń. Kiedy burzono mur berliński, być może siedzieliśmy na dywanie i podobny mur budowaliśmy sobie z drewnianych klocków. Gdy w telewizji mówiono o wyzwoleniu Polski spod wpływów Sowietów, my doniosłość tej sprawy kontemplowaliśmy, puszczając po podłodze resoraki. Komunizm znamy jedynie z książek oraz rodzinnych opowieści, a w dorosłość wkraczaliśmy, czerpiąc już garściami z możliwości ofiarowanych nam przez wolny świat. Nowe czasy zatarły w nas jednoznaczny podział na zło i dobro, a nasze pokolenie mogło wybierać swoje własne ścieżki postępowania, oczyszczone z moralnego manicheizmu poprzednich dekad. Jeśli chodzi o ideologię, mogliśmy wybierać i zostawać, kim chcemy - hedonistami, konserwatystami, erudytami, transwestytami, nihilistycznymi katolikami lub nawet entuzjastycznymi ramolami. Wielkie spektrum wyboru! Stało się tak, ponieważ wzniosła idea jednocząca społeczeństwo została zastąpiona przez zgrabny, acz płytki postulat liberalny: rób, co chcesz, jesteś tego wart! A skoro wszystko wolno, po cóż nam jest bard?

Gorzka prawda jest taka: on po prostu przestał być potrzeby. Wyjaśnienie to może zdawać się z pozoru trywialne, ale przykład naszego ostatniego barda - Kaczmarskiego - tylko je potwierdza. Gdy nastały czasy muzyki komercyjnej, prywatne rozgłośnie przestały grać jego piosenki, bo nie pasowały do nowego, pop-kulturowego trendu. Niegdyś poruszający tłumy śpiewak stał się nagle twórcą, który został zaklasyfikowany przez marketing muzyczny jako "wykonawca niszowy". Wprawionemu w hartowaniu dusz Jackowi Kaczmarskiemu przez pewien czas ciężko było ten wir przemian zrozumieć. "Obaj pamiętaliśmy wypełnione hale Oliwii, Wisły i inne w 1989 roku. Ty chciałeś, żeby tak było zawsze. Ja wiedziałem, że tak mogło być tylko raz" - napisał po latach Tomasz Kopeć, szef Polskiej Fundacji Muzycznej.

Miał całkowitą rację - tak mogło być tylko raz, bo w stabilnym społeczeństwie, gdzie większość rozterek egzystencjalnych wypierana jest przez te czysto materialne, grający na strunach uczuć wysokich pieśniarz raczej nie znajdzie sobie zbyt dużego audytorium. Pop-kultura dąży do homogenizacji, a kreowana przez nią rzeczywistość ściśle wyznacza granice akceptowalnego przez masę indywidualizmu artysty. Pieśni barda są atrybutem kultury wysokiej albo przynajmniej offowej. Gdyby zrobić mały eksperyment i promować kulturę wysoką w prywatnych telewizjach muzycznych, zapewne skończyłoby się to spektakularną, finansową klapą, bo duża część społeczeństwa by jej po prostu nie zrozumiała. Sam byłem kiedyś świadkiem sytuacji, kiedy stylizowana na Britney Spears dziewczyna przeglądająca artykuł poświęcony miłości - o dziwo! - platonicznej zapytała swoją smerfetkowatą towarzyszki: "Ty, a co to jest ta miłość płatnicza?". No cóż, można by oczywiście powiedzieć, że to przejęzyczenie albo pomyłka spowodowana brakiem polskiej czcionki w artykule, ale powód jest chyba inny. I nie jest bynajmniej związany z brakiem zainteresowania filozofią wśród młodzieży! Przeciwnie, większość młodych nałogowo dzisiaj czyta filozofię, tyle że zamiast po dzieła Platona sięga po dzieła innego filozofa - Planktona, którego tworzone w pop-kulturowym esperanto konstrukty myślowe dość łatwo objąć umysłem między jedną a drugą rozrywką i wrzucaniem kolejnego kwasika. Świadomy zachodzącej w społeczeństwie zmiany świadomości Kaczmarski ostatecznie sam przyznał: "Gram dla tych dziesięciu czy siedmiu procent widzów, którzy nie chcą zagłuszyć się rytmem, nie szukają w sztuce sposobu na zabicie czasu, ale inspiracji do myślenia".

 

 

POCZĄTEK STRONY

 

 

Siedem procent. To wcale nie tak mało, ale większość osób kandydujących dzisiaj do miana artysty woli raczej bratać się z odbiorcą masowym. Warunki rynkowe wymuszają pogodzenie własnej autentyczności i chęci wyrażania siebie z żelaznymi zasadami kapitalizmu. Znalezienie barda będzie niezmiernie trudne, ponieważ, jak trafnie zauważył Patrick Kiger: "mimo że mamy więcej rzekomych artystycznych geniuszów niż kiedykolwiek, ich spuścizna jest coraz bardziej przeciętna" ("Forum" nr 13/2004). Kiedyś międzynarodowych nagród muzycznych było kilka - dzisiaj jest ich kilkadziesiąt. Dzisiaj grającego na lutni Owyna zastąpił samplujący na komputerze didżej oraz hip-hopowiec "robiący bity i nagrywający płyty". Razem produkują hity.

Jednak wysyp przeciętnego geniuszu w muzyce nie oznacza wcale, że należy spisać na straty jakiekolwiek próby poszukiwania barda. Kandydatów jest mnóstwo. Do tych samozwańczych, ba - do tych pozujących często na trzynastych apostołów polskiej muzyki w ogóle - zalicza się wielu hip-hopowców (dbając o polityczną poprawność, postaram się nie wskazywać na konkretne osoby). Otóż analizując polski hip-hop, można spotkać się z pewnymi zadziwiająco stałymi elementami przekazu. Oprócz ubolewań nad szarością i beznadzieją życia w betonowym blokowisku wśród dorobku hip-hopowych wykonawców znajdziemy zadziwiająco wiele peanów na cześć własnego sukcesu, własnej wyjątkowości i własnej osoby w ogóle ("talent, charyzma, kariera jak Nikodem Dyzma!"). Szczegółowe wątki autobiograficzne wplatane są gęsto między strofy utworów, bo większości z setek tych co najwyżej przeciętnych wykonawców wydaje się, że ich twórczość w sposób bezprecedensowy wzbogaca polską kulturę… Mając w pamięci wyzierającą z hip-hopowych tekstów rozbuchaną próżność, można by nawet pójść o zakład, że wielu wykonawców tego typu muzyki (dywagacje w stylu: "czy hip-hop jest muzyką?", pomijamy) naprawdę czuje się bardami młodego pokolenia, którzy lutnię zamienili na mikrofon i sampler. Niestety, jako że bard to człowiek śpiewający o rozterkach pokolenia, a nie tylko jednej subkultury, to chociażby ze względu na ograniczony zasięg poruszanych treści hip-hopowcy bardami nigdy nie będą. Nawet, jeśli bardzo by tego pragnęli.

Zaglądając na scenę muzyki rockowej i alternatywnej, również dałoby się wyłowić wstępnych kandydatów na bardów. Piętnujący zepsucie polityki ("osobowość autorytarna, każdy polityk to świnia marna") i zakłamanie współczesnego świata Kazik Staszewski już jakiś czas temu przeistoczył się w błyskotliwego moralistę-socjologa i tej roli się trzyma. Nic dziwnego - wszak doskonale się w niej sprawdza. Z kolei kpiący z konsumpcjonizmu, na przemian ironiczny, błazeński i abstrakcyjny zespół "T-Love" Muńka Staszczyka ma w sobie za mało powagi, aby móc zostać piewcą rozterek pokoleniowych. Podobnie z Pawłem Kukizem, który po nagraniu całkowicie komercyjnej płyty z Janem Borysewiczem postanowił przypomnieć o swojej buntowniczej naturze, wydając Piracką płytę. Ciekawym kandydatem na barda mógłby być również Maciej Maleńczuk, ale w jego przypadku doszło do zachłyśnięcia się własną popularnością. Mimo trafnych uwag na temat współczesnych procesów społecznych ("polityka kulturalna, słodka płukanka mózgowa, dyskretna presja radiowa") obserwowanych przez pryzmat swojego poplątanego życiorysu, Maleńczuk w wyniku swoich prymitywnych, często nastawionych na efekt zachowań (np. porównywanie swojej książki Chamstwo w państwie do Pana Tadeusza albo prostackie odzywki w telewizji) został zaklasyfikowany przez część sceny muzycznej jako "megaloman z kompleksami", co od jakiegoś czasu rzeczywiście zaczęło do niego pasować.

Można też powiedzieć, że ostatecznie wspomnianych wyżej artystów dyskwalifikuje już sam wiek. Wszyscy oni są już dobrze po czterdziestce i uznawanie ich za głos pokolenia dwudziestolatków byłoby trochę nie na miejscu. Poza tym, powyższe rozważania można by kontynuować jeszcze długo, bo różne subkultury i środowiska widzą swojego barda w kimś innym. A zatem - albo mamy wielu bardów (co jest wątpliwe nawet logicznie, bo słowo "bard" niesie w sobie duży ładunek wyjątkowości i niepowtarzalności, który "wielość" by dewaluowała), albo nie mamy ich wcale.

Bard pokolenia '84 musiałby być osobą, której czas dorastania przypada na lata dziewięćdziesiąte, musiałby być kimś, kto poznał dylematy nowego pokolenia i stara się wznieść ponad podziały subkulturowe. Jego poszukiwanie da się w zasadzie ująć w kategorie dialektyki - obecnie jesteśmy na etapie ścierania się różnych koncepcji pokoleniowych, z których być może kiedyś wyłoni się jakaś spójna synteza. Twórczość Jacka Kaczmarskiego na pewno pomoże wielu ludziom naszego pokolenia w wychowaniu dzieci. Czy twórczość kogoś urodzonego w latach 80. będzie równie pomocna? Jeśli tak, to znaczy, że bard odnajdzie się mimochodem - za jakiś czas wyłoni go kulturowa dialektyka. Mimo galopującej globalizacji i braku sprzyjających okoliczności historycznych takie poszukiwania warto kontynuować, bo zawsze jest jakaś nadzieja na sukces. Zwłaszcza że - jak śpiewał nieodżałowany Kaczmarski - "póki słońce świeci, wciąż będą rodzić się poeci".


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.