|
kijów.
tam, gdzie pisana
jest historia
ALICJA PUCHAŁA
Pociąg z Lwowa do Kijowa jest przeładowany - na jednym łóżku drzemie po kilka osób, niektórzy wdrapują się na półki, gdzie w zwykłych okolicznościach leżą zwinięte w rulony materace. Chłopcy z miasteczka Stryj żartują czasem o wojaczce i o przyszłej Ukrainie ożenionej z Rosją. "Niedługo u nas będą ruble zamiast hrywien" - wzdychają. Co chwilę dzwoni ktoś z rodziny, przyjaciele przysyłają SMS-y o czołgach zbliżających się do Kijowa. Ile w tym prawdy, nie wiemy. Późnym wieczorem ja również dostaję wiadomość - o tym, że Centralna Komisja Wyborcza oficjalnie ogłosiła Janukowycza prezydentem i że ludzie na placu Niepodległości jeszcze o tym nie wiedzą.
Stacja metra: Chreszczatyk
25 listopada, godzina 9 rano. Już w metrze słychać spontanicznie wznoszone okrzyki: "Juszczenko! Juszczenko!". Gdzie--niegdzie migają pomarańczowe i żółto-niebieskie flagi. Kilka dni później Grisza, Ukrainiec od urodzenia mieszkający w Polsce, opowie mi, że gdy po przyjeździe do Kijowa, na stacji metra, pierwszy raz dołączył się do tych okrzyków, płakał.
Wychodzę z budynku metra wprost na miasteczko namiotowe. Teraz znajduję się w centrum zdarzeń. Tam, gdzie pisana jest historia. Gdzie piszą ją zwykli ludzie.
Miasteczko namiotowe
Miasteczko wyrosło w samym środku miasta, ot po prostu, na ulicy. Przypominają o tym sygnalizacja świetlna i znaki drogowe wiszące gdzieś ponad głowami, od kilku dni bezużyteczne i zapomniane. Na tę ulicę patrzy teraz cały świat - tak się tu przynajmniej mówi. Patrzą na nią również kijowianie i otaczają troskliwą opieką. Nie ma minuty, by nie pojawił się przy ogrodzeniu miasteczka ktoś z termosem herbaty, kawy, garnkiem zupy, pierożkami, chlebem, wszelkiego rodzaju produktami spożywczymi. Ludzie przynoszą też ciepłą odzież, buty, koce, lekarstwa, kosmetyki. Wszystko, czego potrzeba.
Miasteczko jest uważnie strzeżone przez 24 godziny na dobę. Większość jego mieszkańców jeździ codziennie na kwaterę - czasem do rodziny, częściej do obcych ludzi - na kilka godzin wytchnienia i snu, czasem ciepłą kąpiel. Jest jednak wielu takich, którzy nie schodzą z posterunku. Ci, którzy są tu od początku, twierdzą, że najgorsze były pierwsze dni - na ulicy prawie pusto, ciemno, bo wyłączono prąd, a rozstawionych było zaledwie kilkanaście namiotów. Byli łatwym łupem. Teraz miasteczko liczy kilkadziesiąt namiotów. Rozrasta się. Za każdy metr ogrodzenia ktoś odpowiada - przez barierkę przeskakują tylko ludzie zaufani, inni odsyłani są do wejścia, gdzie trzeba pokazać paszport, specjalny identyfikator lub akredytację dziennikarską oraz przejść przez kontrolę osobistą. Miasteczko boi się prowokacji i nieproszonych gości.
Trudno uwierzyć, że w ciągu kilkunastu dni sytuacja tak bardzo się zmieniła. Kijowianie wracają do normalnego życia, przerywanego jedynie wieczornymi wiecami politycznymi i koncertami na placu Niepodległości, a mieszkańcy namiotów sami muszą zacząć troszczyć się o wrzątek i ciepłe posiłki. Entuzjazm pierwszych dni powoli opada, wszystkiego zaczyna brakować, spada śnieg, nasilają się choroby i zmęczenie. Demonstranci nadal jednak deklarują, że zostaną tu tak długo, jak będzie trzeba. "Robimy to, co powinniśmy byli zrobić 14 lat temu" - mówią mi, choć większość z nich ma nie więcej niż 25-30 lat.
Po apelach stacji radiowych i Kanału 5 pomoc znów zaczyna napływać. Wśród ochrony stojącej na mrozie biegają roześmiani chłopcy z jakąś maścią, krzycząc: "Riebiata, profilaktyka, pażałsta!". Wkrótce już śmieją się wszyscy, bo maść nakłada się do nosa.
Plac Niepodległości
Podobnie jak namiotowe miasteczko, plac żyje przez całą dobę. Tu wieczorami przemawia "prezydent" - tak demonstranci nazywają Juszczenkę. W ciągu dnia transmitowane są obrady Parlamentu czy Sądu Najwyższego, na ekranach ukazują się relacje przygotowywane przez Kanał 5. Tu ogniskują się wielkie emocje. O tym placu pisano już wielokrotnie
Ulica Bankowa
By dojść do Bankowej, należy wybrać ulicę, która pnie się od placu Niepodległości w górę. Przed budynkiem Banku Narodowego skręca się w prawo i oto ona. Czasem już u wylotu blokowana jest przez opozycję i jej zwolenników, co bezsprzecznie dowodzi jej strategicznego znaczenia - ulica ta prowadzi do budynków administracji prezydenta. Zazwyczaj jednak blokada zaczyna się dużo dalej, około 20 metrów przed kordonem milicji. Dzień i noc ochotnicy stoją w rzędach, odgradzając ciekawski tłum. W razie zamieszania czy otrzymania sygnału o możliwym niebezpieczeństwie pada komenda "Zamok!" ("Zamek!") i szeregi się zacieśniają, każdy łapie sąsiada mocno pod ramię - jakby zapinało się zamek błyskawiczny. Nikt, oprócz mnie, nie pyta, dlaczego akurat teraz. "Rozkaz to rozkaz" - mówią. Tłumaczą, że blokada chroni przed prowokacją. Tłum mógłby posunąć się o krok za daleko, a mówi się, że wśród ukraińskich oddziałów czai się przebrany w ukraińskie mundury ruski specnaz. Milicja przeszła na stronę opozycji, ale obcy z pewnością nie zawahaliby się użyć siły. Ściska mnie w gardle, gdy patrzę na zmianę warty, błyskające w oddali kaski, przemykające cienie, które rozchodzą się w różnych kierunkach. Milicja chroni budynki administracji z różnych stron.
Blokada ma również za zadanie uniemożliwić komukolwiek wydostanie się z siedziby prezydenta lub dotarcie do niej. I słusznie - to właśnie tutaj - jak twierdzą demonstranci - przechwycone zostały kolejne dokumenty potwierdzające sfałszowanie wyborów. Były ukryte w samochodzie, pod śmieciami. Kierowcy udało się uciec. Dokumenty przekazano Sądowi Najwyższemu.
Grisza, dwóch Andrijów, Lena, Taras - to jedni z tych, którzy stoją na "barykadzie" co noc. Pytają, czy pojadę z nimi w przyszłym roku robić rewolucję w Mińsku, a później w Rosji. "Albo nie, najpierw jedźmy do Rosji - śmieją się. - To do Mińska już nie będzie trzeba". Noc jest długa. Gdyby nie żarty i muzyka, w której rytm można potańczyć, nie dałoby się wytrzymać tyle godzin na mrozie. Rozdawane są gorące posiłki, kawa, herbata, witaminki i aspiryna. Wielu z demonstrantów kaszle i szklą im się oczy. Co jakiś czas pojawia się popularny piosenkarz Sława Wakarczuk, by porozmawiać, podnieść ludzi na duchu. Mówi mi po polsku, że od niedzieli 21 listopada niewiele spał. Czasem przychodzi też duchowny, u którego można się wyspowiadać.
Raz ktoś z ochrony podprowadza trójkę ludzi. "Oni są z Tarnopola. Byli za Janukowyczem" - mówi. I widzę, jak potężnie zbudowanemu mężczyźnie łzy ciekną po policzkach, zastyga w żelaznym uścisku tłumu, poklepywany zewsząd po plecach: "Już dobrze. Jesteś z nami". Dłoń zaciska na rękojeści pomarańczowej flagi, którą wymachuje z niezwykłą gorliwością. Przytula do siebie żonę. Ale wzruszenia nadal nie może opanować.
POCZĄTEK
STRONY |
|
O szóstej rano śpiewany jest hymn. Podnoszą się wiwaty na cześć Juszczenki.
Przy ulicy Bankowej mieści się także Dom Literata, gdzie przez całą dobę rozdawane są ciepłe posiłki, można zdrzemnąć się na podłodze lub na krzesełku w sali teatralno-kinowej. Niektórzy śpią w zacisznym kącie pod fortepianem. Nad ranem słyszę, jak uroczo uśmiechnięta pani zwraca się do mężczyzn: "Daragije rewolucjoniery! Bulion, czaj, pażałsta?".
W tym samym budynku mieści się też sztab organizacji PORA na ulicę Bankową. Jest to młodzieżowa, głównie studencka, niezależna politycznie organizacja, która powstała około pół roku temu, by wspierać demokrację podczas wyborów prezydenckich w 2004 roku. Czerpie ona wzory z podobnych organizacji w Serbii i Gruzji. Liczy w sumie około 9 tysięcy członków - mniej więcej 2,5 tysiąca w oddziałach informacyjnych, które można rozpoznać po żółtych chustkach z nadrukiem "PORA", i około 6,5 tysiąca w "czarnych" grupach do zadań specjalnych. "Do 23 listopada były liczne aresztowania. Uważano nas za organizację ekstremistyczną" - mówi Taras z Akademii Ostrowskiej, koordynator "czarnych" w rejonie ulicy Bankowej. Na kwaterze, dokąd razem ze znajomymi pojechaliśmy odespać noc, zwierza się: "Za cztery dni moja dziewczyna wyjeżdża na rok do Stanów, a ja na barykadach stoję!".
Fragment manifestu organizacji PORA - manifestu tych, dla których nadszedł już czas:
Pora uwierzyć, pora żyć, już pora...
Już czas - to początek.
Początek nowej Ukrainy.
Ukrainy nowych nadziei, prawdy i wolności.
Już czas, by narodziła się Fala.
Fala Wolności, która zmyje brud, która oczyści duszę Ukrainy.
Nadszedł czas w sercu Europy. Wiosną 2004 roku. Gdy przyszły sądne dni dla ukraińskiej demokracji.
Przyszedł czas, gdy władza nie należy już do narodu. Nie mamy więc wyboru.
Tracimy wolność.
(...)
Dlatego przyszedł czas.
Czas, by wstać lub upaść.
Wierzyć lub zapomnieć.
Kochać i nienawidzić.
Walczyć bądź zdradzić.
(...)
Dla tych, którzy mówią dziś: "Już czas", nie ma więcej strachu.
Naszą bronią - prawda.
Naszą główną zasadą - równe możliwości.
Tym, w co wierzymy - wolność.
Naszym ideałem - sprawiedliwość.
Czas wznosi Falę. Falę Wolności. Od Mukaczewa do Ługańska.
Od Mariupola do Kowla. Od Sewastopola do miasta Romny.
Czas, by uwierzyć w Ukrainę.
Pora, by działać.
Pora, by się zmagać.
Pora, by zwyciężyć!
Ulica Chreszczatyk
Kiedyś, wracając z blokady przy administracji prezydenta, zobaczyłam spore skupisko ludzi, które przypominało zagubioną wysepkę dzielnie broniącą się przed naporem tłumu przelewającego się z ulicy Chreszczatyk na plac Niepodległości. Dojrzałam jakieś światła, operatora kamery. Trudno było przebić się przez ciasny pierścień pleców, jaki ich otoczył. Okazało się, że Kanał 5 nagrywa rozmowę ze zwolennikami premiera Janukowycza, którzy swobodnie spacerowali po mieście, powiewając biało-niebieskimi flagami wśród pomarańczowego tłumu. Co jakiś czas ktoś ściskał im dłonie, poklepywał po ramieniu, wykrzykiwał: "Przyłączcie się do nas!". Czasem wywiązywała się rozmowa. Raz słyszałam, jak chłopak (z Doniecka) mówi: "Tam Janukowycz haroszy, Juszczenko hujowy, tu Janukowycz hujowy, a Juszczenko haroszy". Cytat być może niecenzuralny, ale dobrze oddaje stan ducha tego młodego człowieka. Ludzie mają dość manipulacji.
Cała niebiesko-pomarańczowa gromadka zgadza się w kwestii fałszerstwa - że było. Różnią się w ocenie jego rozmiarów. "Pomarańczowym" trudno też przyznać, że po stronie ich kandydata również zdarzały się nieprawidłowości. Całkowicie zgadzali się w jednym - chcą, żeby ludzie na Ukrainie mogli godnie i szczęśliwie żyć.
Spaceruję nocą po Chreszczatyku, w tłumie, który przerzedza się dopiero około godziny czwartej nad ranem, ale nawet wtedy nie znika zupełnie. Tej nocy spadł mokry, lepki śnieg. Grzeję zmarznięte dłonie nad ogniskiem palącym się w wielkiej beczce, suszę rękawiczki. Co chwilę podchodzi ktoś nowy. Nie rozmawiamy. Patrzymy w ogień. Każdy tonie w swoich myślach, pewnie podobnych. Po chwili na chodnik wjeżdża samochód. Parkuje tuż przed ogrodzeniem namiotowego miasteczka. Muzyka wyrywa ludzi z odrętwienia. Dają się porwać ludowym przyśpiewkom płynącym z głośników. Muzyka jest tym, co pozwala tu przetrwać dłużące się godziny nocnej warty. Oprócz czuwającego obok towarzysza jest najlepszym przyjacielem.
Kijowska Rada Miejska
Wiele jest miejsc, w których można się przespać, przeczekać do rana w cieple. Siedziba Rady Miejskiej, udostępniona demonstrantom przez mera Kijowa, wydaje się miejscem wyjątkowym - monumentalnym i dostojnym. W głównej sali, tam, gdzie sufit wsparty jest na wielkich, marmurowych kolumnach, gdzie migoczą w górze piękne żyrandole, ludzie śpią wszędzie - na podłodze, na krzesłach, pod stołami i na stołach. Z boku mieści się punkt pomocy medycznej. Przez całą dobę na posterunku trwa dwunastu lekarzy, w tym chirurg i psycholog, który ostatnio dołączył do zespołu. Pierwszej nocy, gdy tu docieram, jeden z lekarzy opowiada o balu, jaki mer wydał w tej sali po pierwszej turze wyborów. Bawili się na nim dyplomaci, politycy, artyści. "A teraz? Proszę spojrzeć. Śpią tu zwyczajni ludzie" - zamyśla się. "I niszczą merowi parkiet" - dodaje po chwili z zawadiackim uśmiechem. Opowiada mi też o uczącej się w Polsce ukraińskiej studentce, która weszła na salę i popłakała się. Długo nie mogli jej uspokoić. "Jak można pozwolić, by ludzie musieli spać w takich warunkach? Jak można?" - powtarzała. "To nic, że tak śpią" - mówi lekarz. "Oni w końcu zaczęli walczyć o siebie, o godność nas wszystkich. I tylko to się liczy".
|